Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Czy wojna to...

Czy wojna to wielka męska przygoda? O „Płci powstania warszawskiego” Weroniki Grzebalskiej

Emilia Kaczmarek

„Łączniczki w naszej literaturze spełniają funkcję estetyczno-romantyczną: zawsze są śliczne, pojawiają się w jakiejś takiej atmosferze słonecznej i jak gdyby nietknięte przez wypadki wojenne”, mówił w jednym z wywiadów Tadeusz Konwicki. „Płeć powstania warszawskiego” pokazuje ich prawdziwą historię. I ciemne strony militaryzacji.

Plec_powstania_ilustr_2

„Nie mają swoich ulic, pomników, nie ma ich w podręcznikach szkolnych”. O kim mowa? O powstankach. Kiedy podczas czytania książki Weroniki Grzebalskiej pierwszy raz natknęłam się na „powstankę”, skrzywiłam się. Po lekturze całej publikacji takie określenie kobiet walczących w powstaniu warszawskim przestaje brzmieć obco i dziwnie. To, jak łatwo można się do niego przyzwyczaić, mnie samą bardzo zaskoczyło.

„Płeć powstania warszawskiego” to nie tylko opowieść o losach konkretnych kobiet na konkretnej wojnie. Na każdej stronie spotykamy fragmenty tekstów źródłowych – wycinki z powstańczej prasy, odezwy przywódców do narodu, pamiętniki uczestników tamtych wydarzeń. Jak zauważa sama autorka w cytowanym już wywiadzie, nie chciała napisać reportażu o powstaniu, chciała poddać przytaczane wypowiedzi socjologicznej interpretacji, pokazać, jakie znaczenie miała płeć w trakcie powstania, opisać zmilitaryzowaną „kobiecość” na wielu poziomach.

Matka-Ojczyzna i jej synowie

„Najjaśniejsza RzeczpospolitPlec powstania warszawskiegoa, ufająca nam Matka-Ojczyzna powierzyła swoim synom broń, najcenniejszy żołnierski klejnot. Miała ona nam służyć do obrony czci, honoru i całości jej granic”[1]. Odezwa ta, jedna z licznych mobilizujących do walki cytowanych przez autorkę, świetnie oddaje kobiecy charakter ojczyzny w wyobraźni zbiorowej. Innych ilustracji tego fenomenu nie trzeba specjalnie szukać, wystarczy spojrzeć na plakat „Ojczyzna wzywa was!” z 1918 r. czy na Alegorię Umarłej Polski Tetmajera. Polska jako kobieta (Polonia), czysta i uskrzydlona w otoczeniu broniących jej żołnierzy, widnieje także na plakacie Marszu Niepodległości z 2012 r. Autorka „Płci powstania warszawskiego” zauważa, że kobieta – jako metafora ojczyzny – zajmuje bardzo wysoką pozycję w porządku symbolicznym. Zjawisko to jest zresztą typowe dla narodowych narracji – wystarczy spojrzeć choćby na obrazy przedstawiające Germanię. Figura Matki-Ojczyzny pełni funkcje alegoryczną i mobilizującą – bezbronna, wymaga poświęcenia od swoich „synów”, zagrzewa do walki. Co tymczasem robiły na wojnie prawdziwe kobiety?

„Myśmy były bardzo dzielne i chłopom jest chyba wstyd po prostu”[2]

Liczbę kobiet biorących udział w powstaniu szacuje się na 22 proc. wszystkich uczestników (około 10 tysięcy). Zdecydowana większość powstanek to sanitariuszki i łączniczki, choć zdarzały się także kobiety walczące z bronią w ręku. Walka tych ostatnich jest całkowicie przemilczana przez historię – jedna z cytowanych w książce powstanek widnieje na zdjęciu w „Wielkiej ilustrowanej encyklopedii Powstania Warszawskiego” z pistoletem maszynowym w rękach; mimo tego, że dostarczyła autorom „Encyklopedii…” dokumenty potwierdzające, że była strzelcem, została podpisana pod zdjęciem jako sanitariuszka. Dowódcy, zwracając się do żołnierzy: „Bóg zapłać, kochani chłopcy”[3], także zakładali, że są wyłącznie mężczyznami; do kobiet kierowali osobne podziękowania. Rozróżnienie walczących na mężczyzn-żołnierzy i kobiety łączniczki/sanitariuszki było akceptowane przez ogół powstańców. Choć zdarzały się kobiety, które próbowały taki podział zadań przekraczać, większość traktowała go jako coś naturalnego i oczywistego.

Podczas gdy powstanki walczące z bronią w ręku zniknęły z pamięci zbiorowej, obraz pracy sanitariuszek i łączniczek często ulegał zniekształceniu. Udział kobiet w powstaniu opisywany jest zazwyczaj językiem „wsparcia na zapleczu” i przypisuje mu się rolę drugorzędną. Jednak w walkach, które toczą się w mieście, trudno oddzielić front od zaplecza. W „Płci powstania…” poznajemy sanitariuszki, które ściągają rannych mężczyzn prosto z pola walki i dźwigają ich do punktów sanitarnych. Czytamy o łączniczkach, które przenoszą broń, czołgając się w miejskich kanałach. Teresa Wilska, która sama przeprowadziła kanałami wielu żołnierzy, tak opisuje pracę łączniczki: „biegnie przez całe miasto, nie tylko przez spokojne ulice. Sama musi się decydować na skok tuż przed czołgiem lub pod silnym ostrzałem. Nie ma broni. Często w domu, do którego idzie, nie ma już naszych. Jest pusty lub są tam Niemcy. Musi sama decydować, czy iść dalej czy wrócić. (…) Jest zdana tylko na siebie. Nikt nie widzi jej bohaterstwa i nie zauważy tchórzostwa, a czasem od tego, czy dotrze na czas, wiele zależy”. [4] Tymczasem, jak zauważa Tadeusz Konwicki: „łączniczki w naszej literaturze spełniają taką funkcję estetyczno-romantyczną: zawsze są śliczne, pojawiają się w jakiejś takiej atmosferze słonecznej i jak gdyby nietknięte przez historię i wypadki wojenne”[5]. „Płeć powstania…” to książka, która pokazuje realne kobiety biorące udział w walce – nie są to już te urokliwe pomocnice i pocieszycielki żołnierzy, które znamy z filmów.

Podwójne standardy seksualne

Jednym z najbardziej szokujących fragmentów książki są opisy gwałtów dokonywanych przez polskich żołnierzy, przedstawiane z nieskrywaną dumą przez samych gwałcących: „Nasz oddział wspominał też czasem z rozrzewnieniem zbiorowe zgwałcenie nauczycielki niemieckiego. (…) Zaczęła się skarżyć, że ją boli i prosić, żeby już dali spokój. Oczywiście te próby nie pomogły i kilkunastu partyzantów, po kolei (…) pofiglowało jej między nóżkami”[6]. Inne przytaczane opisy gwałtów dotyczą Ukrainek i Niemek. W tym samym czasie jakiekolwiek stosunki towarzyskie polskich kobiet (także cywilnych) z wrogiem, były surowo karane. Jak zauważa autorka: „Zarówno w Polsce, jak i we Francji wyobrażenie o kobietach jako nosicielkach narodowego honoru odpowiedzialne było też za podwójny standard dotyczący męskiej i kobiecej seksualności, dający się sprowadzić do przekonania, że podczas kiedy „nasze” kobiety nie powinny uprawiać seksu z „ich” mężczyznami (…), „nasi” mężczyźni mogą uprawiać seks z „ich” kobietami, gwałcić (…), i nie grozi im za to golenie głów, tatuowanie albo pędzenie nago przez miasto”[7].

Rozmawiając z powstankami, autorka zorientowała się, że doznawana przez niektóre z nich przemoc seksualna jest zazwyczaj tematem tabu. To pokolenie kobiet mówi o gwałtach językiem „zhańbienia” i czuje się za nie częściowo odpowiedzialne. „Wciąż wiemy bardzo niewiele zarówno o skali, jak i charakterze przemocy seksualnej w powstańczej Warszawie. (…) Dla jej ofiar nie znalazło się miejsce w pamięci zbiorowej. (…) Po wojnie pojawiły się tablice upamiętniające Polaków „poległych za wolność Ojczyzny”. Gehenna Polek, brutalnie gwałconych, a następnie mordowanych lub wręcz palonych żywcem przez oddziały RONA na Zieleniaku czy żołnierzy Wehrmachtu na Marymoncie, nie doczekała się podobnego upamiętnienia”[8].

Czy wojna to męska przygoda?

Autorka „Płci powstania…” pokazuje, jak walka w konspiracji przyniosła Polkom częściową emancypację, której początki sięgają jeszcze czasów zaborów: „działalność polityczna siłą rzeczy musiała się przenieść do sfery prywatnej, a tradycyjne role kobiece obdarzone zostały w tej sytuacji nowym, politycznym znaczeniem”[9]. Polki były zaangażowane w walkę narodowowyzwoleńczą jako matki wychowujące patriotycznych bojowników, nauczycielki tajnego nauczania, uczestniczki konspiracji zsyłane z tego powodu na Sybir. Jak czytamy w apelu do kobiet: „kobieta polska wszystkich środowisk ma piękną tradycję w pracy i walce o duszę i wolność Narodu w jego najcięższych dziejowych momentach, umiała wychować i oddawać Ojczyźnie swych synów, mężów i braci”[10]. W świetle tej tradycji udział Polek w powstaniu nie wydaje się niczym zaskakującym. Emancypacja, którą zapewniał kobietom dyskurs narodowowyzwoleńczy, zawsze była jednak ograniczona, przypisywała kobietom i mężczyznom z góry określone role.

Weronika Grzebalska ma na temat kobiecych i męskich ról konkretne stanowisko, bliskie chyba większości osób, które ukończyły gender studies – „męskość i kobiecość funkcjonują jako przykrywki naturalizujące i skrywające relacje władzy”[11]. Z takim poglądem na płeć nie zgadza się wiele feministek (choćby Sylviane Agacinski czy Carol Gilligan), które uważają, że faktycznie istnieje związek między kobiecością i opiekuńczością oraz między męskością i agresją. Z poglądami autorki na temat natury płci można się zgadzać lub nie, w żaden sposób jednak nie umniejszają one wartości jej pracy.

Autorka podważa nie tylko militarystyczną koncepcję płci (pokazując rolę kobiet w powstaniu), przede wszystkim polemizuje z samym militaryzmem. „W naszym dyskursie o Powstaniu wszystko musi być zorientowane na walkę. I nie ma tam miejsca na mówienie, że po prostu chciało się przeżyć”. A przecież wśród mieszkanek powstańczej Warszawy były też takie, które „dokonywały radykalnej redefinicji wojennego macierzyństwa, zmieniając jego znaczenie z wychowywania bojowników (…) na walkę o życie i dobro własnej rodziny”[12]. To właśnie walka o życie najbliższych jest w polskiej kulturze niezwykle niedowartościowana, postrzegana jako coś niskiego i wstydliwego. Zupełnie inną wagę przypisuje się poświęceniu życia dla Ojczyzny, nawet jeśli to poświęcenie nie przyniesie Ojczyźnie żadnych rezultatów, nawet jeśli oznacza porzucenie najbliższych. „Tak właśnie trzeba było. Iść i zapomnieć o wszystkim: o żonie, o rodzinie, o domu, o wszystkich rzeczach, które się nie wiążą ze Sprawą”[13]. Śmierć cywila wydawała się wielu powstańcom „niegodna i banalna”[14].

Jak pisała Maria Janion: „kultura polska została zorganizowana wokół przekonania o wyższości tego, co społeczne, narodowe, wspólnotowe (…) nad tym, co jednostkowe, osobiste, intymne, prywatne”[15]. Być może to właśnie uznanie wartości relacji z bliskimi ludźmi, tego, co „intymne i prywatne”, nie pozwoli w przyszłości Polkom i Polakom tak łatwo poświęcać się dla przegranej sprawy. A uznanie wartości życia zwykłych (nie tylko heroicznych) Polaków nie pozwoli ponownie narazić na śmierć 200 tysięcy ludzi.

 

Przypisy:

[1] „Płeć powstania warszawskiego”, s. 44.
[2] Wypowiedź Magdaleny Grodzkiej-Gużkowskiej, uczestniczki powstania warszawskiego odznaczonej tytułem „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata” za ratowanie żydowskich dzieci w czasie okupacji, „Płeć powstania…”, s. 114.
[3] Fragment rozkazu pożegnalnego generała Sosnkowskiego, „Płeć powstania…”, s. 95.
[4] Fragment tekstu „Oszczędzajcie filipinki”, „Płeć powstania…”, s. 117.
[5] Fragment wywiadu zawartego w książce „W pośpiechu”, „Płeć powstania…”, s. 115.
[6] Fragment książki „Trochę więcej niż rok”, „Płeć powstania…”, s. 51.
[7] Fragment artykułu pt. „Masculinity and Nationalism: Gender and Sexuality in the Making of Nations”, „Płeć powstania…”, s. 50.
[8] „Płeć powstania…”, s. 113.
[9] Tamże, s. 58.
[10] Odezwa do kobiet z Archiwum Armii Krajowej, „Płeć powstania…”, s. 60.
[11] „Płeć powstania…”, s. 18.
[12] Tamże, s. 62.
[13] Tamże, s. 44.
[14] Tamże, s. 23.
[15] Tamże, s.24.

Książka:

Weronika Grzebalska „Płeć powstania warszawskiego”, Instytut Badań Literackich PAN, Narodowe Centrum Kultury, 2014.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 273

(13/2014)
1 kwietnia 2014

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj