Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Z miasta] O...

[Z miasta] O warszawskie zabytki: Zarządzanie dziedzictwem – partycypacja

Michał Krasucki

Opinia publiczna z zaskakującą regularnością epatowana jest kolejnymi doniesieniami o aferach związanych z warszawskimi zabytkami. Paradoksalnie to uspokaja, bo jak „nic się nie dzieje” – to znaczy, że na pewno „dzieje się bardzo dużo”, tylko nie wiemy jeszcze co.

Wszystko rozgrywa się jeszcze nie w przestrzeni placów, ulic czy parków, ale w zaciszu gabinetów. Media prześcigają się w wynajdywaniu, co bardziej dramatycznych tytułów: „Podwałek – kto kłamie w sprawie kamienicy na Podwalu?”, „Obrońmy halę na Koszykach”, „Deweloper zburzył kolejny zabytkowy budynek” – to tylko niektóre z nich. Mieszkając w Warszawie, żyjemy w atmosferze ciągłych wojenek podjazdowych pomiędzy konserwatorem, deweloperami, mieszkańcami, aktywistami i mediami. Często merytoryczną dyskusję zastępują rzucane głośno demagogiczne hasła, a z drugiej strony – aroganckie milczenie. Podczas gdy gasimy kolejne pożary, faktycznie coraz bardziej zatracamy się chocholim tańcu. Jestem tym już zmęczony.

Czy mamy do czynienia z kryzysem ochrony zabytków w Warszawie? A może w całym kraju? Czy wystarczy wymienić kilku urzędników, żeby wszystko naprawić? (A potem będzie już pięknie?).

Zabytki w kryzysie

Bez wątpienia od kilkunastu lat obserwujemy rekonstrukcję systemu ochrony zabytków. Albo raczej: jego bezskuteczne próby utrzymania się na powierzchni pomimo anachronizmu doktryn, pojęć, konstruowanych metod działań czy wreszcie prawa. Doktryna konserwatorska wykształcona na przełomie XIX i XX w. przez Aloisa Riegla, następnie utrwalona Kartą Ateńską i Kartą Wenecką od tego czasu sama stała się zabytkiem. Nie uwzględniając faktycznych zmian w krajobrazie kulturowym czy potrzeb społecznych, bywa wykorzystywana przez jedną lub drugą stronę w zależności od zapotrzebowania. A że papier jest cierpliwy, to można interpretować ją jak się komu podoba. Z prawem jest znacznie gorzej – ustawa z 2003 r. o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami wraz z rozporządzeniami do niej to zespół niespójnych, często bardzo niesymetrycznych przepisów, które w dodatku nie pozwalają na ich skuteczną egzekucję. Gąszcz, w którym trudno się sprawnie poruszać. Bez dobrej kontroli, przy niedoinwestowanych służbach, a wreszcie przy braku współpracy z innymi organami nie może być dobrze. Mimo, że każdy chciałby jak najlepiej.

W Warszawie jest jeszcze gorzej. Na obraz urzędu pogrążonego w odmętach inercji nachodzi jeszcze absurdalna liczba ponad tysiąca zabytków w rejestrze, kilku tysięcy ujętych w gminnej ewidencji i sporej ich liczby chronionej na podstawie planów. Do tego nasilony jak nigdy napór deweloperów, żeby budować tam gdzie się zwykło budować – czyli w mieście – często wiąże się z aroganckim traktowaniem zastanego krajobrazu zabytkowego. I coraz silniejsza aktywność ruchów miejskich, nie zawsze skanalizowana tak, jak być powinna. Przy obecnym modelu, jaki funkcjonuje w Biurze Stołecznego Konserwatora Zabytków nie da się tym dobrze zarządzać. Emilka, Ogród Krasińskich, Podwale, Domki Fińskie czy koszary przy ul. Szwoleżerów to tylko uboczne skutki obecnego stanu rzeczy. Jak tu w takim razie myśleć o wdrażaniu nowej konwencji UNESCO o dziedzictwie niematerialnym czy choćby podążać za ostatnią rekomendacją w sprawie krajobrazu kulturowego? Mrzonki.

Urząd zamknięty

Podczas gdy obserwujemy coraz silniejsze przebudzenie społeczne, a Ratusz odpowiada na wszelkie zmiany organizując debaty, konsultacje czy uruchamiając budżet partycypacyjny – w warszawskich służbach konserwatorskich niewiele się zmieniło. Wojna podjazdowa między urzędnikami, inwestorami, a mieszkańcami trwa w najlepsze przy wzajemnym braku zaufania.

Bez wątpienia od kilkunastu lat obserwujemy rekonstrukcję systemu ochrony zabytków. Albo raczej: jego bezskuteczne próby utrzymania się na powierzchni – mimo anachronizmu doktryn, pojęć, metod działań czy wreszcie prawa.

Michał Krasucki

Mam wrażenie, że nikt tu nie odrobił ostatniej lekcji, jaką jest rosnący udział społeczny w procesach podejmowania decyzji. Że nikt nie zadał sobie trudu, by odpowiedzieć na pytanie jak skutecznie zarządzać dziedzictwem, szczególnie w obliczu ostatniej rekomendacji UNESCO o krajobrazie miejskim. Że coś takiego jak zarządzanie dziedzictwem, zarządzanie zmianami to tylko puste hasła, w dodatku jeszcze nie dość popularne.

Warszawski urząd jest zamknięty. Zamknięty na głos i potrzeby mieszkańców, zamknięty na większość inwestorów (boimy się ich), zamknięty na zmiany, jakie zachodzą w innych strukturach miejskich. Okopał się i mimo, że chce dobrze, tonie w tysiącach spraw. Wprowadzone częściowo i na papierze metody konsultowania się ze środowiskami naukowymi i społecznymi (rzadko, ale stosowane w ramach Komisji Dialogu Społecznego, Społecznej Rady Ochrony Dziedzictwa Kulturowego przy Prezydencie m. st. Warszawy) uznał za wystarczające. Trudno się z tym zgodzić. Pytanie tylko z czego wynika niechęć do rozmowy ze stroną społeczną? Być może z anachronicznego przekonania, że żadnej merytorycznej dyskusji nie jest ona w stanie wytrzymać? Zapewne organizowane co jakiś czas populistyczne akcje tylko urząd utwierdzają w tym stanowisku.

Dziedzictwo jako proces

System, w którym urząd pełni jedynie działania strażnicze, kontrolne, wydaje odpowiednie pozwolenia i decyzje, stojąc na straży wspólnego dziedzictwa, jest systemem, który jak najszybciej musi odejść do lamusa. Zmiana poszczególnych osób na tym czy innym stanowisku niewiele zmieni, a podnoszone okrzyki „Brabander musi odejść” de facto nie rozwiążą żadnego problemu. Służby ochrony zabytków w Warszawie – i tyczy się to zarówno Stołecznego, jak też (choć w mniejszym stopniu) Wojewódzkiego konserwatora zabytków – muszą zacząć traktować swoją pracę jako element większego zadania zarządzania dziedzictwem. Stać się jednocześnie moderatorami całego procesu. Zarządzanie zmianami, model o którym wielokrotnie pisał B.M. Feilden, muszą stać się niezbędnym elementem tego procesu, do którego zaproszeni są wszyscy jego uczestnicy. W takim systemie konserwator nie może być jedynie architektem czy historykiem sztuki – musi zdać się na interdyscyplinarną dyskusję, w której respektowane będą nie tylko wartości stricte konserwatorskie czy architektoniczne, ale i antropologiczne czy społeczne.

Przy obecnym modelu, jaki funkcjonuje w Biurze Stołecznego Konserwatora Zabytków nie da się tym dobrze zarządzać.

Michał Krasucki

Chciałbym, żeby urząd rozpoczął faktyczną debatę z mieszkańcami o przestrzeni zabytkowej. W mieście, które jest wielkim palimpsestem kulturowym to niezbędne dla odpowiedniej ciągłej waloryzacji krajobrazu. Chciałbym, żeby odbywały się dyskusje i konsultacje wyprzedzające projekty i wydawane pozwolenia. Żeby do tych dyskusji dopuszczane były także przeciwne strony – tj. inwestorzy; bo inaczej żadna z nich nie będzie owocna. Chciałbym, żeby w przypadku miejsc dla Warszawy najistotniejszych prowadzono nowoczesne modele projektowania – np. charette. Żeby konkursy dla organizacji pozarządowych działających w obszarze dziedzictwa były organizowane nie przez Biuro Kultury, a przez Biuro Konserwatora właśnie. Marzy mi się, by konserwator wykorzystał potencjał merytoryczny, jaki tkwi w ruchach miejskich – także poprzez współpracę. Żeby wreszcie udało nam się sobie wzajemnie zaufać.

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 278

(18/2014)
12 maja 2014

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj