PRZEKAŻ
1%
PODATKU
Przekaż 1% podatku na demokratyczne media.
Podaj w rozliczeniu numer
KRS Kultury Liberalnej:
0000 398 695
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Polemika] Mała skłócona...

[Polemika] Mała skłócona gromadka. O polskim świecie sztuki

Katarzyna Kasia

Monika Małkowska, stawiając tezę, że światem polskiej sztuki rządzi „mafia bardzo kulturalna”, sprowokowała dyskusję na temat tego środowiska. Czy dotyczy ona jednak naprawdę istotnych problemów?

„Jesteśmy dość osobliwą, małą, skłóconą gromadką, bez której prześwietna ludzkość może się doskonale obejść” pisał Zbigniew Herbert w liście do studentów PWST w 1995 r. Często się zastanawiam nad tymi słowami. Chcąc nie chcąc, należę do tej „małej skłóconej gromadki”, ponieważ wykładam w Akademii Sztuk Pięknych i Akademii Teatralnej. Podczas zajęć czytamy, analizujemy, dyskutujemy. Zastanawiamy się nad najróżniejszymi – przeważnie dość abstrakcyjnymi – tematami, takimi jak piękno, twórczość, dzieło sztuki. Jako pedagog staram się namówić moich studentów do tego, by zadawali pytania, nie bali się kwestionować obiegowych opinii, żeby umieli w gąszczu wątków i sensów formułować własne odpowiedzi. Niekończące się dyskusje, zaangażowanie, poruszanie złożonych i istotnych problemów, utwierdzają mnie w przekonaniu, że nikt z nas nie marnuje ani minuty z tych sześćdziesięciu czy trzydziestu akademickich godzin.

Z drugiej strony czuję bezsilność. Spośród moich studentów zaledwie kilka osób będzie w stanie naprawdę być z zawodu artystami. Według danych statystycznych (nie do końca precyzyjnych, ale innych nie mamy) tylko 2 proc. absolwentów warszawskiej ASP wykonuje „zawody artystyczne”. Wiele osób mówiło mi, że akademia nie przygotowuje do konfrontacji z rzeczywistością. Chociaż w cytowanym powyżej liście Herbert pisał: „Życzę wam trudnego życia, bo tylko takie godne jest artysty” – żałuję, że nasze teoretyczne dyskusje, ani nawet praktyczne zajęcia, nie przekładają się na sukcesy odnoszone poza murami uczelni. Po pięciu latach funkcjonowania w cieplarni, absolwenci stają oko w oko z tym, co w Polsce nazywa się rynkiem sztuki.

W tym kontekście zadałam sobie pytanie o słuszność głośnej diagnozy Moniki Małkowskiej. Nie umiałam jednak na nie odpowiedzieć, ponieważ nigdy nie interesowała mnie historia galerii prywatnych i państwowych, nie było także moim hobby śledzenie personalnych fluktuacji. Nie jest dla mnie w ogóle istotne, czy Joanna Mytkowska przybyła do warszawskiego Muzeum Sztuki Nowoczesnej z Fundacji Galerii Foksal, czy z Księżyca. Nie zastanawiałam się nad tym, jaką rolę osobiste koligacje odgrywają w promowaniu tych, czy innych osób. Oczywiście, mam poczucie, że można by było to zbadać, próbując dociec, dlaczego moi najzdolniejsi studenci zamiast żyć ze sprzedaży swoich dzieł, żyją z malowania ścian. Albo rzucają to wszystko w cholerę, jadą do Londynu, Berlina, Madrytu czy Nowego Jorku, gdzie dzielą swój czas między pracę w barze a twórczość. Paradoksalnie, łatwiej jest absolwentowi warszawskiej uczelni artystycznej „pracować w zawodzie” tam niż w ojczyźnie. Dlaczego?

Najważniejsze pytanie brzmi, czy z tego sporu cokolwiek wynika. Czy obchodzi on tak naprawdę kogokolwiek poza tym małym, dosyć w gruncie rzeczy egzotycznym salonikiem? 

Katarzyna Kasia

Małkowska pisze, że winę w ogromnym stopniu ponoszą kuratorzy, którzy przejęli rząd dusz, artyści w związku z tym zeszli na dalszy plan, a krytyków (czyli jak rozumiem osoby, które się na sztuce naprawdę znają) w ogóle z debaty o sztuce wyeliminowano. Tekst ma pokazać, dlaczego jakość polskiej sztuki spada. Autorka stara się zachować bezstronność i nie mieszać opinii dotyczących tzw. art worldu z opiniami o dokonaniach artystycznych poszczególnych autorów. Niemniej, po lekturze człowiek zaczyna się zastanawiać i sięgać po inne opinie, jak na przykład tekst Iwo Zmyślonego. Czy moje wątpliwości zostały rozwiane? Niestety, nie. Mam tylko coraz większe poczucie absurdalności prowadzonej dyskusji.

Zmyślony pisze: „Tekst Małkowskiej zaszkodził nam wszystkim: krytykom, kuratorom publicznych instytucji i pracownikom prywatnych galerii, wzbudzając nieufność wśród tych, którzy interesują się sztuką współczesną, lecz nie orientują się w jej rzeczywistych niuansach”. Efektem tej nieufności może być – oczywiście upraszczam, ale czynię to w imię przejrzystości wywodu – to, że w sztukę przestanie się inwestować. Ale może to nie jest tak całkiem źle? – pytam naiwnie. Czy nie warto wykorzystać tej właśnie okazji, by udowodnić, że jesteście potrzebni i że wasza praca jest ważna? Bo inaczej wychodzi na to, że coś ważnego jednak zostało w tekście Małkowskiej zawarte. Skoro jego efekty mogą być tak dalekosiężne, może krytyczka „wsadziła kij w mrowisko”, może pojawiło się tu coś więcej niż „powielanie najgorszych stereotypów o sztuce współczesnej”?

A skoro już o „najgorszych stereotypach” mowa, to chciałam zauważyć, że oba omawiane teksty są mocno osadzone w kontekście generacyjnym. Małkowska nie ceni pokolenia „młodych wilków”, którzy zaczęli robić kariery w latach 90. Pisze: „Teraz układ zamienił się w sieć interesów. Dawni outsiderzy pełnią rolę głównych strategów oraz beneficjentów. Ważna stała się przynależność pokoleniowa: między trzydziestką a czterdziestką. Do «starych» wyjadaczy dołączyła młoda kadra kuratorsko-krytyczna. Rekrutują się spośród absolwentów historii sztuki, kulturoznawstwa, wydziału kuratorskiego. Jest ich o wiele za dużo, żeby znaleźli zatrudnienie, bez względu na umiejętności czy wiedzę”.

I właśnie ta generacja jest, zdaniem autorki, winna zepsucia polskiej sztuki. Zmyślony broni tej (swojej? mojej?) generacji, zarzucając Małkowskiej frustrację z powodu tego, że „została odsunięta na boczny tor”. Stosowanie argumentów ad personam jest bez wątpienia skutecznym chwytem retorycznym, chociaż trudno uznać je za eleganckie. Trudno też dopatrzeć się w tej międzypokoleniowej potyczce jakiegoś bardziej istotnego elementu, który mógłby osobom postronnym cokolwiek wyjaśnić. Małkowska atakuje, a Zmyślony stara się bronić gałęzi, na której siedzi, obudowując tę obronę murem zbudowanym ze starannie wyselekcjonowanych informacji o kondycji polskiej sztuki współczesnej.

Najważniejsze pytanie brzmi, czy z tego sporu cokolwiek wynika. Czy obchodzi on tak naprawdę kogokolwiek poza tym małym, w gruncie rzeczy dosyć egzotycznym salonikiem? Może warto się zastanowić nad kwestią wartości w sztuce? Nad tym, czego oczekujemy od sztuki współczesnej? „Nigdy wcześniej nie dyskutowano tyle o sztuce, tak mało sobie z niej robiąc”, pisał Nietzsche w „Narodzinach tragedii z ducha muzyki”. Ta diagnoza znakomicie wpisuje się w poetykę powyższej polemiki. To, co powinno stanowić oś dyskusji, staje się jedynie usprawiedliwieniem dla podnoszenia kwestii z zupełnie innego obszaru. Trudno byłoby zresztą posługiwać się w gazetowym sporze takimi sformułowaniami jak talent albo co gorsza – geniusz.

Nie mamy szansy na emancypację, dopóki pozwalamy, żeby ktoś nam mówił, co jest sztuką. Powinniśmy to wiedzieć sami.

Katarzyna Kasia

Całe to dramatyczne przeciąganie liny nie ma zresztą sensu, dopóki nie będziemy mieli do czynienia z prawdziwym rynkiem sztuki. A ten powstanie dopiero wówczas, kiedy Polacy zaczną w sztukę inwestować. Dotychczas – z całym szacunkiem dla postawionych diagnoz – Polacy przeważnie nie traktują dzieł sztuki jako lokat kapitału ani oznak statusu społecznego. I dopóki to się choć trochę nie zmieni, dyskusję powyższą uważam za otwartą, tak samo jak dyskusję o możliwym życiu na innych planetach. Właściwie wszystko można powiedzieć, a zainteresowani znajdą coś dla siebie: artysta, któremu się nie udało zaistnieć, przyzna słuszność Małkowskiej, zaś artysta, który dobrze odnajduje się w kontekście warszawskich meandrów życia galeryjno-muzealnego, zgodzi się ze Zmyślonym. I dalej pozostaniemy równie dalecy od konkluzji, zawiśniemy gdzieś między frustracją a udawanym entuzjazmem.

Aby wyjść poza ten zaklęty krąg trzeba organicznie, od podstaw budować wrażliwość estetyczną u jak najszerszej grupy potencjalnych odbiorców sztuki. Tylko wtedy będziemy mogli mieć nadzieję, że nikt nam nie wciśnie kitu. Musimy zacząć od zmian w edukacji plastycznej: od przedszkoli, w których dzieci, zamiast rysować, kolorują skserowane wydruki z komputerów, od szkół podstawowych, gimnazjalnych i średnich, gdzie na lekcjach plastyki przeważnie dłubie się w nosie albo odrabia inne, ważniejsze lekcje. To się opłaci. To jedyna szansa na to, żeby zmienić wygląd naszego otoczenia. Tylko tak: oddolnie, krok po kroku, cierpliwie. Dzięki lokalnym władzom, inwestującym w warsztaty plastyczne czy muzyczne, dzięki budzeniu potrzeb estetycznych, dzięki świetlicom i domom kultury.

Wtedy może się okazać, że galerie i muzea będą wypełnione nie tylko wtedy, kiedy można się w nich napić soku czy wina, spotkać przyjaciół i wymienić ploteczki. Tutaj Małkowska ma rację: nie chodzi o to, żeby jednorazowo robić tzw. performanse, angażując się na chwilę w pseudospołecznikowskie działania. Trzeba konsekwentnie pracować, zapraszać, otwierać – jak Joanna Mytkowska w warszawskim Muzeum Sztuki Nowoczesnej.

Nie mamy szans na emancypację, dopóki pozwalamy, żeby ktoś nam mówił, co jest sztuką. Powinniśmy to wiedzieć sami. A jeśli nie wiemy, to – w zależności od tego, ile mamy pieniędzy – inwestujmy dalej w ogrodowe krasnale albo dzieła „uznanych artystów”. Też ładne.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 322

(10/2015)
11 marca 2015

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj