Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Odbyt świata. O...

Odbyt świata. O „Strefie interesów” Martina Amisa

Wojciech Engelking

Czy w Auschwitz, tym anus mundi, oprawca mógł wieść normalne życie? Odpowiedź, jaką znajdziemy w „Strefie interesów” – okrzykniętej przez krytykę najlepszą powieścią Amisa od dwóch dekad – idzie całkowicie w poprzek dotychczasowym sposobom myślenia o Zagładzie.

strefa-interesow_okladka

Po raz pierwszy temat Zagłady Martin Amis podjął w 1991 r. w „Strzale czasu albo naturze występku”; mieliśmy wówczas do czynienia z odwróconą chronologicznie historią nazistowskiego lekarza, który – zamiast uśmiercać – na mocy prawa narracji dawał swoim pacjentom życie. Dekadę potem, w 2002 r., Amis – będący już po gigantycznym (zwłaszcza finansowym) sukcesie „Informacji” – z lagrów zmienił zainteresowanie na łagry: efektem był nieprzetłumaczony na język polski esej o Stalinie pt. „Koba The Dread”, w którym pisarz oskarżył brytyjską lewicę o zapominanie o zbrodniach ZSRR. Nie zostawił wówczas suchej nitki nawet na swoim najbliższym przyjacielu, znanym publicyście Christopherze Hitchensie, który z kolei odpowiedział mu na łamach „The Guardian” otwartym listem zatytułowanym „Nie bądź śmieszny”. Cztery lata później Amis rozwinął idee zawarte w „Kobie” w znakomitą, grossmanowską z ducha powieść „Dom schadzek”, umieszczoną w Gułagu historię miłości niemożliwej. Ukazująca się właśnie w Polsce „Strefa interesów”, obwołana przez angielskich krytyków najlepszym dziełem Amisa od dwóch dekad, także traktuje o obozie i także traktuje o miłości, która nie może zostać zrealizowana.

Oto mamy przed sobą młodego Angelusa Thomsena, zwanego Golo, fikcyjnego bratanka osobistego sekretarza Hitlera, Martina Bormanna. Golo, przystojny SS-man, przybywa do znajdującego się w Polsce, niedaleko Krakowa i Katowic, obozu koncentracyjnego nazywającego się „strefą interesów”. Skojarzenia z Auschwitz są jak najbardziej uprawnione, podobnie jak uprawnione jest skojarzenie komendanta strefy interesów – Paula Dolla – z Rudolfem Hössem. Zobaczywszy któregoś dnia jego żonę, Hannah, Golo momentalnie nabiera ochoty, by pójść z nią do łóżka; ale pragnie nie tylko tego. Bo choć młody Angelus to, jak określa go na podstawie plotek Doll, „pies na baby”, o swoich uczuciach w stosunku do Hannah mówi przyjacielowi, SS-manowi Borisowi Eltzowi, że „przypominało to miłość [w angielszczyźnie ironiczne „like love” – WE]. […] Uczucie, że tak już musi być. Sam wiesz. Jak przy narodzinach długiego, cudownego romansu. […] Ból oczarowania. Wielki ból. I jeszcze pokora, a także poczucie, że nie jesteś godzien”. Tak zaczyna się intryga: w tle jest chłodnawy sierpień 1942 r., pora, w której „niebo nad czarnym bezkresem euroazjatyckiej równiny do bardzo późna trzymało się swego indygo i fioletu – barwy sińca pod paznokciem” (to niejedyne niesamowicie piękne zdanie w tej powieści; w całej „Strefie interesów” Amis jawi się jako wybitny stylista).

Kluczem do zrozumienia nowej powieści Martina Amisa są, jak sądzę, dwa elementy konstrukcji, którą wzniósł angielski pisarz: po pierwsze – setting, służący przy okazji za tytuł powieści, po drugie – sposób prowadzenia narracji.

Seksualny wyzysk

Zacznijmy od pytania o ten pierwszy: dlaczego właściwie Amis, chwalący się w posłowiu dokonaniem głębokiego historycznego researchu, nie nazwał Auschwitz-Birkenau Auschwitz-Birkenau? W końcu termin „strefa interesów” także się do historycznego Auschwitz odnosi. Interessengebiet to określenie czterdziestu kilometrów kwadratowych rozciągających się wokół Auschwitz I i Auschwitz II, za kolczastymi drutami; przestrzeń, z której wysiedlono miejscową ludność, by umieścić tam infrastrukturę obozową. Jednak „Zone of Interest” wydaje się mieć dla Amisa jeszcze dwa znaczenia, które zniknęły w polskim przekładzie, choć początkowo wydawca anonsował książkę pod o wiele trafniejszym tytułem „Strefa korzyści”. Starając się zrozumieć psychologię Zagłady, Amis stawia tezę, że nazistowskie Niemcy miały (czy raczej mogły mieć) z obozów koncentracyjnych korzyść dwojaką: po pierwsze – seksualną, po drugie – ekonomiczną. A ze względu na charakter obozu koncentracyjnego, w którym dochodzi do całkowitego upodlenia drugiego człowieka i sprowadzenia go do pozycji przedmiotu, wspomniane korzyści można było czerpać w nieograniczony sposób.

Seksualny wyzysk z pozoru reprezentuje opowiadający w pierwszej osobie o swoich losach w lagrze Golo. Postać ta nie jest może obdarzona tak wybujałą samoświadomością, erudycją i cynizmem jak Maximillian Aue z „Łaskawych”, ale pozostaje bliską krewną bohatera Jonathana Littella. Dla Golo i jego przyjaciela Borisa obóz koncentracyjny wraz z przyległościami to przede wszystkim jeden wielki burdel, z którego można wybierać kolejne partnerki: mieszkające w niegdyś polskich domach w Oświęcimiu żony SS-manów, strażniczki, więźniarki. Piszę „z pozoru”, bo Amis w swojej powieści tę tezę świadomie kompromituje. Choć akcja „Strefy interesów” dzieje się w czasie, kiedy „wszyscy wyczuwali ten szwindel, ten sarkastyczny bezwstyd, tę zapierającą dech hipokryzję wszelkich prohibicji”, reguły, podle których odbywa się nawiązywanie romansu i czerpanie zeń seksualnych korzyści, są dziwnie normalne, cywilne, w jakimś sensie nawet rycerskie: rozmowy o kobietach, które prowadzą Golo i Boris Eltz, równie dobrze mogłyby być prowadzone przez dwóch współczesnych młodzieńców. „Tak sobie myślę…”, zastanawia się Angelus. „Czy jest coś, czego my im nie robimy? Zdaje się, nie gwałcimy ich”. Ma rację. W całej powieści najbardziej perwersyjną pod względem erotycznym sceną jest macanie ud żony zmarłego SS-mana podczas kolacji, na której trwa dysputa o konferencji w Wansee. O seksie sporo się mówi (zwłaszcza w berlińskich partiach książki, w których pisarz portretuje Martina Bormanna), ale dzięki zabiegom Amisa mówi się tak, by o nim nic nie powiedzieć. Wulgarne nazwy części kobiecego ciała i w angielskiej, i w polskiej wersji są pozostawione w języku niemieckim; jedyną władczą, dominującą w sensie seksualnym postacią okazuje się Hannah Doll, nie żaden mężczyzna.

Ekonomiczne korzyści

Podobna kompromitacja spotyka tezę o korzyści ekonomicznej, przemyśle Zagłady, na którym skupiony jest monolog Dolla (i po części także Angelusa). Zło, które uosabia ta inkarnacja Rudolfa Hössa, wcale nie jest banalne. Paul Doll to, oczywiście, maniakalny biuralista: wszystko stara się obliczyć, zapisać w postaci cyferek (rzuca się to w oczy w sposobie opowiadania – Amis wszystkie liczebniki w wypowiedziach komendanta zastępuje cyframi), by w ten sposób zwiększyć wydajność zarządzanego przez siebie obozu, którego działalność w dużej części finansują wszak niemieckie koncerny w rodzaju Bayera czy IG Farben, złaknione taniej siły roboczej. „Lubię liczby”, twierdzi w pewnym momencie Doll. „Mówią o logice, dokładności i gospodarności. […] najważniejsza jest konsekwencja. Liczby, cyfry, nominały, kwoty”. Jednak w obliczenia Dolla bez przerwy wkrada się błąd. Choć strefa interesów mogłaby być wydajnym przedsiębiorstwem – Angelus nawet przedstawia sensowny projekt jej reorganizacji w taki sposób, by wybrani więźniowie nie umierali po trzech miesiącach – nie jest nim: zwany przez Gola i Borisa Starym Opojem komendant nie jest w stanie sprostać niemożliwym do równoczesnego spełnienia wymogom stawianym przez politykę i ekonomię. Polityczną sytuację dodatkowo komplikuje fakt, że Niemcy właśnie zaczynają przegrywać wojnę; wielka, trwająca od 1933 r. i mająca swoją kulminację w zdobyciu Francji Noc Walpurgii dobiega końca, do obozu powoli docierają informacje o klęsce w stalingradzkim kotle. Skompromitowany jako zarządca, Doll jest skompromitowany także jako mężczyzna: nie potrafi kontrolować swojej chętnej do romansu z Thomsenem żony, nie potrafi znieść jej pogardy, jak również nonszalanckiego kobieciarstwa Angelusa.

Normalne życie

Poprowadzenie narracji z punktu widzenia dwóch przedstawicieli hitlerowskiego reżimu – czy to temu reżimowi niechętnego, jak nonszalancki Angelus, czy to wobec niego entuzjastycznego, jak chorujący na manię wielkości Paul Doll – a zatem bohaterów, którzy mogli z sytuacji, jaką jest obóz koncentracyjny, czerpać niewyobrażalne korzyści, umożliwia Martinowi Amisowi zadanie ważkiego pytania: jaka jest tych możliwych korzyści granica i co poza tymi korzyściami czekało oprawcę w obozie? Czego się spodziewał poza nieograniczonym (kto by się przejmował w takich warunkach ustawami rasowymi) dostępem do kobiet i taniej siły roboczej? To znaczy: czy w Auschwitz, strefie interesów, tym odbycie świata, anus mundi, oprawca mógł wieść normalne życie? Pytanie to, zadawane wysokim i wzniosłym tonem, łatwo byłoby z ważkości odrzeć, udzielając wysokiej i wzniosłej odpowiedzi; popadając w to, co Primo Levi nazwał „literacką lubieżnością” dzieł traktujących o obozach koncentracyjnych. Tymczasem warto na nie odpowiedzieć na najbardziej banalnym, codziennym poziomie. Bo przecież w Auschwitz-Birkenau poza mordowaniem i poza zbrodnią rozgrywała się jakaś codzienność (znakomicie opisuje ją praca „Życie prywatne esesmanów w Auschwitz”, która zawiera relacje pomocy domowych rodzin wyższych rangą hitlerowców zakwaterowanych w willach w okupowanym Oświęcimiu, zredagowane i opatrzone komentarzem przez dra Piotra Steca). Przecież, mówi Amis w rozmowie z „Financial Times”, prócz więźniów i strażników była w Auschwitz „[…] zupełnie inna warstwa, składająca się z żon oficerów SS, w tym żony komendanta, która prowadziła całkiem dobrze rozwinięte życie towarzyskie – mieli teatr i wieczorki taneczne”. Przecież większość SS-manów traktowała godziny spędzone w obozie po prostu jako pracę, po której wracali do domów i za którą otrzymywali wynagrodzenie. Czy połączenie tych dwóch sfer życia – ośmiu godzin pracy, w czasie których czerpało się korzyści z i w anus mundi oraz uporządkowanego podle mieszczańskich reguł (kobieciarstwo Angelusa to wszak ewenement) czasu wolnego – jest możliwe? Oczywiście, że nie. Anus mundi swoim szaleństwem – „smrodem”, jak określa je Amis – infekuje codzienność, infekuje normalność: dlatego romans Gola i Hannah, który mógł być płomienny, cechuje irytująca impotencja, a biznesowy zamysł Paula Dolla co do przedsiębiorstwa-obozu nie może zakończyć się powodzeniem.

Dlatego też tak ciekawie wybrzmiewa w powieści Amisa monolog trzeciego z narratorów, Szmula Zachariasza: więźnia, członka Sonderkommanda i mimowolnego pomagiera Dolla w zbrodniczych planach. O ile swoją codzienność, normalne życie Doll i Angelus starają się rozgrywać, budować poza mordowaniem, Szmul takiej możliwości nie ma. On nie broni się przed smrodem obozu koncentracyjnego, cały jest tym smrodem. Konstruując go, Amis wykorzystuje znaną z oświęcimskich opowiadań Tadeusza Borowskiego figurę muzułmana: człowieka całkowicie zniszczonego fizycznie i duchowo, niemającego ani sił, ani woli do dalszej walki o życie, a mimo wszystko, jako nagie życie, homo sacer, żyjącego. Z niesamowicie oszczędnego, a jednocześnie pełnego metafor i wtrąceń monologu Szmula wyziera wiedza, że obozu koncentracyjnego nie można tak po prostu za sobą zostawić, nie można się od niego odwrócić i zacząć żyć normalnym życiem. Smród strefy interesów obłapia, krępuje ludzkie ruchy. Pozycja Szmula – więźnia wybranego, mającego dostęp do Paula Dolla – sprawia, że faktycznie mógłby on ugrać w tym fikcyjnym Auschwitz jakiś interes, czerpać korzyści, na przykład spróbować ocalić swoją ukrywającą się w Łodzi żonę, Szulamit; jednak strefa interesów zainfekowała go już na tyle, że jest bierny. Odlicza dni; nic więcej.

Gdy zapadnie zmrok

Najnowsza powieść Martina Amisa opowiada o codzienności będącej częścią tego wydarzenia w historii świata, które codzienność – możliwość życia codziennego, możliwość życia normalnego, możliwość stosowania do życia normalnych reguł – całkowicie wykluczało. Piszący o banale (w końcu trudno o bardziej banalny temat literacki aniżeli ménage à trois) Amis konstruuje w ten sposób nowy wariant myślenia o Zagładzie i niemieckiej winie, idący w poprzek zarówno koncepcji Hannah Arendt o banalności zła i jego nazistowskim biuralizmie, jak i pomysłu Daniela Goldhagena, by o nazizmie myśleć w kategoriach perwersyjnej przyjemności oprawców. Logiczny, uporządkowany biuralizm i perwersyjna przyjemność to, zdaje się twierdzić Martin Amis, kategorie, które nie przystają do odbytu świata. Są zbyt „normalne”. Przesłanie „Strefy interesów” ciekawie wybrzmiewa zwłaszcza wówczas, gdy porównamy je z przesłaniem „Domu schadzek”, w którym Amis twierdził, że ten, kto doświadczył życia w Gułagu, nie jest zdolny do jakiegokolwiek kochania. W „Strefie interesów” nie może się wydarzyć nie tylko miłość (ani nawet coś, co „przypominało miłość”), lecz także jakakolwiek sytuacja, która jest domeną życia poza obozem, poza kilkudziesięcioma kilometrami kwadratowymi Interessengebiet. Każda taka sytuacja w samym obozie i jego przyległościach wydaje się niesmaczna i absurdalna (jak irytacja Dolla tym, że jego żona pali; jak omawianie przez Golo i Borisa technik uwodzenia).

Co w takim razie przystaje do realiów obozu? Co jest treścią „uczucia, że tak musi być”, o którym mówi Golo Borisowi Eltzowi? Wyłącznie – zdaje się twierdzić Amis – śmierć. Własna lub cudza, jak ta, na którą oczekuje Szmul Zachariasz: „To nie stanie się tego ranka, to nawet nie stanie się dziś po południu. To stanie się u schyłku dnia, gdy zapadnie zmrok”.

 

Książka:

Martin Amis, „Strefa interesów”, przeł. Katarzyna Karłowska, Dom Wydawniczy REBIS, Warszawa 2015.

 

* Śródtytuły pochodzą od redakcji.

SKOMENTUJ

Nr 350

(38/2015)
22 września 2015

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

PODOBNE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj