Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > 1945–2015, czyli walka...

1945–2015, czyli walka o miasto. Relacja z 7. festiwalu Warszawa w Budowie

Michał Krasucki

Tegoroczna edycja stołecznego festiwalu przypomina o czasie, kiedy architekci i urbaniści, dźwigając Warszawę z ruin, mogli realizować najśmielsze koncepcje. Pokazuje również, że tytaniczny wysiłek Biura Odbudowy Stolicy może stać się osnową jednej z najważniejszych warszawskich opowieści.

Duży gmach w środku miasta. Sala gimnastyczna, korytarze, sale, trochę zieleni wokół. Popękany i nierówny asfalt. Mokro. Na elewacjach cegła z gruzobetonu miejscami zamieniona na współczesny klinkier. W środku częściowo zdjęte parkiety, skute tynki, gdzieniegdzie pozostawione tablice, szafki i inni świadkowie niedawnego szkolnego życia. Zaprojektowane po wojnie przez Jerzego Baumillera śródmiejskie liceum im. Hoffmanowej zostało skazane na rozbiórkę. Teraz wraca na chwilę do przestrzeni publicznej miasta w ostatnim agonalnym tchnieniu. Wraca, pytając o Warszawę powojenną i Warszawę współczesną.

B. Stawiarski / materiały prasowe

B. Stawiarski / materiały prasowe

Cud Odbudowy

Tegoroczny festiwal Warszawa w Budowie, z wystawą „Spór o odbudowę” w dawnym liceum, jest ważny. Być może najważniejszy z dotychczasowych. W ciągu ostatniego 25-lecia nie zadawano sobie bowiem zbyt wiele trudu, żeby tak dokładnie prześledzić dyskusję, która towarzyszyła powojennej odbudowie stolicy. I konsekwencjom, jakie wywiera ona aż do dzisiaj.

Kolejne sale są jak kolejne powojenne miesiące i lata. Romantyczne rysunki Jana Zachwatowicza i Tadeusza Kulisiewicza czy dokumentacyjne szkice Michała Borucińskiego pokazują skalę zniszczeń, z jakimi zmagali się architekci i urbaniści. Czarno-białe filmy ukazują ogrom i grozę tragedii, która dotknęła prawie całe miasto. Przez chwilę możemy się poczuć jak zwiedzający pierwszą wystawę powojenną zorganizowaną w 1945 r. w gmachu Muzeum Narodowego, „Warszawa oskarża”. Mapy zniszczeń pomagają uzmysłowić sobie, jak gigantyczną pracę dokumentacyjną w terenie wykonali pracownicy z Biura Odbudowy Stolicy. Wreszcie dzięki wystawie stajemy się też świadkami autentycznych dyskusji zwolenników różnych wersji odbudowy – nie tylko członków Zarządu Miasta, ale też BOS-u. Dyskusji nie tylko o tym co, ale też jak zachować czy odtworzyć. W pewnym momencie udziela się nam wręcz entuzjazm tamtych lat, bez którego trudno byłoby sobie wyobrazić cały ten wielki wysiłek budowlany.

Wydaje się, że wystawa nie pozostawia wątpliwości: odbudowa Warszawy była najlepszym możliwym rozwiązaniem.

Michał Krasucki

Cieszę się, że kuratorzy tak dokładnie przedstawili wszystkie ówczesne za i przeciw, zarówno spojrzenie z pozycji zabytkowiczów, jak też modernistów. Autorzy ekspozycji dużo uwagi poświęcili analizom i projektom Wydziału Architektury Zabytkowej, którego pracownicy najpierw niezwykle dokładnie dokonywali oceny stanu zniszczeń, a potem z tą samą precyzją prowadzili waloryzację zachowanej architektury. Mając doskonałe akademickie doświadczenie, potrafili odnaleźć się w trudnym zadaniu odtwarzania historycznej zabudowy lub nawiązywania do niej. Posiadali jednocześnie pełną świadomość tego, że odchodzą od obowiązującej doktryny konserwatorskiej zabraniającej jakichkolwiek rekonstrukcji.

Wydaje się, że wystawa nie pozostawia wątpliwości: odbudowa Warszawy była najlepszym możliwym rozwiązaniem. I stała się też szansą na wieloletni rozwój miasta. Z morza gruzów wydobyć i zachować to, co naprawdę warto, a na pozostałościach zbudować nowoczesne, w dużym stopniu modernistyczne city z szerokimi arteriami, obszernymi placami i wygodnymi osiedlami mieszkaniowymi – taka miała stać się Warszawa po to, by móc się później swobodnie rozwijać. Na festiwalu potężna praca poszczególnych wydziałów BOS-u bez wątpienia doczekała się dużego uznania.

Wystawa pokazuje także ciągłość pomiędzy projektami powojennymi i wcześniejszymi. Konspiracyjne studia dla budowy Nowego Światu Bis z 1941 r. czy analiza wysokościowa zabudowy przy ul. Nowy Świat z 1943 r. z propozycją jej obniżenia i uregulowania udowadniają, że forma powojennej odbudowy to nie był tylko efekt działania pod wpływem chwili czy skutek politycznych przekonań, ale wynik długoletniej polityki urbanistycznej, a przede wszystkim wykształcenia architektów modernistów. Przed którymi po 1945 r. pojawiła się nagle możliwość tworzenia tego, co wcześniej nie było po prostu w takim stopniu osiągalne. Warszawa pozbawiona gęstej zabudowy mieszkaniowej dawała im szansę na realizację modernistycznych marzeń.

B. Stawiarski / materiały prasowe

B. Stawiarski / materiały prasowe

Dekret i mieszkańcy

Powojenna odbudowa miasta możliwa była nie tylko dzięki potężnemu wysiłkowi społecznemu i działaniom architektów, ale też dekretowi Bieruta. Z jednej strony umożliwił on szybką nacjonalizację gruntów i pełną swobodę projektowania, co pozwoliło w dużej części zaspokoić niewyobrażalny głód mieszkaniowy. Z drugiej strony to właśnie skutki wprowadzenia (nie zawsze zgodnie z ówczesnym prawem) dekretu odbijają się dziś czkawką przy próbach realizacji jakiejkolwiek większej inwestycji. Pozostawił też po sobie duży zasób mieszkań komunalnych, które do dziś znajdują się na utrzymaniu miasta. Choć jest to w pewnym sensie realizacja warszawskiej polityki mieszkaniowej, to jej efekty nie zawsze wyglądają tak, jakbyśmy sobie tego życzyli. Trzeba w tym miejscu przypomnieć, że nie tylko konserwacja, lecz także gruntowne remonty takich lokali, wraz z modernizacją całych kamienic, można bez wątpienia zaliczyć do najpilniejszych, ale i najtrudniejszych inwestycji. Zachowanie albo przywrócenie zabytkowego charakteru budynków przy jednoczesnym wprowadzeniu do nich współczesnych urządzeń, jak choćby windy, i usprawnieniu instalacji to prawdziwe wyzwanie dla obecnych projektantów.

Odbudowa to także lokatorzy komunalni wprowadzani masowo do dawnych wielkich mieszkań. Duże lokale były dzielone na małe klitki, w których trzeba było wydzielić kuchnie, łazienki. Szczęśliwe były rodziny, którym udawało się zamieszkać w niezależnych, w pełni funkcjonalnych mieszkaniach. Choćby najmniejszych. O tym wystawa już nie mówi. Obszerna jej część jest jednak poświęcona współczesnemu ruchowi lokatorskiemu, który konsoliduje się w obliczu wroga, jakim jest nowy właściciel kamienicy. Na wystawie reprezentuje go handlarz roszczeniami. W części ekspozycji poświęconej zamordowanej działaczce Joli Brzeskiej czy w tej o nieruchomościach przeznaczonych do reprywatyzacji zwiedzający może się dowiedzieć, że prywatny właściciel to najczęściej zło w czystej postaci. Nie dość, że nie odbudował kamienicy, to jeszcze rości sobie prawa do jej odzyskania, a to wszystko tylko po to, by jak najszybciej zbyć ją razem z mieszkańcami. I o ile słusznie przedstawia się obawy i częste cierpienie samych lokatorów, to druga strona już nie jest na wystawie przez nikogo reprezentowana. Nie tylko aktualnie, ale także w latach tuż powojennych.

B. Stawiarski / materiały prasowe

B. Stawiarski / materiały prasowe

A teraz o odbudowie inaczej…

Wystawa nie prezentuje pism takich jak to, z 19 czerwca 1946 r.: „Wydział Inspekcji Budowlanej Zarządu Miejskiego m.st. Warszawy Dzielnica Śródmieście komunikuje, że właścicielka nieruchomości przy ul. Koszykowej … ob. Helena P… nie wykonała zarządzenia z dn. 16 VI 46 r. (…) w przedmiocie rozbiórki wypalonej oficyny lewej, mimo upływu wyznaczonego terminu. Wobec powyższego Wydział prosi o pociągnięcie wyżej wymienionej do odpowiedzialności karnej” [1]. Obywatelka wcześniej prosiła o pomoc w rozbiórce ścian oficyny ze względu na brak funduszy. W ramach prowadzonych inspekcji Wydział Nadzoru BOS przychylił się do tej prośby i zlecił wykonać wskazane rozbiórki. Jednocześnie odmówił właścicielce prowadzenia remontu w budynku frontowym ze względu na kolizję z „zamierzeniem urbanistycznym”. Po zakończeniu robót zabezpieczających Helena P. została obciążana kosztami prac, a następnie wywłaszczona; mimo że dotychczasowe remonty opłaciła z własnej kieszeni. Takich właścicieli jak Helena P. były setki, jeśli nie tysiące. Po latach oni sami albo ich dzieci próbowali odzyskać odebrane mienie. Czasami się udawało. Niektórzy z nich sukcesywnie remontują kamienice i starają się zapewnić nie tylko ich odpowiedni wygląd, ale też, z myślą o obecnych lokatorach, dobry standard mieszkań. Na wystawie tej strony zupełnie zabrakło. A nieobecnemu na sali sądowej oskarżonemu trudno się bronić.

Ta wystawa cieszy. Nie tylko ze względu na wyjątkową formę i miejsce samej ekspozycji. Na światło dzienne wydobywa wiele materiałów do tej pory publicznie nieznanych. Osadza także dyskusję o odbudowie miasta w szerszym kontekście społeczno-kulturalnym. Krajowym i międzynarodowym. I bez wątpienia oddaje należne miejsce członkom Biura Odbudowy Stolicy. Samą odbudowę pokazuje jako wręcz niewyobrażalny trud, który w dzisiejszych warunkach gospodarczo-społecznych nie byłby już możliwy. Jednocześnie trudno się oprzeć wrażeniu, że ostatnio powoli stajemy się świadkami kształtowania nowego mitu założycielskiego miasta – albo reaktywacji starego, sprzed dziesiątek lat, tylko już zapomnianego. Podczas festiwalu bohaterów tamtego czasu ukazano heroicznie, a pamiątki po nich eksponowane w gablotach przypominają relikwie, niczym w Muzeum Powstania Warszawskiego. Może nie taka była intencja kuratorów, jednak skojarzenia nasuwają się same. Taka romantyczna perspektywa odbudowy staje się alternatywą dla nostalgicznej wizji przedwojennego Paryża północy czy tragicznego doświadczenia wojny. Czy stanie się dominującą narracją, wokół której będziemy budować obecną warszawską tożsamość?

Przypis:
[1] treść pisma zgodna z oryginałem, znajdującym się w zasobach archiwum m.st. Warszawy na Krzywym Kole.

 

Festiwal:

Warszawa w Budowie, Warszawa, 10 października – 10 listopada 2015 r.

SKOMENTUJ

Nr 354

(42/2015)
20 października 2015

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail