Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > Pogoda dla bogaczy....

Pogoda dla bogaczy. Recenzja filmu „Zakładnik z Wall Street” Jodie Foster

Tomasz Rachwald

„Zakładnik z Wall Street” jest dzieckiem kina lat 70. – tej wyjątkowej w dziejach Ameryki dekady, kiedy producenci filmowi mogli zarabiać na realizacji filmów ambitnych i zaangażowanych politycznie. To jednak wizja o wiele bardziej optymistyczna. A być może po prostu naiwniejsza?

Jeśli pierwsze sekundy filmu mogą nas skonfundować, to po paru chwilach znajdujemy się już na znajomym terenie. Ten thriller medialno-polityczny zaczyna się niczym „Matrix” – przy pomocy komputerowych wizualizacji wprowadza widza w nie do końca jasne wizje rodem z cyberpunkowych antyutopii. Ciągi cyfr i znaków przetykane są w nich wyrywkami z telewizyjnych wywiadów z bogaczami i ekonomistami, tłumaczącymi zasadę działania algorytmu programu komputerowego, który masowo kupuje akcje na giełdzie. Z tej wyobrażonej (ale realnej – cyberpunk, jak wiadomo, jest jedyną antyutopią, która się spełniła) przestrzeni przenosimy się w o wiele przyjaźniejsze wnętrza – znane z innych filmów opartych na scenariuszach Aarona Sorkina. Emanujący pewnością siebie mężczyzna w średnim wieku (George Clooney) przechadza się po zapleczu studia telewizyjnego, rzucając krótkie uwagi współpracownikom. Towarzyszy mu jego producentka, prawa ręka i moralny kompas (Julia Roberts). Wypowiedzi skrzące dowcipem i cynizmem rzucane są z zawrotną prędkością: widzieliśmy to już nie jeden raz, by wspomnieć Jeffa Danielsa i Emily Mortimer w „Newsroomie”, Michaela Fassbendera i Kate Winslet w „Stevie Jobsie”, a nawet Brada Pitta i Jonaha Hilla w „Moneyballu”. Wymyślona przez Sorkina formuła relacji między głównymi bohaterami znakomicie dynamizuje oparty na dialogach film i pozwala zgłębiać cechy osobowości postaci, więc i Jodie Foster, podobno jedna z najinteligentniejszych osób w dzisiejszym Hollywood, postanowiła z niej skorzystać.

Reżyserka zapożycza się u niego i u paru innych twórców, niezbyt wiele dodając od siebie; wystarcza to jednak, żeby stworzyć angażujące dzieło. Foster wykorzystuje kilka zgranych już kart w celu słusznym – krytyki splotu mediów i wielkich pieniędzy – w charakterze niespodzianek wrzucając w talię parę zwrotów akcji. Punkt wyjścia jest prosty: telewizyjny celebryta, gospodarz programu „Money Monster”, zostaje zakładnikiem uzbrojonego w pistolet i materiały wybuchowe bankruta, który wszystkie swoje oszczędności włożył w polecany przez prezentera pakiet akcji. Jeśli Lee Gates, grany przez Clooneya tytułowy zakładnik, chce przeżyć, musi rozwiązać zagadkę nagłego tąpnięcia wartości pewnej firmy – zdarzenia, które takich jak mężczyzna z pistoletem właścicieli akcji kosztowało łącznie ponad 800 mln dolarów. Jego (oraz producentki) starania śledzi potężne grono telewidzów dzięki relacji na żywo ze studia opanowanego przez terrorystę.

Fot. materiały prasowe dystrybutora

Fot. materiały prasowe dystrybutora

Dziennikarz tańczy

Jeszcze przed wtargnięciem młodego desperata do studia producentka programu uspokaja czekającą na rozmowę specjalistkę od PR rzeczonej firmy, obawiającej się trudnych pytań. „Nie przejmuj się, nie uprawiamy tabloidowego dziennikarstwa”, zapewnia Patty Fenn. Po zastanowieniu się dodaje: „Właściwie, to nie uprawiamy żadnego dziennikarstwa”. Tym sposobem Jodie Foster wytacza ciężkie działa przeciwko dzisiejszym amerykańskim mediom, które misję przekazywania informacji zmieniły w infotainment – rozrywkę z pozorami wiedzy. Wzorcowym przykładem tego zjawiska jest fikcyjny tytułowy program „Money Monster” (oryginalny tytuł filmu polski dystrybutor zmienił, zapewne żeby skorzystać z popularności „Wilka z Wall Street” Martina Scorsese). Lee Gates, celebryta udający specjalistę od ekonomii, rozprasza swoich widzów atrakcjami w rodzaju efektów dźwiękowych i wizualnych, tańca ze skąpo odzianymi Afroamerykankami i rekwizytów takich jak cylinder. W przerwach między kolejnymi numerami podaje im tonem wyroczni swoje nieudowodnione opinie na temat stanu finansów spółek akcyjnych. Clooney, ostatnio specjalizujący się w rolach nierozgarniętych gwiazdorów o przerośniętym ego, bawi się tym doskonale, balansując na granicy autoparodii. W drugiej części filmu, kiedy wypada mu uderzyć w dramatyczniejsze tony, w jego grze coś zaczyna fałszować: jakby ograniczenia warsztatowe tego skądinąd dobrego aktora nie pozwalały mu dobrze zagrać bojącego się o własne życie zakładnika. A szkoda, bo właśnie jego przemiana powinna być decydująca dla dzieła, którego przesłanie jest gorzkie: przy dzisiejszych oczekiwaniach wobec mediów i sytuacji na rynku pracy trzeba zagrozić dziennikarzowi wysadzeniem go w powietrze, żeby wreszcie zaczął wykonywać porządną robotę śledczą.

Jodie Foster wytacza ciężkie działa przeciwko dzisiejszym mediom amerykańskim, które misję przekazywania informacji zmieniły w infotainment – rozrywkę z pozorami wiedzy.

Tomasz Rachwald

„Zakładnik z Wall Street”, mówiąc o zjawiskach nowych, skojarzeniami cofa się do amerykańskiego kina lat 70. Znajdziemy tu oczywiście echo „Sieci” Sidneya Lumeta (1976) – film Foster wręcz kopiuje z niego kilka ujęć. Tamta produkcja opowiadała o doświadczonym prezenterze wiadomości telewizyjnych, który po usłyszeniu informacji o likwidacji swojego etatu postanawia popełnić samobójstwo na wizji. Wyznania zdesperowanego reportera, który przed ostatecznym krokiem w słynnym monologu wypowiada do kamery wszystkie obawy tamtej epoki (doskonały Peter Finch), nieoczekiwanie zwiększają oglądalność jego programu. Tak też w „Zakładniku…” rozmowę uzbrojonego akcjonariusza z dziennikarzem oglądają na żywo mieszkańcy globu – od Islandii do Korei – a producentka dba o to, żeby terrorysta był dobrze nagłośniony i oświetlony. Inne filmowe skojarzenie to o rok starsze od filmu z Finchem „Pieskie popołudnie”, w którym znajdujący się u szczytu swoich umiejętności aktorskich Al Pacino gra autora nieudanego napadu na bank niespodziewanie stającego się bohaterem mediów. Obie produkcje, powstałe niedługo po aferze Watergate i rezygnacji prezydenta Nixona, wyrażały skrajny brak zaufania Amerykanów wobec instytucji państwa. Interesujące, że nawiązujący do nich film powstaje u zmierzchu prezydentury Baracka Obamy. W „Sieci” grający dziennikarza Peter Finch mówił: „Nie muszę wam mówić, że jest źle, wszyscy o tym wiemy. Trwa recesja, szukacie pracy lub boicie się ją stracić […] i nie widać, aby ktokolwiek wiedział, co zrobić i czym to się skończy. Wiemy, że nasze powietrze nie nadaje się do oddychania, a nasza żywność do jedzenia. […] Siedzimy w naszych domach i świat wokół nas robi się coraz mniejszy, a my mówimy tylko: proszę, tylko zostawcie nas w spokoju!”. Historia zdaje się zataczać koło i w obliczu uświadomienia sobie podobnych zagrożeń dzisiaj kino powraca do tych samych metod ostrzegania.

Kto zabił?

Nie jest to oczywiście pierwsza fabuła powstała po kryzysie finansowym 2007 r. wyrażająca rezerwę bądź też wrogość wobec systemu zabezpieczeń na giełdzie, który nie zadziałał i w konsekwencji doprowadził do bankructwa rzeszy mieszkańców Ziemi. Filmy takie jak telewizyjny „Zbyt wielcy, by upaść” Curtisa Hansona (2011) oraz „Chciwość” J. C. Chandora z tego samego roku, przede wszystkim zaś oscarowy „Big Short” Adama McKaya (2015) na różne sposoby analizowały ostatnie chwile przed pęknięciem bańki nieruchomości i gorączkowe narady tuż po. To, co je łączyło, to ukazanie bezsilności rozregulowanych władz państwowych wobec chciwości miliarderów oraz pesymistyczny wydźwięk.

Fot. materiały prasowe dystrybutora

Fot. materiały prasowe dystrybutora

Jednak „Zakładnik z Wall Street” znacząco różni się od nich na dwa sposoby. Przede wszystkim jest to pierwszy znany mi film amerykański, który na obieg finansów i informacji patrzy globalnie: akcja toczy się w Nowym Jorku, ale z zazębiającymi się wątkami pobocznymi w Korei, Islandii i Republice Południowej Afryki. Dzięki tej skali film nabiera oddechu, a i świadomość reżyserki, że świat nie kończy się na Stanach, zadowoli europejskiego widza. Po drugie: Jodie Foster wykazuje się daleko idącym, zakrawającym na śmieszność optymizmem. Podział na „dobrych” i „złych” bohaterów, obrysowanych grubymi konturami, jest zbyt oczywisty, podobnie zbyt proste wydaje się zakończenie konfliktu. Dziennikarz dostanie okazję, żeby przejrzeć na oczy, skonfrontować się z tematem swojej pracy, a nawet zawstydzić się zawłaszczeniem kultury afroamerykańskiej. Wiara w siłę czwartej władzy ma zostać tym filmem wzmocniona, ale nie udaje się zrobić tego równie sprawnie jak chociażby w „Stanie gry” z 2009 r., który grał nostalgią za prasą papierową, prezentując widzom etosowego dziennikarza przedkładającego prawdę nad wyniki sprzedaży. Russel Crowe w tamtej adaptacji brytyjskiego serialu był bardziej przekonujący jako poruszyciel dziennikarskich sumień niż Clooney w „Zakładniku z Wall Street”, którego starania o rozwiązanie zagadki do końca zdają się wypływać głównie z egoistycznych pobudek. Refleksja zdaje się tu zbyt powierzchowna – zakończona dość żenującym w kontekście dramatycznej kulminacji filmu pytaniem producentki o to, co pokazać w następnym programie. Razi też wyprany ze znaczeń gest skierowania obiektywu kamery w widza – Jodie Foster mogłaby równie dobrze sama stanąć w kadrze i spytać: „A co ty o tym sądzisz?”. Byłby to zabieg równie nachalny.

W tych okolicznościach intryga filmu – poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, kto jest odpowiedzialny za masowe ubożenie biednych i ciągłe bogacenie się bogatych – traci sens, bo proponowane w „Zakładniku z Wall Street” rozwiązanie na poziomie jednostkowych porachunków na osi protagonista-antagonista nie daje satysfakcji. Film Jodie Foster sprawiał wrażenie, że wzorem swoich poprzedników chce wziąć się za bary z patologią systemu. To się nie do końca udało. Przemysł filmowy, jak się zdaje, rozliczył już bankierów odpowiedzialnych za kryzys finansowy (z Oscarem dla „Big Short” w roli ostatniego gwoździa do trumny, w której leży zaufanie do rynków finansowych), a zamiarem Jodie Foster zdaje się próba szerszego spojrzenia na skomplikowane zależności wielkich pieniędzy, władzy i mediów. Pewne uproszczenia, na które w tej pracy reżyserka sobie pozwala, są jednak trudne do wybaczenia w epoce po serialu „Prawo ulicy” („The Wire”, 2002–2008), do którego film zresztą nienachalnie nawiązuje – w drugoplanowych rolach obsadzeni są dwaj aktorzy z tamtej produkcji: Dominic West i Chris Bauer. Powstał jednak satysfakcjonujący film gatunkowy korzystający ze starych klisz; tego reżyserce nikt nie odbierze.

 

Film:
„Zakładnik z Wall Street”, reż. Jodie Foster, USA 2016.

*Ikona wpisu: fot. materiały prasowe dystrybutora

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 386

(22/2016)
31 maja 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj