Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Najważniejsze wybory świata]...

[Najważniejsze wybory świata] Ciąg dalszy koszmaru?

Piotr Tarczyński

Po ośmiu latach rządów pierwszego czarnoskórego prezydenta, w dodatku cieszącego się obecnie rekordowym poparciem, Stany Zjednoczone wybrały jego całkowite przeciwieństwo.

Donald Trump wygrał nie tylko we wszystkich stanach, w których wygrać absolutnie musiał (jak Floryda czy Ohio), ale zdołał też wyrwać kawałek dotychczasowego terytorium Demokratów. Jeszcze niedawno mówiło się o szansach Hillary Clinton w Utah czy Arizonie, tymczasem to Trump zdobył stany, które ostatni raz głosowały na Republikanina w latach 80. – Pensylwanię, Wisconsin, Michigan.

Wczorajsza noc pokazała całkowitą klęskę sondaży i prognoz wyborczych. Analitycy nie potrafili uchwycić skali rozczarowania i wściekłości „niebieskich kołnierzyków”, przedstawicieli klasy robotniczej z „pasa rdzy”, którzy po paru dekadach globalizacji i wdrażanej przez obie partie neoliberalnej polityki gospodarczej mają poczucie, że zostawiono ich samych sobie. Te wybory to także klęska mediów, które bardzo długo, zamiast rzetelnie informować i weryfikować fakty, żywiły się Trumpem, nabijając sobie czytelnictwo, oglądalność i klikalność, a później jednoznacznie poparły Clinton, co jeszcze bardziej rozzłościło „niebieskie kołnierzyki”. W Trumpie, dystansującym się od Partii Republikańskiej, umiejętnie grającym rolę kandydata niezależnego, znaleźli swojego człowieka, a głos na niego był pokazaniem środkowego palca znienawidzonemu establishmentowi, wyraźnym dowodem na to, że nic nie obchodzi ich „poprawność polityczna”, „seksizm” i inne – ich zdaniem wydumane – problemy jajogłowych ze Wschodniego Wybrzeża (z którego, dodajmy tylko gwoli zagmatwania problemu, pochodzi także Trump).

Podłoże tego buntu było nie tylko ekonomiczne, ale i kulturowe. Trumpowi udało się zmobilizować białych Amerykanów przekonanych (niebezpodstawnie), że ich czas się kończy, że przyszłość kraju należy do wielorasowego, wieloetnicznego społeczeństwa. Ruszyli do lokali wyborczych tłumniej i w przeważającej większości oddali głos na kandydata obiecującego powrót do mitycznej, niegdysiejszej Ameryki, kiedy wszystko było prostsze, lepsze i… bielsze.

Wczorajszy wynik to wreszcie klęska samej Hillary Clinton i koniec jej kariery politycznej. Z przyprawioną (nie całkiem bezpodstawnie, ale jednak na wyrost) łatką „sztucznej”, „skorumpowanej” i „niewiarygodnej”, nie zdołała wzbudzić entuzjazmu swojego elektoratu, mimo że pod wpływem popularności Berniego Sandersa startowała z najbardziej lewicowym programem wyborczym od dziesięcioleci. Nie zmobilizowała wystarczająco wielu kolorowych, młodych, niezależnych wyborców, by móc skontrować armię Trumpa, choć sondaże pokazywały, że nie powinna mieć z tym problemu.

Wprawdzie nadal się może okazać, że Clinton wygra nieznacznie pod względem liczby oddanych głosów obywateli, ale przegra w kolegium. Przeciągnięcie na swoją stronę części niezadowolonych Republikanów w „czerwonych stanach” nie przełożyło się bowiem na głosy elektorskie. Jeśli tak się stanie (a wiele na to wskazuje), będzie to drugi taki przypadek w ciągu szesnastu lat i najlepszy dowód na to, że amerykański system wyborczy wymaga zasadniczej zmiany. To jednak daleka perspektywa i nie należy spodziewać się w tej kwestii rewolucji – obecny sposób wyboru prezydenta i Kongresu (zwłaszcza przy istniejących okręgach wyborczych) zdecydowanie faworyzuje Republikanów, którzy w prezydenturę Trumpa wchodzą, utrzymawszy (również wbrew sondażom) kontrolę nad obiema izbami Kongresu. Nie należy jednak zakładać, że współpraca między republikańskim prezydentem, a republikańskimi ustawodawcami będzie zawsze przebiegać bezproblemowo – „program wyborczy” Trumpa pod wieloma względami stoi w sprzeczności z programem GOP, kontakty osobiste między dotychczasowym kierownictwem partii a jej nowym przywódcą także nie są najlepsze – eufemistycznie rzecz ujmując.

„Nasz długi narodowy koszmar dobiegł końca”, oświadczył Gerald Ford, obejmując stanowisko prezydenta po ustąpieniu odchodzącego w atmosferze skandalu Richarda Nixona. Wielu miało nadzieję, że 9 listopada tego roku skończy się koszmar, jakim były te wybory – niestety okazuje się, że koszmar dopiero się zaczyna.

 

* Fot. wykorzystana jako ikona wpisu autorstwa Łukasza Pawłowskiego

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 409

(45/2016)
9 listopada 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj