Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Arabia Saudyjska] Dzisiejszy...

[Arabia Saudyjska] Dzisiejszy hegemon czy przyszły bankrut?

Jagoda Grondecka

Czy nowy władca Arabii Saudyjskiej, książe Mohammad bin Salman, który wywołał już wojnę w Jemenie i zdestabilizował relacje z Katarem, a obecnie wchodzi na ścieżkę kolizyjną z Iranem, będzie twórcą nowej wielkiej Arabii, czy jej ostatnim przywódcą?

Rewolucja Mohammada bin Salmana

Zaczęło się od aresztowania prominentnych postaci w Arabii Saudyjskiej, m.in. książąt, ministrów, wpływowych biznesmenów i przedstawicieli armii. Wszystko pod pretekstem zarzutów związanych z korupcją. Właściwie trudno jednak  mówić o zwalczaniu korupcji w kraju, w którym królewska kieszeń i budżet państwa to jedno, a członków rodziny królewskiej jest ponad 5 tys., z czego około tysiąc osób ma realny majątek i wpływy. W ostatnich latach krajem wstrząsały liczne afery związane z defraudowaniem środków publicznych i nepotyzmem jego elit. Uderzenie w tę grupę było więc najryzykowniejszym jak dotychczas zakładem księcia Mohammada, którego celem było jednak nie tyle wyeliminowanie korupcji, co potencjalnych zagrożeń dla swojej władzy. Nie bez powodu jednymi z ofiar księcia byli dwaj pozostali wnukowie króla Abdulaziza, założyciela królewskiej dynastii, mający największe szanse na objęcie tronu. Eliminując ich, następca saudyjskiego tronu zapewnił sobie całkowite wpływy nad sektorami bezpieczeństwa i obronności kraju, centralizując władzę w niespotykany dotąd w historii królestwa sposób. MBS, pierwszy książę z realną władzą w kraju od zawsze rządzonym przez niemłodych królów, zapowiedział więc rewolucję.

A wszystko to w cieniu podupadającej saudyjskiej gospodarki, która nie radzi sobie z coraz niższymi cenami ropy. Polityka ekonomiczna królestwa, dotychczas opierająca się na sprzedawaniu surowców i kupowaniu broni, musi się zmienić. Książę Mohammad chce tego dokonać, osłabiając wpływy radykalnych kleryków i przyciągając na rynek zagranicznych inwestorów. Tyle że w państwie, które dziś funkcjonuje niemalże jak wycinek średniowiecza i konsekwentnie odrzuca wszelkie zachodnie idee, przeprowadzenie takich zmian może być zadaniem niemożliwym – zwłaszcza kiedy kraj włącza się w politykę innych państw, czego najlepszym dowodem jest afera libańska.

Saad Hariri, czyli wątek libański

Kiedy 3 listopada Saad Hariri, premier Libanu, ogłosił na antenie libańskiej Future TV swoją rezygnację, w kraju zapanowała konsternacja – szczególnie, że zrobił to, przebywając w Rijadzie. Szef libańskiego rządu twierdził, że wraz z rodziną pozostaje saudyjskim gościem dobrowolnie, w telewizji nie sprawiał jednak takiego wrażenia. Na ulicach Bejrutu od razu pojawiły się transparenty z napisami „Kulnaa Saad” – „Wszyscy jesteśmy Saadem”– i żądaniem uwolnienia libańskiego premiera. Jego niespodziewana deklaracja wywołała polityczny pat w kraju – Hariri pozostaje premierem, póki nie złoży rezygnacji na ręce prezydenta, Michela Aouna. Ten nie zamierza jej przyjąć, twierdząc, że Hariri nie podjął swojej decyzji dobrowolnie. Podobnie jak lider Hezbollahu, Hasan Nasr Allah, uważa, że premier jest przetrzymywany w Rijadzie pod naciskiem saudyjskich władz, w szczególności księcia Mohammada. Jego przypuszczenia nie są bezzasadne – Hariri, jako sunnita, jest w Libanie przedstawicielem związanej z Arabią Saudyjską frakcji, posiada także saudyjskie obywatelstwo oraz, co może najważniejsze, firmę Saudi Oger. Ta ostatnia od dawna jest jednak dla Haririego wyłącznie źródłem kłopotów. Stojąc na krawędzi bankructwa, w listopadzie 2015 r. przestała wypłacać wynagrodzenia swoim pracownikom, wśród których znajdowało się wielu francuskich obywateli Arabii Saudyjskiej. Firma jest także zadłużona wobec Saudyjczyków na ok. 9 mld dolarów. Tyle jeśli chodzi o osobiste finanse Haririego. Saudyjczycy mają jednak wiele innych możliwości, by wywierać na Liban naciski ekonomiczne – nie tylko Hariri prowadzi w Arabii Saudyjskiej swoje biznesy – i to raczej ten rodzaj wojny zamierzają prowadzić.

Książę Mohammad zdaje się uważać, że w i tak podzielonym arabskim świecie brakuje kolejnych kryzysów. Impulsywność następcy saudyjskiego tronu od lat pozostaje tematem dyskusji. Polityka Arabii Saudyjskiej wobec Libanu jest lustrzanym odbiciem sytuacji z blokadą Kataru czy wywołaniem wojny w Jemenie – impulsywnym, mało przemyślanym krokiem, nie pozostawiającym miejsca na negocjacje. Trudno przewidzieć jego konsekwencje. Na razie problem Kataru utknął w martwym punkcie i nic nie wskazuje na to, by cokolwiek miało się tu szybko zmienić. Wojna w Jemenie przyniosła tysiące ofiar wśród ludności cywilnej, a kolejne tysiące skazała na epidemię głodu i cholery. Może się okazać, że podobnie jak w tamtych przypadkach, posunięcia Arabii Saudyjskiej wobec Libanu także okażą się przykładem prowizorycznej, niedojrzałej, tworzonej na kolanie polityki, w której po początkowym trzesięniu ziemi następuje impas.

Iran wrogiem

Jaki w takim razie był cel wywołania potężnego chaosu w Libanie? Domniemane uprowadzenie premiera Haririego i treść wygłoszonego przez niego oświadczenia jednoznacznie wskazują na to, że książę Mohammad próbuje osłabić Hezbollah, pozbawiając go przedstawicieli w rządzie. Ale nawet on powinien zdawać sobie sprawę z tego jak delikatny ład polityczny panuje w tym wieloreligijnym państwie. Stanowiska państwowe w Libanie od 1943 r. dobierane są według klucza wyznaniowego:  prezydentem może zostać chrześcijanin maronita, premierem musi być sunnita, a szefem parlamentu – szyita. To oznacza, że reprezentujący libańskich szyitów Hezbollah z nadania ma swój kawałek tortu. Próby zakłócenia tego porządku mogą przynieść niespodziewane dla Libanu i całego regionu reperkusje.

Oczywiście sam Liban, niewielkie państewko, które od wielu lat programowo nie angażuje się w żaden z lokalnych konfliktów, nie jest celem MBS. W kampanii wymierzonej w Hezbollah chodzi o Iran, który od początku jej powstania steruje Partią Boga, bo tak można przełożyć nazwę „Hezbollah” na język polski. Choć formalnie organizacja należy do libańskich partii politycznych, jest tajemnicą poliszynela, że jej polityka formowana jest w Teheranie. W końcu zastępcy Hezbollahu, szejkowi Na’imowi Kasimowi, zdarzało się udzielać wywiadów pod portretami Chomejniego i Chameneiego. Powiązania irańskich i libańskich szyitów sięgają dziesięcioleci wstecz, ale to właśnie wydarzenia lat 70. i 80. sprawiły, że przekształciły się one w formę wojującego sojuszu politycznego. Może to wydawać się nie do końca racjonalne w kontekście silnej narracji nacjonalistycznej, która pojawiała się niejednokrotnie podczas irańskich obchodów rocznicy rewolucji. Koran daje jednak silne podstawy do odrzucenia kategorii nacjonalistycznych, śladem czego chętnie podążył Chomeini, twierdząc, że islam nie uznaje granic. Wspieranie ugrupowań zbrojnych innych państw ma także inny, praktyczny aspekt – można obciążyć je odpowiedzialnością za przemoc, jakiej się dopuszczają, a na koncie Hezbollahu znalazło się dokonywanie zamachów bombowych i porywanie cywilów.

Atak na libańskie ugrupowanie dowodzi, że dokonuje się coś, czego Saudyjczycy obawiali się najbardziej – Iran nie tylko wygrywa wojnę w Syrii, ale zyskuje też władzę nad coraz większymi obszarami Libanu. Niektórzy obserwatorzy mówią, że pod kontrolą Hezbollahu znajduje się już około 60 proc. terytorium państwa. Książę Mohammad chciał podkreślić irańskie wpływy w regionie, by nieszyickie libańskie władze same zdecydowały się je ograniczyć. Być może była to też, intencjonalna lub nie, próba zaangażowania Iranu w konflikt – co, gdy porównać możliwości saudyjskiej armii do zaprawionych w boju Strażników Rewolucji, byłoby jednak zdumiewającą lekkomyślnością.

Przyszły hegemon czy bankrut?

Książę Mohammad, władca młody i niedoświadczony, powziął się gigantycznego przedsięwzięcia. Od reform socjalnych, które cieszą się poparciem młodych Saudyjczyków, przez odwrót od fundamentalistycznego islamu, który dotychczas stanowił, nomen omen, fundament saudyjskiej agendy państwowej, przez zaostrzanie rywalizacji z Iranem w regionie – jego decyzje mają tylu zwolenników, co przeciwników. Po dotychczasowych sukcesach, jak wywołanie wojny i kryzysu dyplomatycznego, których nie potrafi zakończyć, rozsądek podpowiada sceptycyzm wobec polityki Arabii Saudyjskiej na Bliskim Wschodzie, która zdaje się postrzegać relacje w nim panujące jako grę o sumie zerowej.

Arystoteles, w średniowieczu określany w świecie islamu jako al-muallim al-awwal – pierwszy mistrz – uważał, że człowiek nie jest ani bogiem, ani bestią, ale zoon politikon, zwierzęciem politycznym, a istotę jego życia stanowią protest, walka i konflikt. Książę bin Salman wydaje się być żywym dowodem takiego podejścia do polityki, zaś jego temperament w tej materii może albo dokonać epokowej modernizacji Arabii Saudyjskiej i wynieść ją na pozycję regionalnego hegemona, albo na zawsze pogrążyć.

 

Fot. wykorzystana jako ikona wpisu: kremlin.eu


 

Patronem artykułu jest NETIA wspierająca inicjatywy społeczne w dziedzinie stosunków międzynarodowych

KL_bannery_patronat_3

SKOMENTUJ

Nr 463

(48/2017)
21 listopada 2017

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj