W słynnym eseju „Co się stanie z książkami?” opublikowanym w „New York Times Magazine” redaktor naczelny czasopisma „Wired” Kevin Kelly stwierdził, że linki i tagi „to najprawdopodobniej dwa najważniejsze wynalazki ostatniego półwiecza”. Pozwalają bowiem scalić w jedną sieć miliardy informacji, których pokrewieństwa często byśmy się nawet nie domyślali. W analogowym świecie książek działa podobny mechanizm, choć ma on o niebo mniejszy zasięg i jest o wiele bardziej świadomie ukierunkowywany. Jedna książka naprowadza na drugą, kusi wspomnianym gdzieś na  marginesie nazwiskiem nieznanego autora lub opisem dzieła, do którego odsyła w przypisie. To znowuż wskazuje nam następny tytuł. Nigdy nie możemy być pewni, dokąd nas doprowadzi nasza czytelnicza odyseja.

Pisarz i wydawca

Do twórczości Roberto Calasso docierałem dwiema ścieżkami i za każdym razem odkrywałem innego autora. Calasso pisarza poznałem dzięki Grekom, których zawzięcie czytałem pod koniec studiów. Był to czas, kiedy każdy wysiłek wyłuskania z antycznej literatury nieodkrytych dotąd sensów wywoływał u mnie dreszcz entuzjazmu. Tak też zareagowałem na „Zaślubiny Kadmosa z Harmonią”, erudycyjną i jednocześnie niezwykle kunsztowną opowieść Calasso o najważniejszych greckich mitach, która okazała się świetną glosą do dzieł Homera, Ajschylosa i Eurypidesa. Zresztą do dziś uważam tę książkę za jedną z najlepszych współczesnych prób przyswojenia sobie helleńskiej religijnej wyobraźni. Za nią już niejako z automatu przyszły lektury tomów „Literatura i bogowie” (seria wykładów wygłoszonych przez Calasso w Oksfordzie) oraz „Pawilon Baudelaire’a” (rzecz o XIX-wiecznej Francji i narodzinach nowoczesności).

Istnieje też jednak drugi Calasso, do którego, trochę naokoło, doprowadziła mnie lektura „Innego morza” Claudio Magrisa. Głównym bohaterem tej niewielkiej biograficznej powieści jest Enrico Mreule, młody filolog zamieszkały w austro-węgierskiej podówczas Gorycji, którą opuszcza tuż przed wybuchem I wojny światowej, by udać się w podróż do Patagonii. W tle pojawia się również drugi mieszkaniec tego wielokulturowego miasta – rówieśnik Mreulego, filozof i pisarz Carlo Michelstaedter. Obaj mężczyźni to postacie rzeczywiste. Z nich dwóch tylko Michelstaedter, który w wieku dwudziestu trzech lat popełnił samobójstwo, przetrwa w pamięci potomnych jako przykład genialnego, świetnie zapowiadającego się myśliciela, podążającego tropem Heraklita, greckich tragików i Nietzschego.

Jego pisma są rzadko wznawiane, a jeszcze rzadziej tłumaczone. Kiedy więc podczas jednej z podróży zobaczyłem je na wystawie księgarni, nie wahałem się i natychmiast zakupiłem dwa niewielkie tomiki. Zwracały uwagę ich stonowane, eleganckie okładki i piękny papier, na którym zostały wydrukowane. Sprawdziłem wydawnictwo. Książki opublikowała oficyna Adelphi. Jej współtwórcą, od lat 70. szefem, a dzisiaj jedynym właścicielem jest Roberto Calasso. W ten sposób autor „Zaślubin Kadmosa z Harmonią” objawił mi się jako wydawca.

Tajemnica wydawniczego fachu

Jeśli ktoś myśli, że niszowego filozofa z Gorycji, wydało równie niszowe wydawnictwo, jest w błędzie. Adelphi to duża firma o ugruntowanej rynkowej pozycji. Jak zatem trafił tu Carlo Michelstaedter? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba rzucić okiem na cały katalog książek oferowanych przez Adelphi. Dopiero wtedy zorientujemy się, że Michelstaedter po prostu do niego pasuje. Setki opublikowanych przez włoską oficynę tytułów układają się bowiem w jedną całość. Wszystkie łączy wspólna nić. Są niczym olbrzymi wielogłosowy chór. I kto wie, czy to właśnie nie ten chór jest największym życiowym dziełem Calasso. Jak jednak doszło do jego powstania? I na czym polega tajemnica wydawniczego fachu?

Odpowiedź przynosi nam „Ślad wydawcy”, zbiór okolicznościowych tekstów częściowo wygłoszonych, a częściowo opublikowanych przez Calasso we włoskiej prasie. To opowieść tyleż ciekawa, co krzepiąca, bo traktuje o przedsięwzięciu, które ostatecznie zakończyło się sukcesem. Wcale nie musiało tak jednak być. „Wydawanie książek – czytamy w «Śladzie wydawcy» – wielokrotnie okazywało się szybką i niezawodną drogą do roztrwonienia sporego majątku. Można wręcz dodać, że założenie wydawnictwa przez młodzieńca dobrego pochodzenia było zawsze, na równi z ruletką i kokotami, jednym z najpewniejszych sposobów na wyzbycie się swoich dóbr” (s. 68). Dobrym przykładem, przywołanym zresztą przez Calasso, jest legendarna inicjatywa Kurta Wolffa, młodego, zamożnego Niemca, który u progu I wojny światowej zapragnął wydawać „nowych pisarzy odznaczających się talentem literackim” (s. 72). Serię, którą dla nich zaprojektował, nazwał „Der Jüngste Tag” (Sąd Ostateczny). Miał niezwykłego wydawniczego nosa. Dość powiedzieć, że wśród wydanych przez niego autorów były takie tuzy literatury jak Franz Kafka, Georg Heym, Georg Trakl, Robert Walser, Gottfried Benn czy Marcel Schwob. Po kilku płodnych latach Wolff musiał zwinąć interes. Zapisał się jednak na dobre w historii światowego edytorstwa.

Adelphi miało więcej szczęścia, a swój sukces, jeśli wierzyć słowom Calasso, zawdzięczało trzem rzeczom. Po pierwsze, profesjonalnym współpracownikom, do których należeli Roberto Bazlen oraz Luciano Foà. Pierwszy był krytykiem literackim, pisarzem oraz wieloletnim doradcą w dwóch wielkich włoskich domach wydawniczych: Bompianiego i Einaudiego. Drugi – doświadczonym redaktorem u tego ostatniego. Ich przewaga nad innymi kolegami po fachu polegała na olbrzymiej wiedzy, wrażliwości na fałszywe tony, wyczuciu słowa oraz skrupulatności. Skoro Adelphi zdecydowało się na konsekwentne wydawanie dzieł Josepha Rotha, Foà poświęcał co roku kilka tygodni na przeglądanie jego twórczości. Ale przede wszystkim dwaj redaktorzy – jak napisał Calasso, kreśląc sylwetkę Luciana Foà – wiedzieli czego nie chcą i co im się nie podoba.

Książki jedyne

To dzięki tej ostatniej zdolności mogli skupić się na drugim ważnym punkcie, a mianowicie na formie, czyli takim ukształtowaniu serii wydawniczej, jakby należące do niej książki „były rozdziałami jednej księgi” (s. 73). Cóż to jednak oznacza? Kiedy spojrzy się na pierwsze tomy biblioteki Adelphi mówienie o jedności może wydawać się dziwne. Co bowiem ma ze sobą wspólnego fantastyczna proza Alfreda Kubina, pisma tybetańskiego klasyka Milarepy i powieść „Father and Son” (Ojciec i syn) Edmunda Gossego – „drobiazgowy, wyważony, przejmujący opis relacji ojca i syna w epoce wiktoriańskiej” (s. 13)? Nic albo prawie nic. A jednak ostatecznie z perspektywy czasu wszystko wydaje się na swoim miejscu. Wybór książek przeznaczonych do wydania podyktowany był bowiem nie tylko wymogami rentowności czy mitycznego zapotrzebowania rynku (czasami sami czytelnicy nie wiedzą, czego potrzebują), ale przede wszystkim koniecznością realizacji przyjętego planu wydawniczego, który miał czysto intelektualny charakter. Chodziło o klasykę, ale specyficzną. Bazlen wymagał, żeby każda wydana w Adelphi książka była – jak to określił – „książką jedyną”, czyli taką „w której od razu spostrzegamy, że autorowi coś się przydarzyło i że to coś utrwaliło się w tekście” (s. 12). W przypadku Kubina jest to książka napisana przez kogoś, kto nie był pisarzem – to dziwny, niesamowity pisarski zryw, który czyta się, „wchodząc w krąg potężnej halucynacji i już w niej pozostając” (s. 11). W katalogu Adelphi szybko pojawiła się też proza Kafki. Tym razem jedyność nie odnosiła się do liczby utworów, lecz do wyjątkowości dzieła, które było „jedyne w swoim rodzaju dla całego wieku XX” (s. 12).

Z czasem pojedyncze książki zaczęły się układać w coraz wyraźniejszą konstelację. Oczywiście najbardziej widoczną tam, gdzie pojawiał się zbiór nazwisk związanych z jednym kręgiem kulturowym, takim jak na przykład wiedeńskie środowisko literackie przełomu wieków XIX i XX (Roth, Kraus, Hofmannstahl, Schnitzler, Loos). Najważniejsze, że myśl przewodnią całej serii powoli zaczęli dostrzegać czytelnicy – bez względu na gatunek danego dzieła.

Odwrócona ekfraza

Ostatnim, trzecim elementem dobrej serii wydawniczej jest wreszcie dla Calasso umiejętnie dobrana szata graficzna. Książka jest nie tylko ideą, ale i przedmiotem. Wymaga więc dobrego projektu. Założyciele Adelphi wiedzieli od razu, czego chcą uniknąć: bieli i grafików. Biel była już wykorzystana przez Einaudiego. By się odróżnić, zdecydowali się na stonowane kolory, matowe okładki z imitlinu, niepowlekanego papieru z fakturą płótna, i proste, klasycznie wkomponowane liternictwo. Graficy mieli znowuż inną wadę. „Cokolwiek by robili, widać było od razu, że jest to dzieło grafika powstałe według dość ortodoksyjnych reguł modernistycznej wulgaty” (s. 15).

Bazlen, Foà i Calasso postanowili jednak nie rezygnować z ilustracji i na okładkę każdej książki dobierali inną reprodukcję gotowego już dzieła. Calasso nazwał to odwróconą ekfrazą. Zwykła ekfraza polegała na artystycznym opisaniu dzieła sztuki. Tu zaś zachodziło zjawisko odwrotne – to dzieło sztuki musiało w sposób skrótowy oddać treść literackiego utworu. Trudność była duża. Jak pisze autor „Zaślubin Kadmosa z Harmonią”, „nie wystarczy bowiem dobrać odpowiedni obraz. Powinien on być również postrzegany jako odpowiedni przez niezliczone pary oczu odbiorców, na ogół nic jeszcze nie wiedzących o tym, co znajdą w książce” (s. 17). Było więc w tym coś z łamigłówki. A także z archiwalnej kwerendy, ponieważ Calasso i współpracownicy zawsze starali się wybierać mniej znane, a więc mniej opatrzone obrazy. To na przykład dzięki ich staraniom twórczość belgijskiego symbolisty Léona Spilliaerta będzie się niektórym zawsze kojarzyła z Georges’em Simenonem i jego „trudnymi powieściami”, wydawanymi przez Adelphi w latach 80.

Wydawnicza apokalipsa

No dobrze, powiedzą niektórzy, wszystko pięknie, ale Adelphi powstawało na początku lat 60. – w zupełnie innej Europie i z zupełnie innym odbiorcą. „Czasy zawsze są trudne”, odpowiada w jednym z tekstów Calasso, ale w istocie i on nie jest pewien przyszłości. Rozwój cyfryzacji ma bowiem swoje dobre i złe strony. W przywołanym na początku tego tekstu eseju Kevin Kelly kreśli wizję świata, w którym każdy będzie miał dostęp do wszystkich napisanych kiedykolwiek tekstów: „Kiedy cyfryzacja książek dobiegnie już końca, czytanie stanie się czynnością wspólnotową. Komentarze na marginesach książek będą mogły być udostępniane innym czytelnikom. Glosy staną się wspólną własnością. Można będzie się wymieniać bibliografiami. (…) Uniwersalna biblioteka w zadziwiający sposób stanie się jednym tekstem, ogromnych rozmiarów – jedną jedyną księgą świata” (s. 38).

Calasso, który z przerażaniem cytuje te słowa, wie, że będzie to koniec czytelnika, jakiego znamy, a zarazem koniec wydawcy, którego rola polega przede wszystkim na ocenianiu, odmawianiu, stawianiu granic, wskazywaniu tego, co dobre i złe – a więc na gestach w dużej mierze arystokratycznych. W świecie, w którym każdy z osobna i wszyscy na raz będą dla siebie autorami, odbiorcami, edytorami i dystrybutorami, nie ma miejsca na osąd, „który dla wydawcy jest prawdziwą próbą ogniową”. „Kiedy do takiej próby nie dochodzi, wydawca może zejść ze sceny i nie będzie to ani dostrzeżone, ani opłakane” (s. 127). Czy tego jednak naprawdę chcemy?

 

Książka:

Roberto Calasso, „Ślad wydawcy”, przeł. Joanna Ugniewska, Stanisław Kasprzysiak, przekład części II, II i IV przejrzała i poprawiła Katarzyna Skórska, seria „Biblioteka Mnemosyne” pod red. Piotra Kłoczowskiego, Fundacja Terytoria Książki, Gdańsk 2018.