Wesprzyj Kulturę Liberalną
Kultura Liberalna istnieje dzięki osobom takim jak Ty. Wesprzyj Kulturę Liberalną
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > O świadomość własnych...

O świadomość własnych ograniczeń [Odpowiedź na polemikę Grzegorza Sterna]

Michał Lubina

Jeśli ktoś popełnia błędy faktograficzne, to trzeba mu to wypominać. Taka jest społeczna rola recenzji, pisze Michał Lubina.

Umiejętność przyjęcia krytyki, szczególnie publicznej, jest jednym z najtrudniejszych wyzwań dla osoby piszącej. Jednak negowanie faktów i atakowanie ad personam recenzenta to najgorsze, co można zrobić.

Grzegorz Stern, odpowiadając na moje zarzuty, udowadnia, że w wielu miejscach krytyki po prostu nie zrozumiał. Na przykład z backpackerstwem. Nie chodzi o to, ile się krajów widziało: ja widziałem ich ponad 80, mieszkałem też w Pekinie i Bangkoku; ani też – w jaki sposób się jeździ (też większość zwiedziłem z plecakiem). Tylko o to, by rozumieć, że fraza „podróżuje tam, gdzie turyści nie docierają” odsłania typowe złudzenie. Pretensjonalność zbudowaną na przekonaniu wyższości, lepszości, większej autentyczności w porównaniu do reszty. Tymczasem dychotomia podróżnik-turysta jest sztuczna: wszyscy jesteśmy post-turystami, w tym Stern i ja. Nie chodzi o to, by od razu spać w pięciogwiazdkowym hotelu, lecz by mieć świadomość, że plecak, Lonely Planet w ręku i nora za nocleg nie dają nam z automatu lepszego zrozumienia danego regionu.

Podobnie nie chodzi o to, ile razy się było w kraju: ja byłem w Birmie 16 razy (od 2010 r.), razem z mieszkaniem w Bangkoku i obracaniem się tam wśród Birmańczyków, co daje mi większą ilość czasu niż pobyty Sterna. Ale co z tego? Po pierwsze, można być w jakimś miejscu sto razy i nic nie zrozumieć, albo być raz i zrozumieć wiele. Pobyt to warunek wstępny poznania, ale niewystarczający. Po drugie, co innego mieszkać na stałe, a co innego jeździć: to fundamentalna różnica. Nie, Stern „w latach 2006-2018 w Birmie nie mieszkał rok”, tylko ten rok to suma czasu wszystkich jego pojedynczych wjazdów w tych latach: wynika to zarówno z treści książki, jego odpowiedzi, jak i prostego faktu, że jeszcze do niedawna wizę do Birmy można było dostać tylko jednorazową, na 28 dni.

Skąd wiem, że w „Bordeline” brak najważniejszych książek? Ano stąd, że recenzent ocenia po tym, co Autor zawrze w książce: w posłowiu pełniącym funkcję bibliografii Stern wymienia … 5 książek, z których korzystał. A poza tym po tekście widzę, że podstawowych lektur nie skonsultowano.

Stern zarzuca mi hipokryzję w sprawie znajomości języka birmańskiego. Czemu zrezygnowałem po kilku zajęciach, nie wspomnę z szacunku dla nauczyciela, cytowanego w odpowiedzi Sterna (choć w innym miejscu i przez to manipulacyjnie) Thana Htike. Ale nie było to „kilka miesięcy temu”, tylko w 2015 r. W międzyczasie byłem na kilkumiesięcznej profesurze wizytującej na Uniwersytecie Chulalongkorna w Bangkoku i tam pod okiem Than Than Myint (uznanej autorki podręczników do birmańskiego) codziennie po kilka godzin sam na sam z nią, uczyłem się birmańskiego. Nie władam płynnie, mówię po birmańsku znacznie gorzej niż po angielsku, rosyjsku, ukraińsku, hiszpańsku czy chińsku, ale daję radę: przynajmniej raz w roku pracuję w Birmie po birmańsku. Tyle, że znów nie o to chodzi. W recenzji zarzutem nie jest brak znajomości birmańskiego (pisałem wyraźnie: „nie wymagam od Sterna znajomości birmańskiego”), a brak refleksji nad znaczeniem języka. Chodzi o coś, co nas fundamentalnie różni ze Sternem: o świadomość swoich ograniczeń.

Stern zarzuca mi, że jestem psem ogrodnika: nie piszę reportaży, a krytykuję. Choć akurat reportaż kiedyś napisałem (o ukrzyżowaniach na Filipinach), czego Stern (znów) nie sprawdził (nonszalancja w sprawdzaniu faktów tłumaczy, być może, dlaczego w książce jest 30 błędów), choć nie jestem reporterem – wolę esej. Jednak znów nie o to chodzi: krytykuję błędy merytoryczne i postawę wobec Birmy, a nie jego reporterski warsztat. Zresztą sternowa argumentacja ponownie odsłania pretensjonalność: bycie reporterem nie czyni nas z definicji lepszymi, a ja nie muszę być reporterem, by oceniać reportaż. Koniec końców piszemy dla ludzi, nieważne, w jakirj formie: reportaż, esej czy dysertacja to tylko środki do celu. A celem jest przekazanie wiedzy sprawdzonej, wszyscy robimy w literaturze faktu. Dlatego jeśli ktoś popełnia błędy faktograficzne, to trzeba mu to wypominać. Taka jest społeczna rola recenzji.

Zarzucanie mi siedzenia w wieży z kości słoniowej („teoretyk”) jest niedorzeczne. Każdy może sprawdzić, że styl moich książek (dwie są w wolnym dostępie) jest „dla ludzi”. Zaś na terenach rebelii byłem, rozmawiałem m.in. z gen. Gun Maw i wieloma innymi, inaczej nie napisałbym książki o przyczynach i przebiegu walk birmańskich partyzantek [1]. Tyle, że znów: to, czy byłem czy nie, nie ma dla meritum żadnego znaczenia.

Stern spróbował złożyć opowieść o Suu Kyi, ale mu się to nie udało. Mógłbym złośliwie napisać, że gdyby Stern porozmawiał z Suu Kyi (jak wynika z treści książki, zadał jej jedno pytanie, dość wiernopoddańcze, na konferencji prasowej, a ona potem wystawiła go do wiatru, nie udzielając indywidualnego wywiadu), to by wiedział (o takich interpretacjach, jakie przedstawił Stern Suu Kyi powiedziała mi kiedyś: „co oni myśleli, że robiłam przez ostatnie 25 lat”?). Ale nie trzeba docierać do Suu Kyi, wystarczy trochę więcej poczytać podstawowych lektur o opisywanym kraju.

Stern brnie w negację twierdząc, że partyzanci nie utworzyli wspólnego frontu. Otóż utworzyli ich kilkanaście: to jest fakt. I nie jest istotne, na jak długo ani jak skutecznie (sam wielokrotnie pisałem w swoich pracach jak nieskutecznie); ważny jest fakt, że były. Choćby Stern rozmawiał z tysiącem ludzi, to faktu nie zmieni. O tym, czy rację ma Stern czy ja może się przekonać każdy zaglądając np. do słownika [2] albo biorąc do ręki książkę Martina Smitha „Burma. Insurgency and the Politics of Ethnicity” [3]. To jedna z tych wielu klasycznych lektur o Birmie, których Stern nie przywołuje.

Argumenty Sterna o NLD i Rohingya wymagają od czytelnika dużej uwagi, apeluję jednak by każdy przeczytał jego odpowiedzi wnikliwie, bo odjąwszy wodewilowe didaskalia („litości”) wychodzi z nich jasno, że Stern się z zarzutów nie wybronił. Stern pisząc w odpowiedzi o „kłótni” i „odejściu” działaczy NLD przed 2010 r. przyznaje mimochodem, że jego słowa z książki, że „po raz pierwszy doszło do podziału” w 2010 r. są błędne. Odejście Aung Gyi, a potem pozostałych (Ma Thanegi, Kyi Maung), to są podziały w obrębie partii, swoją drogą znacznie ważniejsze niż rozłam w 2010 r. (Aung Gyi był współzałożycielem partii, Kyi Maung jej wiceprzewodniczącym, Ma Thanegi sekretarką i powierniczką Suu Kyi: to postaci znacznie większego kalibru niż rozłamowcy z 2010 r).

Co do Rohingya, to emfaza dotyczy frazy „jak pisałem wcześniej” (s. 184): Stern najpierw zrobił kompromitujący błąd faktograficzny, a potem radośnie podkreślił swoją niewiedzę. W książce dwa razy powtórzył, że nie walczyli zbrojnie („w odróżnieniu od Karenów, Monów czy Szanów nie mieli swojej partyzantki i nie walczyli zbrojnie” (s. 112) oraz „jak pisałem wcześniej, muzułmanie ze stanu Arakan nie mieli swojej partyzantki i nie walczyli zbrojnie. Przez lata był to lokalny konflikt”, s. 184). Zaś w odpowiedzi na mój zarzut Stern najpierw przyznaje istnienie mudżahedinów (czyli jednak walczyli!), a następnie pisze, że zdanie o Rohingya „pada w kontekście teraźniejszym” oraz że inaczej niż inne partyzantki, „nie mieli struktur, organizacji politycznych i militarnych”. No więc raz, że z tekstu nie wynika, że chodzi o teraźniejszość („przez lata” to teraźniejszość?), dwa, że mieli organizacje polityczne i militarne (np. wspomnianych mudżahedinów), a trzy, że tu nie ma to znaczenia czy mieli parapaństwo jak Karenowie: nie spieramy się o siłę oddziałów partyzanckich, tylko o fakt ich istnienia. Rohingya mieli partyzantkę i walczyli zbrojnie.

Cieszę się, że Stern afirmatywnie przywołuje Fink. Nie wiem tylko, czy zdaje sobie sprawę, że jest to argument za mną, nie za nim, bo Fink mając – odwrotnie niż Stern – wiedzę i empatię napisała mądrą książkę. Swoją drogą Stern nawet nie podjął próby obrony przed zarzutem braku empatii.

Dlatego też podtrzymuję ten zarzut i wszystkie inne opisane powyżej: z żadnego Stern się nie wybronił, w zamian wybrał atak ad personam.

 

Przypisy:

[1] M. Lubina, „Birma: centrum kontra peryferie. Kwestia etniczna we współczesnej Birmie (1948–2013)”, Krakowska Oficyna Naukowa TEKST, Kraków 2014.

[2] D.M. Seekins, „Hitorical Dictionary of Burma (Myanmar)”, Rowman&Littlefield, Lanham-Boulder-New York-London 2017, p. 553.

[3] M.J. Smith, “Burma. Insurgency and the Politics of Ethnicity”, Zed Books, New York 1999.

 

Ikona wpisu: Fabio Liggeri, Flickr.com.

...czy możemy zatrzymać Cię na chwilę? Skoro jesteś tu z nami, mamy do Ciebie ważną prośbę.

„Kultura Liberalna” jest tygodnikiem wydawanym społecznie, to znaczy istnieje dzięki wsparciu Darczyńców. W każdy wtorek publikujemy pełnowymiarowe wydanie magazynu, wydajemy książki, organizujemy wydarzenia publiczne.

Dajemy głos ludziom rozmaitych profesji i środowisk, którzy mają do powiedzenia coś ważnego i ciekawego - niezależnie od potrzeb reklamodawców i komercyjnych wymogów. Wierzymy w pluralistyczną demokrację i rozmawiamy także z tymi, z którymi się nie zgadzamy. Bez „KL” w naszym kraju byłoby smutniej!

Przed nami kolejne cele. Aby działać stabilnie i zachować pełną niezależność, musimy znacznie poszerzyć grono osób, które wspierają nas bezpośrednimi, comiesięcznymi wpłatami. Dlatego zwracamy się do Ciebie z prośbą, abyś dołączył lub dołączyła do grona naszych comiesięcznych Darczyńców. Zajmie to tylko minutę!

SKOMENTUJ

Nr 537

(16/2019)
23 kwietnia 2019

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj