Trwa jesienna zbiórka
na działalność Kultury Liberalnej.
Weź udział!

Czego potrzebujemy?

Jesteśmy niezależni od polityków
i reklamodawców. Dlatego potrzebujemy
comiesięcznych wpłat od Darczyńców.
Aktualnie otrzymujemy od Czytelników
około 15 tys. zł miesięcznie, czyli
25 procent miesięcznego budżetu
tygodnika. Chcemy, aby do końca 2020
roku ta kwota była dwa razy większa
.

Co dostajesz w zamian?

52 numery tygodnika rocznie, publiczne
wydarzenia, najważniejsze książki
o wolności i demokracji.
Silny, wrażliwy, demokratyczny głos
w sferze publicznej, nowe idee dla Polski.
NOWOŚĆ! Comiesięczną informację
o naszej działalności, dodatkowe
materiały i zdjęcia.
NOWOŚĆ! Jeśli Twoja darowizna wyniesie
co najmniej 200zł miesięcznie, otrzymasz
w prezencie książki i specjalne wejściówki
na wydarzenia.
Dziękujemy za wsparcie! Jako Darczyńca wciąż możesz włączyć się w naszą kampanię:
  • Jeśli popierasz naszą działalność, poleć nas kolejnej osobie.
  • Chcemy się rozwijać. Planujemy zatrudnić więcej osób, odświeżyć naszą
    stronę internetową, rozwinąć dział audio/video. Jeśli chciałbyś / chciałabyś
    zmienić kwotę, którą przeznaczasz na wsparcie dla Kultury Liberalnej, napisz
    do nas na [email protected], a my powiem Ci, jak to zrobić.
  • Dziękujemy Ci za to, że jesteś z nami i życzymy dobrej lektury!

Kultura Liberalna jest tygodnikiem wydawanym społecznie, to znaczy ukazuje
się dzięki wsparciu osób takich jak Ty. Bronimy wartości demokratycznych
i wolnościowych. Tworzymy idee dla Polski na przyszłość. Jesteśmy niezależni
od polityków i reklamodawców. Prosimy o to, abyś tworzył lub tworzyła
Kulturę Liberalną wspólnie z nami. Dołącz do grona naszych
comiesięcznych Darczyńców
.

Kultura Liberalna potrzebuje
Twojego comiesięcznego wsparcia.
Weź udział w jesiennej zbiórce
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Wieża z kości...

Wieża z kości słoniowej. O francuskich maoistach, Simonie Leysie i polskim wydaniu jego esejów

Piotr Kieżun

W latach 60. studiował chińską sztukę i mieszkał w slumsach Hong Kongu, w latach 70. obnażał głupotę francuskich piewców maoizmu. Był nienasyconym pożeraczem literatury i wytrawnym erudytą. Eseje Simona Leysa wciąż pozostają w Polsce do odkrycia.

Wieczorem w ostatni piątek maja 1983 roku Francuzi jak co tydzień rozsiedli się w swoich fotelach, by obejrzeć kolejny odcinek „Apostrophes” – legendarnego programu, w którym Bernard Pivot rozmawiał z pisarzami i pisarkami o ich świeżo opublikowanych książkach. Tym razem wśród gości znalazła się włoska polityczka Maria-Antonietta Macciocchi, wielka admiratorka maoistowskich Chin, która wydała właśnie poświęcony Państwu Środka esej pod wymownym tytułem „Dwa tysiące lat dobrobytu” [Deux mille ans de bonheur].

Rozmowa z autorką przebiegłaby być może w miłej atmosferze, gdyby nie kolejny gość – wysoki, kościsty mężczyzna, którego pociągłą twarz przysłaniały duże druciane okulary i gęsta broda. Kiedy Pivot udzielił mu głosu, ten w brawurowej polemice wykazał bezpodstawność wszystkich pochwał, którymi Macciochi obsypała Mao i chińskich komunistów. Efekt był natychmiastowy. Po emisji księgarnie od razu obniżyły liczbę zamówionych wcześniej egzemplarzy książki, co – jak przyznał Pivot – w historii programu zdarzyło się po raz pierwszy. Ponadto po latach Macciocchi wyznała Pivotowi, że krytyka, której doświadczyła w „Apostrophes”, złamała jej karierę naukową.

Na wojnie z maoistami

Sprawcą całego zamieszania był belgijski sinolog Pierre Ryckmans, występujący publicznie pod pisarskim pseudonimem Simon Leys. W 1983 roku nie była to postać anonimowa. Leys znany był przede wszystkim z wydanej ponad dziesięć lat wcześniej książki „Les Habits neufs du président Mao” [Nowe szaty przewodniczącego Mao] – zbioru esejów o rewolucji kulturalnej, w którym obnażał głupotę francuskich maoistów, widzących w Chińskiej Republice Ludowej ucieleśnienie ideałów równości, pokoju i braterstwa.

Na Leysa posypały się wówczas gromy. Spoglądający na Chiny więcej niż przychylnie kwartalnik „Tel Quel” z Philippe’em Sollersem i Julią Kristevą na czele przypuścił na Belga bezpardonowy atak. Na łamach pisma sinolog Jean Daubier nazwał zbiór „antologią plotek”. Niezwykle krytyczne recenzje pojawiły się w „Le Monde” i „Nouvel Observatuer”. Gérard Guégan, ówczesny redaktor naczelny wydawnictwa Champs libre, w którym ukazała się książka Leysa, opowiadał później, że na lewicującym Uniwersytecie Vincennes stoisko z egzemplarzami publikacji zostało zdemolowane przez radykalnych maoistów. Bernard Pivot wspominał, że zaskoczyła go reakcja na tę książkę, zwłaszcza w Paryżu. Leys spotkał się z „pogardą, kalumniami, oskarżeniami o szarlatanerię i skorumpowaniem przez Amerykanów”.

Chiny, mon amour

Autor umiał się jednak sam bronić i wiedział doskonale, że w bezpośrednim, merytorycznym starciu argumenty są po jego stronie. Chiny znał z autopsji. Po raz pierwszy odwiedził je w wieku dziewiętnastu lat w 1955 roku jako członek grupy młodych Belgów, zaproszonych przez chińskie władze. Państwo Środka go urzekło – zarówno maoistowski reżim, jak i chińska sztuka oraz tradycja. Leys zaczął uczyć się języka chińskiego i studiować kaligrafię. Na początku lat 60. otrzymał skromne stypendium naukowe na Tajwanie, a następne przebywał krótko w Singapurze, z którego w 1963 roku został ostatecznie wydalony w wyniku podejrzeń o sympatie prokomunistyczne.

Kolejne lata Leys spędził w Hong Kongu. Tu się ożenił i tu obronił doktorat na temat twórczości chińskiego malarza z przełomu XVII i XVIII wieku – Shitao. W brytyjskiej kolonii wiódł na początku życie cyganerii, wynajmując z trzema przyjaciółmi (dwoma studentami i artystą kaligrafem oraz grawerem pieczęci) małą chatkę nazwaną przez nich Studiem Nieużyteczności, usytuowaną w dzielnicy slumsów Kowloon. Żeby zarobić na chleb i mieszkanie, Leys zaczął dawać lekcje w New Asia College. Tam poznał René Viéneta, sinologa, filmowca i wydawcę, który jako jeden z pierwszych francuskich intelektualistów krytykował reżim maoistowski.

„Leys miał i wciąż ma rację”

Przyjaźń z Viénetem okazała się przełomowa. Leys, który dla podreperowania domowego budżetu przez dwa lata (od 1967 do 1969 roku) co dwa tygodnie redagował dla belgijskiej placówki dyplomatycznej krótkie podsumowania sytuacji w komunistycznych Chinach, zebrał dość materiału, by złożyć z niego książkę. Viénet był jej akuszerem. „Nowe szaty przewodniczącego Mao” ukazały się w tym samym roku, co pierwsza promaoistowska książka Marii-Antonietty Macciocchi, „De la Chine” [O Chinach]. Żeby uniknąć kłopotów ze strony chińskich władz, Belg za radą wydawcy przyjął pseudonim literacki, inspirując się tytułową postacią słynnej powieści Victora Segalena „René Leys”. Resztę historii znamy.

Pomimo zmasowanej krytyki w latach 70. (wśród bardziej znanych francuskich ludzi pióra Leysa bronili głównie Jean-François Revel i Étiemble), nikomu nie udało się skutecznie sfalsyfikować twierdzeń Belga zawartych w „Nowych szatach przewodniczącego Mao”. Z czasem nawet jego najbardziej zajadli oponenci musieli przyznać mu rację. Philippe Sollers po trzydziestu latach od wydania książki mówił: „Sprawa jest prosta – Leys miał i wciąż ma rację, to pierwszorzędny analityki i pisarz”. Chyba tylko Alain Badiou jest do dziś wrogo nastawiony do dzieła belgijskiego sinologa. W 2014 roku w dzienniku „Libération” stwierdził, że „Nowe szaty przewodniczącego Mao” są „błyskotliwą improwizacją ideologiczną Simona Leysa, pozbawioną wszelkich związków z rzeczywistością polityczną”. Kuriozalną wypowiedź filozofa podsumował jednak celnie historyk dwudziestowiecznych Chin Lucien Bianco: „Ktoś taki jak Alain Badiou jest możliwy tylko we Francji”.

Leys wygrał zatem batalię z francuskimi maoistami, choć zapłacił za nią emigracją. W latach 70. francuskie uczelnie nie były chętne, żeby go zatrudnić. Ostatecznie wyjechał do Australii, gdzie prowadził wykłady na uniwersytetach w Canberze i Sydney. Na antypodach mieszkał do śmierci w 2014 roku.

Czytelnik w starym stylu

Czy był dobrym sinologiem? Trudno to ocenić, nie będąc specjalistą od historii i kultury Chin. Będąc uważnym czytelnikiem beletrystyki, można go za to ocenić jako krytyka literackiego i eseistę, bo również i w takim charakterze przyszło mu nie raz wystąpić. Choćby na  łamach „The New York Review of Books” czy w „Apostrophes” Pivota – na przykład w programie z udziałem Milana Kundery, którego belgijski sinolog był wielkim admiratorem. Leys nie mógł żyć bez literatury. Był jej zachłannym pożeraczem, czytelnikiem w starym, dobrym stylu, a więc nie torturującym tekstu abstrakcyjnym aparatem krytycznym, lecz zderzającym go z własnym lub cudzym doświadczeniem. Jego felietony pisane przez dwa lata dla „Le Magazine Littéraire” skrzą się lekkim dowcipem, urzekają ostrą ironią, wciągają grą kontekstów i celnymi anegdotami. Są skreślone lekkim piórem, skomponowane jasno i bez zbędnych ozdobników. Polski czytelnik ma to szczęście, że nad Wisłą trafiły na dobrego tłumacza. Opublikowane w tomie „Szczęście małych rybek” przez wydawnictwo Drzewo Babel [2011], zostały przełożone przez Wiktora Dłuskiego.

W tym roku do naszych rąk trafił kolejny tom tekstów Simona Leysa, również tłumaczony przez Dłuskiego. Tym razem chodzi o wydany pierwotnie w 2012 roku, a więc na dwa lata przed śmiercią sinologa, autorski zbiór esejów, który Leys opatrzył tytułem nawiązującym do jego pobytu w Hong Kongu w latach 60. – „Studio nieużyteczności”. Jest tu wszystko, czym pasjonował się belgijski badacz: Chiny z esejami o Liu Xiaobo, estetyce Państwa Środka, żonie Czang Kaj-szeka Song Meiling i kuriozalnych zapiskach Rolanda Barthes’a z podróży po kraju rządzonym przez Mao Zedonga; morze i żeglarstwo ze wstępem do antologii tekstów słynnych pisarzy poświęconych temu żywiołowi oraz przedmową do wspomnień kapitana Raynala, w których ten opisuje swoje życie rozbitka u wybrzeży Auckland; i wreszcie last but not least – literatura. Leys ma swoich ulubionych pisarzy – Orwella i Conrada – i po ich twórczości porusza się ze swobodą prawdziwego pasjonata, co można prześledzić w tekstach zamieszczonych w tomie. Jednak żaden esej ze „Studia nieużyteczności” nie sprawia zawodu. Trop belgijski prowadzi Leysa do Henriego Michaux, którego genialną podróżniczą książkę z lat 30. „Barbarzyńca w Azji” sinolog poddaje błyskotliwej analizie (po lekturze tego eseju już nikt nie będzie mógł ze spokojnym sumieniem czytać polskiego wydania „Barbarzyńcy w Azji”, opartego na wersji z lat powojennych, poprawionej znacznie przez Michaux). Trop chiński odsyła go do Victora Segalena i jego korespondencji. Trop katolicki każe mu znowuż przypomnieć G.K. Chestertona i zrehabilitować jego pisarstwo.

Pycha konserwatywnego intelektualisty

Katolicyzm Leysa i jego tekstów jest w ogóle tematem na osobną rozprawę. Belg był osobą wierzącą. Nie ukrywał tego, choć nigdy otwarcie nie deklarował w esejach swojej wiary. Trudno jednak nie zauważyć konserwatywnego rysu jego tekstów. Leys jest wyraźnie mécontemporain, jak pisał o sobie Charles Péguy, a więc „niewspółczesny”, „nie z tej epoki”. Drażni go i gniewa wiele nowoczesnych zjawisk. Pod niektórymi jego krytykami mógłby się podpisać każdy, tak jak pod polemiką ze współczesnym stanem uniwersytetów – ich zmerkantylizowaniem, pogonią za tym, co pozornie pragmatyczne. Jednak niekiedy autor „Studia nieużyteczności” wpada w paternalistyczny ton tego, który wie, który przewidział wszystkie nowoczesne plagi, za którym stoi Prawda przez duże „p”, który z każdej niepoprawności politycznej robi cnotę. Nie zdarza się to często, ale właśnie w tych momentach na chwilę przestajemy Leysowi wierzyć. Niebezpiecznie upodobnia się wtedy do swoich najbardziej drażniących oponentów. Tak jak wówczas, gdy broniąc katolicyzmu Chestertona, cytuje z przekąsem jego zdanie o zbawczej roli Kościoła we współczesnym świecie: „Tylko Kościół jest zdolny uratować człowieka od poniżającej niewoli bycia dzieckiem swojego czasu”. Czy to rzeczywiście jest tak celny sąd, jak twierdzi w swoim eseju Leys? Poza Kościołem tylko nihilizm?

Czy w ten sposób przemawia przez Leysa pycha konserwatywnego intelektualisty? Czy wpada w pułapkę triumfalnego „wiedziałem!”? Na to wygląda. W niezwykle gorzkim wystąpieniu wygłoszonym po nadaniu mu doktoratu honoris causa Uniwersytetu Katolickiego w Louvain, Leys zacytował list Flauberta do Turgieniewa: „Zawsze chciałem żyć w wieży z kości słoniowej, ale zalew gówna bije w jej mury tak, że może je zburzyć”. W ten sposób belgijski sinolog streścił problem, z którym zmagają się współczesne uczelnie wyższe. Czasami można jednak odnieść wrażenie, że to zdanie równie dobrze obrazuje sposób, w jaki Leys postrzegał swoją własną pozycję w zderzeniu ze współczesnym światem, w którym oprócz rzeczonego gówna zdarzają się przecież rzeczy dobre i mądre. Tak jak najwybitniejsze teksty samego Leysa, które mógł napisać, właśnie dlatego, że nigdy na dobre nie zamknął się w swojej wieży.

 

Książka:

Simon Leys, „Studio nieużyteczności. Eseje”, przeł. Wiktor Dłuski, Fundacja Terytoria Książki, Gdańsk 2019.

...czy możemy zatrzymać Cię na chwilę? Trwa jesienna zbiórka na działalność Kultury Liberalnej.

Czego potrzebujemy?

Co dostajesz w zamian?

  • 52 numery tygodnika rocznie, publiczne wydarzenia, najważniejsze książki o wolności i demokracji.
  • Silny, wrażliwy, demokratyczny głos w sferze publicznej, nowe idee dla Polski.
  • NOWOŚĆ: Comiesięczna informacja o naszej działalności, dodatkowe materiały i zdjęcia.
  • NOWOŚĆ: Jeśli Twoja darowizna wyniesie co najmniej 200 PLN miesięcznie, otrzymasz w prezencie książki i specjalne wejściówki na wydarzenia.
SKOMENTUJ

Nr 560

(40/2019)
1 października 2019

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj