Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Temat tygodnia > Starzy politycy spuszczali...

Starzy politycy spuszczali nas na drzewo

Z Franciszkiem Sterczewskim rozmawia Tomasz Sawczuk

„Jeśli formacji politycznej zależy na zwycięstwie, powinna wpuszczać do środka młodych ludzi, którym zależy na czymś nie tylko w imieniu partii czy regionu, ale w ich własnym imieniu”, mówi Franciszek Sterczewski.

Tomasz Sawczuk: Chciałby pan kandydować na szefa Platformy?

Franciszek Sterczewski: Szczerze mówiąc, nie otrzymałem jeszcze zaproszenia do żadnej partii. Dopiero gdybym takie otrzymał, mógłbym zastanowić się nad tym, czy do niej wstąpić, a co dopiero myśleć o przewodzeniu. Daleka droga.

Może czas się zapisać? Wkrótce kończy się kadencja Grzegorza Schetyny.

Wiedziałem, że mam szanse w wyborach, ale nie spodziewałem się tak dobrego wyniku. Kompletnie mnie zaskoczył. Teraz próbuję się z tym wszystkim oswoić. Planuję, ile dni muszę być w Warszawie, bo chciałbym spędzić jak najwięcej czasu w Poznaniu. Nie zastanawiam się nad sprawami partyjnymi. Teraz dziękuję za każdy głos i każde wsparcie.

Ale nie wyklucza pan zaangażowania w PO?

Nie chodzi o mnie. Bardzo chętnie brałbym udział w rozmowach na temat tego, kto powinien zająć się odbudową opozycji, nie tylko w ramach jednej partii. Polecam się w charakterze doradcy. Ale uważam się za absolutnego nowicjusza i nie aspirowałbym w tym momencie do piastowania stanowisk.

Zapowiadał pan, że będzie politykiem nowego formatu. Może Platforma potrzebuje nowego formatu?

Te wybory pokazują, że absolutnie potrzebuje. Ale nie chcę mówić w imieniu partii, której nie jestem członkiem.

Kandydował pan z list Koalicji Obywatelskiej, a Platforma była jedyną dużą partią w obrębie KO.

Z drugiej strony, w Poznaniu trzech na pięciu posłów KO pochodzi spoza Platformy.

Jak to rozumieć?

Wydaje mi się, że jest to okazja do głębszego zastanowienia się nad tym, czym powinna być Koalicja Obywatelska i opozycja w Polsce przez najbliższe miesiące i lata – w skali makro, jeśli chodzi o relacje między ugrupowaniami, które tworzą opozycję, ale także w skali mikro.

To znaczy?

Dla mnie oznacza to: odpowiedzieć sobie na pytanie, kim dzisiaj powinien być poseł. Chcę wrócić do korzeni poselstwa i być pośrednikiem między społeczeństwem a światem politycznym. Chciałbym wnosić energię, postulaty, potrzeby i marzenia obywateli i obywatelek do polityki.

A przede wszystkim chcę być blisko. Nie chcę być kimś, kto patrzy na świat z okienka samolotu. Teraz też przyjechałem do Warszawy z Poznania pociągiem, pijąc herbatę w Warsie i rozmawiając z ludźmi, którzy siedzieli przy stoliku. Chciałbym łączyć ludzi, NGO-sy oraz instytucje, aby budować poparcie polityczne dla ważnych spraw.

Moim zdaniem opozycja nie wyciągnęła dotąd lekcji z porażek. Zadaniem dla szeroko rozumianej opozycji, od lewicy do centrum i republikańskiego konserwatyzmu, będzie znalezienie nowej tożsamości.

Franciszek Sterczewski

W czasie kampanii cała Koalicja Obywatelska próbowała nas przekonać, że nic innego nie robi, tylko jeździ po Polsce i rozmawia z ludźmi. Nie wiem, czy się udało.

W majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego świetne wyniki osiągnęli Bartosz Arłukowicz czy Elżbieta Łukacijewska, którzy chodzili do ludzi. Ja też to robiłem, starałem się, ile sił w nogach, żeby odwiedzić wszystkie osiedla w Poznaniu, wszystkie 17 gmin powiatu poznańskiego. To się udało i jestem z tego zadowolony. Wydaje mi się, że tak powinien robić każdy, komu zależy na obecności w Sejmie i reprezentowaniu mieszkańców.

Wynik zaskoczył mnie o tyle, że nie miałem ani jednego dużego billboardu ani jednej ulotki. Nie miałem też budżetu partyjnego. Razem z zespołem mieliśmy pieczątki. Chodziliśmy od drzwi do drzwi i zostawialiśmy tę pieczątkę na kalendarzach, zeszytach, paragonach, niektórym na rękach, jeśli chcieli.

To są sprawy techniczne. Ale pana kampania wzbudziła wiele entuzjazmu.

Po przegranych wyborach do Europarlamentu starałem się doradzać różnym politykom w sprawie tego, jak mogłaby wyglądać kampania. Ale często słyszałem, że oni wiedzą lepiej, że robią kampanię od 20 lat i nie będzie im tu jakiś smarkacz mówić, co mają robić. No, dobra!

Dlatego postanowił pan kandydować?

Nie podobało mi się, w jakim kierunku idzie Polska, obawiałem się scenariusza węgierskiego, więc postanowiłem zrobić wszystko, co w mojej mocy, aby ten scenariusz powstrzymać i przekierować rozwój Polski w pozytywną stronę.

Najpierw myślałem o tym, żeby zaangażować się w jakąś akcję profrekwencyjną. A potem doszedłem do wniosku, że najmocniejszą akcją profrekwencyjną byłby po prostu mój start w wyborach. Najłatwiej zachęcać do głosowania na siebie – zapraszałem na wybory w swoim imieniu i to zadziałało.

Miałem też swoją własną mikrokampanię programową. Uważam, że przesłanie opozycji powinno być pozytywne, powinno dawać nadzieję. Musimy pokazywać, że sprzeciwiamy się obecnej większości parlamentarnej w kwestiach takich jak zawłaszczanie sądów, brak reform w służbie zdrowia, chaos w edukacji, ale proponujemy coś więcej. Proponujemy prawdziwe reformy. A także bliskość z ludźmi.

Powiedział pan, że doświadczeni politycy nie mieli ochoty słuchać.

Podam przykład. 4 czerwca byłem w Gdańsku na obchodach rocznicy wyborów czerwcowych z 1989 roku. Razem z Michałem Wawrykiewiczem z Wolnych Sądów i Agnieszką Holland siedzieliśmy w kawiarnianym ogródku, próbując tłumaczyć pewnemu prezydentowi dużego miasta, że sytuacja jest kryzysowa, a jeśli zależy nam na lepszym wyniku jesienią, to na opozycji konieczne jest totalne odświeżenie, reforma narracji i zmiana strategii.

I co on na to?

Szanowny prezydent, mówiąc delikatnie, spuszczał nas na drzewo. Mówił, że już rozmawiał z jednym i drugim kolegą – i już wiedzą, co robić, że będzie świetnie, a my nic nie wiemy, że już wszystko jest na jesień wymyślone i wszystko będzie dobrze. Trzeba tylko kontynuować to, co jest teraz. Byliśmy przerażeni tym, co mówił, i tym, jaką odpornością na argumenty się wykazywał.

Fot. Max Pixel

Skąd taka reakcja?

Wydaje mi się, że kluczem jest biologia. Szanuję tego człowieka, ale on jest już spełnionym zawodowo i politycznie mężczyzną, ojcem, dziadkiem – już mu nie zależy.

Jeśli formacji politycznej zależy na zwycięstwie, powinna wpuszczać do środka młodych ludzi, którym zależy na czymś nie tylko w imieniu partii czy regionu, ale w ich własnym imieniu. Mnie na przykład zależy na naprawieniu dworca w moim Poznaniu, co jest zresztą bardzo ważną sprawą dla miasta. Ile razy jestem na dworcu we Wrocławiu, chce mi się płakać, że u nas jest tak źle.

A gdyby wszyscy kandydaci KO byli jak Sterczewski, to wynik byłby lepszy?

Nie mnie to oceniać. I nie chodzi jedynie o to, żeby odmłodzić listy. Potrzebna jest równowaga i współpraca między pokoleniami. Nie zależy mi na ojcobójstwie, tylko na partnerskich relacjach starszych polityków z młodszymi, bo tylko razem możemy coś zdziałać. Potrzebna jest i wiedza doświadczonych posłów i posłanek, i entuzjazm młodych.

Potrzebna jest równowaga i współpraca między pokoleniami. Nie zależy mi na ojcobójstwie, tylko na partnerskich relacjach starszych polityków z młodszymi, bo tylko razem możemy coś zdziałać.

Franciszek Sterczewski

Co w ogóle robi miłośnik rowerów i kolei w Koalicji Obywatelskiej? Czy to nie są lewackie środki transportu?

Jak udowadniają były burmistrz Nowego Jorku Michael Bloomberg i niegdysiejszy burmistrz Londynu Boris Johnson – konserwatywni politycy, którzy budowali ścieżki rowerowe i inwestowali w transport publiczny – są to sprawy ważne dla wszystkich, niezależnie od tego, czy ktoś jest z prawicy, czy z lewicy.

Chyba nie w Polsce.

Uważam, że to jest mit, z którym trzeba walczyć. W Poznaniu prezydent miasta Wojciech Szczęsny-Kaczmarek na początku transformacji powiedział, że rura nie jest polityczna. Miał na myśli sieć wodociągów, która wymagała naprawy i inwestycji. Ja sądzę, że ścieżka rowerowa też nie jest polityczna. Kolej też nie, korzystają z niej pracownicy fizyczni i biurowi, uczniowie i studenci.

Rozwój transportu publicznego nie jest przeciwko kierowcom. Jeśli mamy dobrze pomyślaną sieć zbiorowej komunikacji i ofertę, która pozwala wygodnie z niej korzystać, to ludzie przesiadają się z samochodów i tracą mniej czasu w korkach. To służy także kierowcom.

To nie jest popularny sposób myślenia w Koalicji Obywatelskiej.

Ale nie w Poznaniu. U nas wielu radnych jeździ rowerami i tramwajami – i to nie tylko z PO. Nie zgadzam się z poglądem, że transport publiczny jest lewicowy.

To wróćmy do pytania. Dlaczego Koalicja Obywatelska, a nie Lewica?

Jestem z miasta, w którym popierany przez Platformę prezydent Jaśkowiak poszedł w Marszu Równości – jako pierwszy prezydent dużego miasta. Poznań jest pierwszym miastem, które wprowadziło program in vitro, a po latach betonowej, technokratycznej, nieludzkiej polityki Ryszarda Grobelnego zaczęto mówić o przestrzeni publicznej, miasto zaczęło inwestować w transport publiczny, kolejne rynki miejskie przechodzą przebudowę.

Czyli podoba się panu taka Platforma, jaka jest w Poznaniu?

Właśnie tak. Jeśli chodzi o Platformę krajową, mam pewne zarzuty i z wieloma rzeczami mogę się nie zgadzać. Jednak lokalnie są w tym ugrupowaniu świadome, mądre osoby, które realizują dobre projekty, często postulaty ruchów miejskich.

Nie wiem, o czym to świadczy, ale ja myślę o polityce w kategoriach ludzi, a nie partii. Staram się nie patrzeć na legitymację, ale na wartości i priorytety.

Rozwój transportu publicznego nie jest przeciwko kierowcom. Jeśli mamy dobrze pomyślaną sieć zbiorowej komunikacji i ofertę, która pozwala wygodnie z niej korzystać, to ludzie przesiadają się z samochodów i tracą mniej czasu w korkach. To służy także kierowcom.

Franciszek Sterczewski

W kampanii mówił pan, że polska polityka potrzebuje rewolucji empatii. Co to znaczy?

Żyjemy w dobie polaryzacji, która dzieli społeczeństwo na dwa plemiona skaczące sobie do gardeł, w dobie języka pogardy, który szaleje w mediach – nie tylko w publicznych, ale i opozycyjnych.

Kluczem jest brak empatii, czego przykładem była akcja „nie świruj, idź na wybory”. Potrzebujemy akcji profrekwencyjnych, ale nie mogą one w sposób obraźliwy pokazywać osób z zaburzeniami psychicznymi. Wierzę, że inicjatorzy tej akcji nie mieli złych intencji, uważam tylko, że brakuje nam jako społeczeństwu wrażliwości na drugiego człowieka. Chciałbym zwrócić na to uwagę, a także wspierać osoby, które o tym mówią, jak Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar. Przed nami wszystkimi stoi zadanie odbudowy kultury dialogu i tworzenia wspólnoty, w obrębie której możemy różnić się w pewnych sprawach, ale w innych współdziałać.

Po stronie opozycyjnej można usłyszeć głosy, że wyborcy PiS-u są irracjonalni albo cyniczni. Czy po czterech latach opozycja lepiej rozumie, dlaczego partia rządząca cieszy się dużą popularnością?

Wydaje mi się, że jesteśmy w momencie przełomowym. Wynik kolejnych wyborów jest daleki od satysfakcjonującego. To naprawdę jest moment do zastanowienia się nad tym, jaka jest rola opozycji i jakie są jej ambicje.

A pana zdaniem?

Moim zdaniem opozycja nie wyciągnęła dotąd lekcji z porażek. Oczywiście, potrzebujemy głębokiej analizy tabelek z danymi. Ale trzeba także wyjść z excela i zacząć myśleć o polityce w kategorii emocji. Trzeba zastanowić się nad tym, jakich emocji ludziom brakuje i jakimi emocjami można trafić do ludzi. To dotyczy nie tylko opozycji, ale też mediów i osób opiniotwórczych.

Ogromnie cieszę się z frekwencji w tych wyborach – to było ponad 60 procent w Polsce, ponad 70 procent w Poznaniu, a w niektórych komisjach prawie 100 procent, co jest ewenementem. To jest powód do dumy. Nasze wybory stają się coraz bardziej demokratyczne. Teraz trzeba pracować nad tym, żeby pozostałe ponad 30 procent obywateli zagłosowało następnym razem i poczuło związek z państwem. Wszyscy tworzymy społeczeństwo.

Zadaniem dla szeroko rozumianej opozycji, od lewicy do centrum i republikańskiego konserwatyzmu, będzie znalezienie nowej tożsamości.

Jaka to powinna być tożsamość?

Trudno mi się wymądrzać. Bardzo mi schlebia, że spotykam się teraz z dużym zainteresowaniem mediów. Ale czuję się nowicjuszem i nie widzę się w roli kogoś, kto mógłby innych pouczać.

Jako poznaniak mogę opowiedzieć o tym, jak trafić przez żołądek do serca rogalem. Być może lepiej rozmawia się o wspólnych sprawach przy stole niż w ringu bokserskim.

Franciszek Sterczewski

A jaki wkład chciałby pan wnieść osobiście w te starania?

Mogę wnieść swój przykład. Moja specjalność to tworzenie pretekstów do spotkania. Od 10 lat w Poznaniu organizuję pikniki na placu Wolności, akcję „Pstryk”, akcję „Pogrzeb Zimy” czy imieniny św. Marcina, na które 11 listopada wszystkich zapraszam.

Jako poznaniak mogę opowiedzieć o tym, jak trafić przez żołądek do serca rogalem. Być może lepiej rozmawia się o wspólnych sprawach przy stole niż w ringu bokserskim.

PiS twierdzi, że chce zapewnić Polakom bezpieczeństwo. Premier Morawiecki powiedział, że opozycja to partia chaosu – chce niszczyć naszą tożsamość, seksualizować dzieci i tym podobne. Czy liberalna polityka może dawać poczucie bezpieczeństwa?

Uważam, że trzeba po prostu powiedzieć, że niektóre rzeczy są normalne. Opozycja powinna powiedzieć sobie, które wartości są naturalne i oczywiste.

Mam wśród przyjaciół wiele osób LGBT. Dla mnie małżeństwa osób tej samej płci i adopcja dzieci przez pary jednopłciowe nie są kontrowersyjne, lecz oczywiste. Jest to kwestia powiedzenia sobie, że takie osoby są w wielu rodzinach i zasługują na swój głos w Sejmie i w polityce. I zasługują na to, żeby je szanować.

Skoro PiS próbuje atakować, straszyć i mówić, że tęcza zagraża Polsce, to trzeba mocno odpowiedzieć, że nie tęcza zagraża Polsce, lecz język nienawiści, szczucie ludzi przeciwko ludziom – to jest zagrożenie, a nie czyjaś orientacja seksualna.

A dlaczego część opozycji się boi?

Ponieważ boi się porażki. Niektórym politykom wydaje się, że obecne wybory przypominają te sprzed dziesięciu czy piętnastu lat. Jednak pewne rzeczy się zmieniły. Dorosło nowe pokolenie, które aktywnie uczestniczy w „czarnych protestach” czy młodzieżowych strajkach klimatycznych. To nieprawda, że młodzi ludzie się nie angażują.

Dziwi mnie, że to, co mówię, dla wielu osób oznacza odwagę – to jest nieprawda. Odwagą jest być w Polsce osobą LGBT. W Poznaniu jest inaczej, między innymi dzięki aktywności naszego prezydenta i wspaniałego poznańskiego Marszu Równości. Dziewczyny i chłopaki mogą trzymać się za rękę na ulicy i nikt nie robi z tego problemu. Chcę walczyć o prawa takich osób, podobnie jak o prawa emerytów, ubogich oraz wszystkich obywateli i obywatelek.

Jesteśmy wszyscy obywatelami świata. Możemy dyskutować o podatkach, ale kwestie praw człowieka, w tym praw osób LGBT, nie są niczym kontrowersyjnym. Dla mnie to nie wymaga odwagi. To jest standard nowoczesnej polityki. I to także powinna być dzisiejsza Polska.

...czy możemy zatrzymać Cię na chwilę? Skoro jesteś tu z nami, mamy do Ciebie ważną prośbę.

„Kultura Liberalna” jest tygodnikiem wydawanym społecznie, to znaczy istnieje dzięki wsparciu Darczyńców. W każdy wtorek publikujemy pełnowymiarowe wydanie magazynu, wydajemy książki, organizujemy wydarzenia publiczne.

Dajemy głos ludziom rozmaitych profesji i środowisk, którzy mają do powiedzenia coś ważnego i ciekawego - niezależnie od potrzeb reklamodawców i komercyjnych wymogów. Wierzymy w pluralistyczną demokrację i rozmawiamy także z tymi, z którymi się nie zgadzamy. Bez „KL” w naszym kraju byłoby smutniej!

Przed nami kolejne cele. Aby działać stabilnie i zachować pełną niezależność, musimy znacznie poszerzyć grono osób, które wspierają nas bezpośrednimi, comiesięcznymi wpłatami. Dlatego zwracamy się do Ciebie z prośbą, abyś dołączył lub dołączyła do grona naszych comiesięcznych Darczyńców. Zajmie to tylko minutę!

SKOMENTUJ

Nr 563

(43/2019)
22 października 2019

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

PODOBNE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj