Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > Ballada o wiedźminie,...

Ballada o wiedźminie, wojnach streamingowych i dobrych intencjach. Wokół serialu „Wiedźmin”

Karol Kućmierz

Światowemu sukcesowi, jaki odnosi adaptacja prozy Andrzeja Sapkowskiego, towarzyszą też kontrowersje. Czy twórcom serialu udało się wykorzystać potencjał tej opowieści?

Zanim „Wiedźmin” stał się rozpoznawalną na całym świecie franczyzą, bez kompleksów rywalizującą o uwagę tych samych widzów, którzy śledzą superbohaterskie produkcje Marvela czy kolejne odsłony „Gwiezdnych wojen”, opowieści Andrzeja Sapkowskiego musiały przejść długą drogę. Opowiadanie „Wiedźmin”, od którego wszystko się zaczęło, zostało opublikowane po raz pierwszy w grudniowym numerze „Fantastyki” z 1986 roku. Do końca lat 90. ukazywały się kolejne tomy sagi o wiedźminie, a ich rosnąca popularność doprowadziła do pierwszej polskiej adaptacji w reżyserii Marka Brodzkiego, z Michałem Żebrowskim w roli głównej. Rodzimy „Wiedźmin” [2001], zarówno w wersji filmowej, jak i serialowej, spotkał się z druzgocącą krytyką. Po latach niektórzy widzowie spoglądają na niego nieco łaskawszym okiem, a nawet chcą się nim dzielić ze światem, spragnionym wiedźmińskich treści we wszelkich formach. Jednakże na początku lat dwutysięcznych wydawało się, że szansa na udaną ekranizację prozy Sapkowskiego, nie mówiąc już o takiej, której budżet pozwalałby na epicki rozmach i jakąkolwiek widowiskowość, została na zawsze zaprzepaszczona.

Coś się kończy, coś się zaczyna

Dzisiejszy fenomen „Wiedźmina”, jeszcze niedawno zupełnie niewyobrażalny, nie byłby oczywiście możliwy, gdyby nie niezwykle popularne gry wideo wydane przez studio CD Projekt Red. Pierwsza z nich ukazała się w 2007 roku i stała się międzynarodowym hitem, podobnie jak jej kolejne części – „Wiedźmin 2: Zabójcy królów” [2011] oraz „Wiedźmin 3: Dziki Gon” [2015] – które na dobre przypieczętowały obecność Geralta z Rivii w światowej popkulturze. To właśnie dzięki sukcesowi gier zaczęto tłumaczyć książki Andrzeja Sapkowskiego na język angielski i tym samym przygotowano solidny grunt pod potencjalną adaptację serialową. Kiedy 17 maja 2017 roku Netflix oficjalnie ogłosił, że wyprodukuje serial o wiedźminie, i opublikował w mediach społecznościowych tylko jedno zdanie otwierające pierwsze opowiadanie Sapkowskiego – „Później mówiono, że człowiek ten nadszedł od północy, od bramy Powroźniczej” – sukces tego przedsięwzięcia wydawał się niemal przesądzony.

Okazuje się, że tytułowy pogromca potworów nie ma sobie równych także w świecie wojen streamingowych.

Karol Kućmierz

Miecz przeznaczenia

Niedługo później zatrudniono showrunnerkę, Lauren Schmidt Hissrich, która pracowała już przy kilku netflixowych produkcjach, takich jak „Daredevil” [2015–2018], „The Defenders” [2017] czy „The Umbrella Academy” [2019]. Andrzej Sapkowski udzielił projektowi swojego błogosławieństwa, a jednym z producentów został polski animator i reżyser Tomasz Bagiński. Gdy pod koniec 2018 roku ujawniono, że Geralta zagra Henry Cavill, brytyjski aktor znany do tej pory z roli Supermana czy z występu w szóstym filmie z serii „Mission: Impossible”, medialna machina ruszyła na dobre. Każdy skrawek informacji na temat powstającego serialu (newsy castingowe, rekwizyty, kostiumy, peruka Henry’ego Cavilla) był obsesyjnie analizowany i komentowany przez szerokie grono fanowskich ekspertów i dziennikarzy od popkultury. Pojawiły się też pierwsze starcia pomiędzy miłośnikami gier i książek, fanami z Polski i ze świata oraz żarliwe dyskusje na temat tego, czy wiedźmin powinien nosić srebrny miecz na plecach, czy może w sakwie przy koniu, albo czy elfy mogą być czarnoskóre i na czym polega tak zwana słowiańskość sagi o wiedźminie. Tymczasem włodarze Netflixa mogli już tylko zacierać ręce, wizualizując sobie nowych subskrybentów, zwabionych rosnącym zainteresowaniem wokół serialu.

Kiedy chce się zadowolić wszystkich potencjalnych widzów – a w przypadku „Wiedźmina” mamy fanów książek, gier i zupełnych nowicjuszy – najczęściej wychodzi z tego opowieść bez wyrazistego punktu widzenia.

Karol Kućmierz

Chrzest ognia

Serialowa adaptacja książek o wiedźminie pojawia się w interesującym momencie, w którym rynek telewizyjno-streamingowy znalazł się u progu nowej ery. Netflix wciąż dominuje i rozszerza swoją działalność, tym razem skłaniając się w stronę prestiżowego kina („Irlandczyk”, „Dwóch papieży”, „Historia małżeńska”), a jednocześnie zaczyna się stopniowo ograniczać i coraz częściej kasuje swoje seriale po jednym albo dwóch sezonach, szczególnie kiedy nie są ogromnymi hitami i przestają przyciągać nowych użytkowników platformy. Na rynku pojawili się tymczasem nowi gracze, którzy nie zamierzają odpuszczać streamingowemu gigantowi. Na najpoważniejszego konkurenta Netflixa wyrasta Disney+ (na razie niedostępny w Polsce), a wraz z nim największy rywal „Wiedźmina” – „The Mandalorian” ze świata „Gwiezdnych wojen”. Na rok 2020 Disney zapowiada także nowe wyczekiwane seriale z uniwersum Marvela („The Falcon and the Winter Soldier”; „WandaVision”, „Loki”). HBO z kolei przygotowuje rozszerzoną platformę HBO Max, na której ukażą się nowe produkcje z uznanymi twórcami („Raised by Wolves” Ridleya Scotta, „Tokyo Vice” Destina Daniela Crettona z Anselem Elgortem w roli głównej, „Americanah” z Lupitą Nyong’o). Do gry wkroczył także Apple TV+ z kilkoma obiecującymi tytułami („Dickinson”, „The Morning Show”, „See”, „For All Mankind”), które jednak pomimo zaangażowania gwiazd i pokaźnych budżetów raczej nie wywołały zamierzonego oddźwięku. „Wiedźmin” poradził sobie zaskakująco dobrze na tym burzliwym i przepełnionym treściami rynku. Udało mu się nawet wyjść bez szwanku ze starcia z przeciętnymi recenzjami krytyków (66 procent ocen pozytywnych według agregatora opinii Rotten Tomatoes, 53 procent według Metacritic). Widzowie nie przejęli się zbytnio ich opiniami i sami ocenili serial znacznie wyżej (średnia ocen 8,4/10 według bazy filmowej IMDB; 7,6 na Filmwebie). Ponadto, według wyliczeń zajmującej się analizą danych firmy Parrot Analytics 31 grudnia 2019 roku „Wiedźmin” stał się najbardziej „pożądanym” serialem na świecie, wyprzedzając takie hity jak „Stranger Things” i „The Mandalorian”. 21 stycznia 2020 Netflix ujawnił, że w ciągu pierwszego miesiąca na platformie „Wiedźmina” obejrzało ponad 76 milionów widzów (z istotnym zastrzeżeniem, że według najnowszych parametrów Netflix zalicza obejrzenie użytkownikowi, który przebrnął przez co najmniej dwie minuty pierwszego odcinka). Okazuje się, że tytułowy pogromca potworów nie ma sobie równych także w świecie wojen streamingowych.

Czas pogardy

Gdyby istniała sztuczna inteligencja, która na podstawie materiału źródłowego i określonych parametrów byłaby w stanie wygenerować wzorcową serialową adaptację, to zapewne wynik takiego procesu nie byłby zbyt oddalony od tego, co udało się stworzyć Lauren Schmidt Hissrich i jej współpracownikom. „Wiedźmin” to produkcja zrealizowana zgodnie z najnowszymi standardami seriali powstających w erze streamingowej. Mamy zatem odpowiednio zróżnicowaną obsadę, ale nie ma w tym zróżnicowaniu nic wywrotowego – białe i heteroseksualne status quo gatunku fantasy pozostaje raczej nienaruszony, wbrew obawom prawicowych publicystów. Mamy też ambitną strukturę narracyjną splatającą ze sobą trzy plany czasowe (Hissrich przyznaje się do inspiracji „Dunkierką” Christophera Nolana), a przy tym nieco rozwleczony czas trwania odcinków. Do tego dość wysokie walory produkcyjne, ale nie na tyle, żeby zatrzeć w pamięci polskich widzów traumatyczne wspomnienia z adaptacji Marka Brodzkiego. Całość spina klamra solidnej reżyserii w wykonaniu telewizyjnych rzemieślników (Alik Sakharov, Alex Garcia Lopez, Charlotte Brändström, Marc Jobst). Ich styl nie wykracza jednak poza konserwatywne ramy i jeśli ktoś szuka błysku formalnej wirtuozerii, zaskakujących pomysłów inscenizacyjnych czy choćby garści zachwycających ujęć, musi przygotować się na rozczarowanie. W rezultacie pierwszy sezon serialu może wydawać się przy powierzchownym odbiorze czymś w rodzaju bezdusznego korporacyjnego produktu, podbitego stemplem jakości Netflixa.

Coś więcej

Jednak przy tych wszystkich zastrzeżeniach, które można równie dobrze zgłosić w stosunku do wielu innych produkcji streamingowych, wielka machina serialowa wciąż działa skutecznie i pomimo wad „Wiedźmina” ogląda się dobrze. Niektóre sekwencje akcji robią solidne wrażenie (widowiskowa walka na miecze z bandą Renfri w pierwszym odcinku czy flirtujące z gotyckim horrorem starcie ze strzygą w epizodzie trzecim), a Henry Cavill, Joey Batey (Jaskier) i Anya Chalotra (Yennefer) z odcinka na odcinek coraz lepiej wyczuwają niuanse swoich bohaterów, dzięki czemu relacje pomiędzy nimi nabierają rumieńców. Na korzyść „Wiedźmina” przemawia też to, że nie traktuje on siebie zbyt poważnie. Co prawda humor zawarty w książkach Sapkowskiego przetrwał w serialu w wersji szczątkowej, ale pojawiają się w nim sceny czy kwestie dialogowe, które świadczą o pewnej samoświadomości i dystansie twórców w stosunku do napuszonych opowieści fantasy. Szczytowym osiągnięciem tego aspektu serialu jest piosenka Jaskra „Grosza daj Wiedźminowi”, która jednocześnie przynależy do świata przedstawionego, ale i wyraźnie przekracza jego granice. Autoironiczna ballada w wykonaniu Joeya Bateya (i szeregu innych aktorów, którzy dubbingowali Jaskra na całym świecie) łączy w sobie kiczowatą estetykę, w jakiej popkultura wyobraża sobie zazwyczaj muzykę „średniowieczną”, z popową rytmiką, celowo złym tekstem i zapamiętywalną melodią, która zaraża niczym wirus. Nie trzeba było długo czekać, żeby internet zalała fala memów, remiksów, przeróbek i metalowych coverów, reprodukujących się w zastraszającym tempie. Zresztą zawarty w DNA niektórych seriali potencjał do generowania memów to coraz częściej klucz do ich popularności (patrz: Baby Yoda w „The Mandalorian”). „Wiedźmin” z pewnością go posiada, co zapewnia mu dodatkowe punkty sympatii u widzów, nawet jeśli nie są do końca przekonani do samego ekranowego efektu.

Paradoksalnie, „Wiedźmin” wydaje się jednocześnie zbyt ambitny i za mało ambitny. Z jednej strony, wymaga od widza poskładania w całość rozrzuconych wątków rozgrywających się na przestrzeni dekad, lat i tygodni, a z drugiej – nie daje mu wyciągać własnych wniosków na temat postępowania bohaterów, którzy na każdym kroku werbalnie wykładają swoją filozofię życiową.

Karol Kućmierz

Mniejsze zło

W pierwszym odcinku serialu, mającym na celu wprowadzenie widzów w świat „Wiedźmina”, scenarzyści podjęli osobliwą decyzję, żeby wykorzystać do tego opowiadanie „Mniejsze zło”. Pierwsze pojawienie się Geralta zostaje odhaczone w jednej skondensowanej sekwencji, w której wiedźmin brutalnie rozprawia się z kikimorą. Następnie już przez większość odcinka obserwujemy, jak wiedźmin wplątuje się w konflikt pomiędzy Renfri (Emma Appleton), przywódczynią grupy bandytów, a magiem Stregoborem (Lars Mikkelsen). Obie strony dążą do tego, żeby się wzajemnie wyeliminować, a Geralt ma dylemat, czy zaangażować się w konflikt, czy pozostać na neutralnym gruncie. Scenarzyści z pewnością by chcieli, żeby widzowie poczuli wagę trudnej decyzji wiedźmina, ale zabrali się do tego w najgorszy możliwy sposób – za pomocą długich monologów wygłaszanych w obecności Geralta, a także przez niego samego (jeden z nich jest nawet skierowany do wiernego wierzchowca – Płotki). Oczywiście nie ma w tym ani grosza dramaturgii, ponieważ chodzi tu przede wszystkim o skuteczne dostarczenie widzom informacji potrzebnych do zrozumienia fabuły.

Pozostała część odcinka to wprowadzenie postaci Ciri (Freya Allan), rozgrywające się na zupełnie innej płaszczyźnie czasowej. W związku z tym, że bohaterka będzie niezwykle istotna w kolejnych sezonach, w każdym odcinku musimy spędzić trochę czasu w jej towarzystwie i najczęściej jest to dość przykry obowiązek. Twórcy, zamiast stopniowo pogłębiać postać Ciri i sprawić, że przejmiemy się jej losami, głównie przemieszczają ją z punktu A do punktu B w mało spektakularny sposób. Scenarzyści „Wiedźmina” na ogół sprawiają wrażenie, jakby jak najszybciej chcieli pokazać widzom, że świat, o którym opowiadają, jest skomplikowany i wielowymiarowy, a historia, którą chcą przekazać, jest ambitna, wielowątkowa i pełna niuansów. Szkoda tylko, że zamiast po prostu ją opowiedzieć, zbyt często idą okrężną drogą. Sprawne wprowadzenie widzów w rozbudowany fikcyjny świat i dawkowanie kluczowych informacji nie jest łatwe, ale nie niemożliwe (patrz: „Watchmen” Damona Lindelofa na HBO). I nie potrzeba do tego interaktywnej mapy i przewodnika po chronologii, które producenci „Wiedźmina” dostarczyli odbiorcom skonfundowanym licznymi przeskokami czasowymi.

Głos rozsądku

Po obejrzeniu całego pierwszego sezonu „Wiedźmina” można stwierdzić, że scenarzyści mieli dobre intencje. Chcieli, żeby ich serial był postępowy i ambitny, żeby widzowie zdawali sobie sprawę z problematycznej sytuacji kobiet w świecie wiedźmina i że to nie tylko opowieść o Geralcie, ale też o Yennefer, Ciri i ich patchworkowej rodzinie. Lauren Schmidt Hissrich dobrze komunikuje się z widzami w mediach społecznościowych, dzięki czemu mamy wgląd w jej proces twórczy i trudne decyzje, które scenarzyści musieli podjąć, realizując pierwsze osiem odcinków. Ta transparentność jest odświeżająca – dzięki niej możemy sobie wyobrażać potencjalne wersje serialu, które ostatecznie nie ujrzały światła dziennego (na przykład taką, w której to Ciri jest narratorką i doświadczamy wszystkiego z jej perspektywy) i zrozumieć, dlaczego ostatecznie „Wiedźmin” wygląda tak, a nie inaczej. Wiemy też, że twórcy zdają sobie sprawę z popełnionych błędów i słuchają swoich widzów, jednocześnie nie dając im dyktować warunków. To wszystko stanowi dobrą prognozę na przyszłość. Szkoda tylko, że w pierwszym sezonie nie udało się osiągnąć pełni twórczego potencjału. Problem wielu seriali w erze streamingowej, szczególnie tych, które są adaptacjami, to swoista strukturalna rozlazłość. Niektórzy twórcy próbują z tego wybrnąć takimi nieprecyzyjnymi określeniami jak „dziesięciogodzinny film”, odwołując się do przestarzałego, wartościującego podziału na sztukę filmową i telewizyjną rozrywkę, podczas gdy chodzi o zwyczajny brak samodyscypliny. Kiedy chce się zadowolić wszystkich potencjalnych widzów – a w przypadku „Wiedźmina” mamy fanów książek, gier i zupełnych nowicjuszy – najczęściej wychodzi z tego opowieść bez wyrazistego punktu widzenia. Niestety Lauren Schmidt Hissrich i jej scenarzystom nie udało się przezwyciężyć tej tendencji, chociaż w niektórych odcinkach widać przebłyski serialu, który ostatecznie się nie zmaterializował.

Ostatnie życzenie

Czytając opowiadania o wiedźminie, a nawet składającą się z pięciu powieści sagę, trudno nie wyobrażać sobie serialu, w którym to odcinek jako taki pełniłby szczególną rolę. „Wiedźmin” dysponował sporym potencjałem, żeby na nowo przemyśleć serial proceduralny [1] i stworzyć współczesną wariację na jego temat w konwencji fantasy. Obecnie seriale, które traktują epizody jako istotną jednostkę narracyjną („Watchmen”, „Better Call Saul”, „BoJack Horseman”) wydają się czymś zaskakująco świeżym pośród zalewu produkcji stworzonych do weekendowego binge’owania. Odcinek z księżniczką zaklętą w strzygę, z polowaniem na smoka czy z wściekłym dżinem zbliżają się do tej idei, ale wszystko psuje obowiązkowe sprawdzanie, co dzieje się w innych wątkach. „Wiedźmin”, w którym poszczególne odcinki stanowiłyby samowystarczalne opowieści, pozwoliłby widzom stopniowo zadomowić się w świecie przedstawionym, poznać bohaterów w trakcie działania, a nie monologowania i powoli uzupełniać informacje potrzebne do zagłębienia się w fabułę. Zamiast tego zespół Lauren Schmidt Hissrich próbuje dekonstruować świat, zanim jeszcze widzowie zdążą na dobre się w nim rozejrzeć. Paradoksalnie, „Wiedźmin” wydaje się przez to jednocześnie zbyt ambitny i za mało ambitny. Z jednej strony wymaga od widza poskładania w całość rozrzuconych wątków rozgrywających się na przestrzeni dekad, lat i tygodni, a z drugiej nie daje mu wyciągać własnych wniosków na temat postępowania bohaterów, którzy na każdym kroku werbalnie wykładają swoją filozofię życiową.

„Wiedźmin” stał się już franczyzą z prawdziwego zdarzenia, która jest na ten moment zbyt duża, żeby upaść.

Karol Kućmierz

Można też odnieść wrażenie, że twórcy nie mogli się do końca zdecydować, czy chcą stworzyć produkcję przeznaczoną dla fanów znających materiał literacki, czy też dla widzów poznających ten świat po raz pierwszy. Żeby wyobrazić sobie alternatywną adaptację opowieści o wiedźminie, wystarczy zwrócić uwagę na serial, który pojawił się mniej więcej w tym samym czasie i miał bardzo podobne założenia. Chodzi oczywiście o „The Mandalorian”, z kolejnym wcieleniem małomównego tytułowego bohatera, będącego kimś w rodzaju najemnika, który także spotyka na swojej drodze dziecko przeznaczenia, przez co musi się zaangażować w wyższą sprawę i porzucić wygodną neutralność; wszystko to rozgrywa się w dobrze znanym z innych mediów fikcyjnym świecie. „The Mandalorian” również ma swoje wady, ale jego skondensowana do krótkich, odrębnych odcinków forma, opowiadanie za pomocą obrazów i ograniczonych do minimum dialogów oraz oszczędne dawkowanie fabularnych informacji sprawiają, że całość jest pozbawiona zbędnego balastu. „Wiedźmin” mógłby się sporo nauczyć od swojego zakutego w zbroję rywala.

Ziarno prawdy

Być może drugi sezon „Wiedźmina” będzie w końcu serialem na miarę swojego potencjału i twórcy poprawią większość błędów, żeby stworzyć coś wyjątkowego. Sukces pierwszego sezonu sprawił, że nic nie stoi im na przeszkodzie. Jednak niezależnie od jakości kolejnych odcinków, „Wiedźmin” stał się już franczyzą z prawdziwego zdarzenia, która jest na ten moment zbyt duża, żeby upaść. Popularność serialu wpłynęła pozytywnie na sprzedaż książek, które z kolei zdominowały listy bestsellerów, odsuwając na bok J.K. Rowling i George’a R.R. Martina. Widzowie powrócili po raz kolejny do gier wideo albo zaczęli grać po raz pierwszy, zapowiedziano też film animowany ze świata wiedźmina, a Andrzej Sapkowski podpisał kolejny kontrakt z CD Projekt Red. Pociąg pełen treści (czy raczej: „kontentu”) ruszył, napędzany mocą biznesowej synergii i nikt nie jest w stanie go zatrzymać. Wszyscy pragną więcej „Wiedźmina” i dostaną go tyle, że jeszcze będą mieli go dosyć.

 

Przypisy:

[1] W serialach proceduralnych odcinek jest pewną samowystarczalną całością, w ramach której fabuła ma swój początek, rozwinięcie i zakończenie, na przykład detektywi w każdym odcinku rozwiązują inną sprawę kryminalną („Prawo i porządek”, „CSI: Kryminalne zagadki Las Vegas”). Seriale tego rodzaju były najpopularniejsze w erze przed stacjami kablowymi i serwisami streamingowymi.

Serial:

„Wiedźmin”, twórcy: Lauren Schmidt Hissrich, Andrzej Sapkowski, USA 2019.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 580

(7/2020)
18 lutego 2020

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj