Z centrum widać najwięcej
  

PRZEKAŻ
1%
PODATKU
Przekaż 1% podatku na demokratyczne media.
Podaj w rozliczeniu numer
KRS Kultury Liberalnej:
0000 398 695
Przekaż 1% podatku na Kulturę Liberalną forward

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Jaga i self-care....

Jaga i self-care. Recenzja książki „Dom na kurzych łapach” Sophie Anderson [KL dzieciom]

Karolina Stępień

„Dom na kurzych łapach” to baśniowa, poetycka opowieść o potrzebie decydowania o sobie i o różnych wymiarach samotności, a także o relacjach z ludźmi – tymi, którzy tylko pozornie są do nas podobni, i tymi, którzy tylko wydają nam się zupełnie dalecy.

Dla tych, którzy ocenią książkę po okładce – podobnej do wielu innych z tego sektora rynku wydawniczego – i po modnym nawiązaniu do znanych baśni, legend i mitów, „Dom na kurzych łapach” Sophie Anderson może okazać się pozytywnym zaskoczeniem. Ta skromna i z pozoru powielająca znane schematy historia ma w sobie poetyckość, intertekstualność i fabularną niesforność. A w prezencie oferuje przekaz, zgodnie z którym potrzeba decydowania o sobie i nieulegania presji otoczenia zostaje uwolniona w sposób piękny, prosty i bezwzględny. Przypominam sobie Anię Shirley, Wendy Darling, Jo March i Mamusię Muminka i wydaje mi się, że nieokreśloność, na którą pozwala sobie bohaterka powieści Anderson, przyniosłaby głęboki oddech niewysłowionej ulgi zastępom wspaniałych bohaterek literackich.

Wyjść poza ogrodzenie

Trudno pisać o fabule „Domu na kurzych łapach”, można bowiem albo wywołać mylne wrażenie, że to recykling starych pomysłów, albo – przekonując, że wcale nie – ujawnić za dużo i zepsuć przyjemność lektury. Opowieść Anderson nawiązuje oczywiście do historii Baby Jagi (choć przywodzi też czasem na myśl „Ruchomy zamek Hauru” Diany Wynne Jones); tak nazywa się babka głównej bohaterki, dwunastoletniej Marinki. Razem z krukiem o srebrnych, mądrych ślepiach mieszkają w domu na kurzych łapach, żywym organizmie, który potrafi myśleć, czuć i komunikować się z lokatorkami. Każdej nocy dom zaprasza w swoje progi zmarłych ludzi, a Baba Jaga, Strażniczka Bramy między światami, pomaga im uczcić życie i wspomnienia, by w końcu przygotować dusze do ostatniej podróży, zamykającej cykl natury.

Następną Strażniczką ma zostać Marinka, a jej pierwszym obowiązkiem będzie przeprowadzenie przez Bramę własnej babki. Tymczasem dziewczynka tak pragnie kontaktu ze światem żywych, jak Mała Syrenka pragnęła życia na lądzie. „Ma już dość martwych rzeczy” i nieustannego podróżowania. Nauczyła się, że „nic nie jest na zawsze” – dom wędruje z miejsca na miejsce, chroniąc się przed ludźmi, i nigdy nie wiadomo, jak długo pozostaną w wybranej przez niego lokalizacji. Choć to nieco paradoksalne, podróże nie pozwalają Marince na poznanie świata – babka pilnuje, żeby nigdy nie opuściła granic wyznaczanych przez murek zbudowany wokół domu, który zresztą – co interpretacyjnie poruszające – dziewczynka sama wznosi od nowa po każdej przeprowadzce.

W sekrecie przed babcią bohaterka bezskuteczne próbuje znaleźć przyjaciół; głównie wśród żywych, choć nawiązuje też relację ze zmarłą dziewczynką, która pewnej nocy trafia do domu wraz z innymi duszami. Marinka próbuje zbuntować się przeciwko przeznaczeniu – i naturalnie odkrywa, że nic nie jest takie proste, jakby sobie tego życzyła, a świat żywych jest znacznie bardziej skomplikowany, niż mogłoby jej się wydawać i wcale nie jednoznacznie lepszy. Szczególnie gdy zabraknie nagle Baby Jagi.

Przerwać wędrówkę

W łagodny i niekontrowersyjny sposób Anderson rozbija niektóre oczekiwania czytelnika dotyczące fabuły, także te, które potencjalnie mogłaby wzbudzić powyższa zapowiedź. Tak jakby, wbrew doświadczeniom lekturowym, Alicja nie wpadła do króliczej nory w najbardziej proszącym się o to momencie, a gdy już się z tym pogodziliśmy, jednak wpadła, ale dużo później i w zupełnie innych okolicznościach i z zaskakującym rezultatem.

I chociaż jest tu kilka tak rozbrajająco patetycznych refleksji, jak „nic nie trwa wiecznie” (które dopadają dwunastolatkę czasem w zdumiewających chwilach), znaleźć można też wiele prostych i poruszających fragmentów, które – choć bez znaczenia dla fabuły – przekazują istotne treści; gdy dziewczynka przyjmuje pomoc chłopca, robi to nie dlatego, że wynika to z jej bezsilności (jak sama stwierdza, ten ostatni kawałek drogi mogłaby pokonać sama), ale ponieważ akceptuje bliskość i towarzystwo drugiej osoby. Wątek tego typu relacji jest tu zresztą w ogóle ciekawy dzięki przemyconej dyskretnie sugestii, jakoby potrzeba miłości w opowieściach często mylona była z przygodą, a ekscytacja wynikała raczej z łamania reguł niż z samego, realnego bądź nie, uczucia.

Ciekawe jest też zestawienie przez autorkę świata fantastycznego ze światem rzeczywistym – magią jest tu wszystko, co ekscytująco nieznane. Dlatego to właśnie zwyczajną codzienność spojrzenie bohaterki ukazuje jako coś niezwykłego; swoim opisem zachwyca nie ożywiony dom z własną świadomością, a lekcja robienia fajerwerków i ołówek „szepczący coś na papierze”.

Zboczyć z kursu

Jeszcze jeden aspekt powieści Anderson zasługuje na szczególną uwagę. Jest taki schemat, replikowany wciąż od nowa przez coraz to nowe powieści, w który „Dom na kurzych łapach” teoretycznie mógłby się wpisywać: dorośli czasem kłamią albo zatajają prawdę; robią to z powodów, które powinny być uznawane za ważne i zrozumiałe; zakazy i przemilczenia wywołują w dzieciach złość i prowadzą do naturalnego co prawda, ale egoistycznego buntu, w wyniku którego pokrzywdzeni zostają dorośli. W konsekwencji dzieci często dostosowują się do ich oczekiwań, choć czasem udaje im się pozostać na obranej w chwili buntu drodze. Ale – mimo że odpowiedzialność za nieszczęśliwe wypadki niewątpliwie leży po obu stronach, a dorośli wszystko wybaczą, bo „wiedzą lepiej” – dzieci będą nosić w sobie dojmujące poczucie winy i przejdą długą drogę, zanim odnajdą spokój wewnętrzny.

Daleka jestem od krytykowania tego schematu; pokazuje drogę ku empatii i dojrzałości, a także to, jak trudna i pełna poświęceń może być czasem walka o własne przekonania czy marzenia, szczególnie te sprzeczne z oczekiwaniami bliskich i realiami codzienności. I że czasem nasze szczęście leży gdzieś pomiędzy tymi dwoma biegunami. A jednak boję się, że wszechobecność owego schematu, a szczególnie posłużenie się przy jego realizacji głosem pierwszoosobowego dziecięcego narratora, który sam sobie nieustannie wyrzuca egoizm, głupotę czy zaniedbanie, zamienia się w symboliczną przemoc autorytetu i może wywołać w dziecięcym czytelniku poczucie zagubienia. Taka narracja usiłuje bowiem zrealizować dwa nieco sprzeczne cele: wzbudzić w odbiorcy chęć identyfikowania się z postacią i zarazem niechęć do jej dziecinnego zachowania.

W „Domu na kurzych łapach”, na długo zanim Marinka zda sobie sprawę ze szkód, które wyrządziła, dążąc do realizacji swoich potrzeb, czytelnik już widzi konsekwencje jej działań i z przerażeniem czeka, aż bohaterka się opamięta. Rozumiemy ciekawość świata Marinki i jej niechęć do stagnacji, ale jednocześnie liczymy, że w końcu je porzuci, bo wtedy przestaną wydarzać się złe rzeczy. Dziewczynka jest rozdarta i skonfliktowana, a czytelnik wraz z nią.

Wybrać sobie życie

A co by było, gdyby bohaterka jednak się nie opamiętała? Gdyby pomimo wszystkiego, czego doświadczyła i czego doświadczyli jej bliscy, częściowo z jej powodu, postąpiła w sposób, który Mamusia Muminka, Jo March albo Ania Shirley uznałyby za egoistyczny i absolutnie niedopuszczalny? Marinka pozwala na to, by w pewnym momencie „palące wyrzuty sumienia [zmieniły] […] się w złość i frustrację z powodu tego, że nie wolno [jej] […] poświęcić nawet kilku godzin na siebie, bo od razu świat się wali”. Pomimo że za progiem dusze zmarłych czekają na pomoc i na uratowanie ich przed pogrążeniem się w niebycie, stwierdza: „Wystarczy mi jedno życie. Moje. I chcę móc wybrać, jakie ono będzie”. I za to niespodziewane zboczenie z kursu opisanego wyżej schematu doceniam tę powieść najbardziej. Niezwykle rzadkie jest bowiem wyzbywanie się poczucia winy na własnych warunkach i w swoim czasie; nawet jeśli i tak poprzedzone jest licznymi wyrzutami sumienia i bez względu na zakończenie, którego przecież nie chcę zdradzić.

Wydawnictwo promuje powieść jako historię o „przeznaczeniu i sile przyjaźni oraz rodzinnych więzów” – co jest częściowo prawdą, a częściowo krzywdzącym, choć zupełnie zrozumiałym, uogólnieniem. Poza wspomnianym przyznaniem bohaterce prawa do walki o samą siebie, jest to także opowieść o różnych wymiarach samotności, a także o relacjach z ludźmi – tymi, którzy tylko pozornie są do nas podobni, i tymi, którzy tylko wydają nam się zupełnie dalecy. Jak się okazuje, żeby mówić w obcym języku, wystarczy umieć słuchać i szczerze pragnąć zrozumieć drugiego człowieka. Wtedy jego historie mogą stać się naszymi – ale wcale nie musi tak być, jeśli nie mamy na to ochoty.

 

Książka:

Sophie Anderson, „Dom na kurzych łapach”, przeł. Przemysław Hejmej, wyd. Young (Wydawnictwo Kobiece), Białystok 2020.

Rubrykę redaguje Paulina Zaborek.

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 587

(16/2020)
7 kwietnia 2020

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj