Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Ciemna strona maurytyjskiego...

Ciemna strona maurytyjskiego raju. O powieści „Ewa ze swych zgliszcz” Anandy Devi

Piotr Kieżun

„Najpierw został stworzony Mauritius, a dopiero później raj; i to właśnie raj jest kopią Mauritiusa”, miał powiedzieć Mark Twain. Nie dajmy się jednak zwieść. Każdy ziemski raj ma również swoją ciemną stronę. W „Ewie ze swych zgliszcz” Anandy Devi aż nadto dobrze ją poznajemy.

Na TripAdvisor, jednej z najpopularniejszych stron do wyrażania opinii o turystycznej infrastrukturze, pewien zadowolony australijski klient tak podsumował pobyt w luksusowym hotelu na Mauritiusie: „Najlepiej ujął to Twain: «Najpierw został stworzony Mauritius, a dopiero później raj; i to właśnie raj jest kopią Mauritiusa»”.

W pierwszym odruchu trudno się nie zgodzić. Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę nazwę tego wyspiarskiego kraju, by przed naszymi oczami ukazały się obrazy, które zwykliśmy utożsamiać z najwyższym błogostanem: lazurowe niebo, palmy, złoty piasek plaż i przejrzyste wody oceanu leniwie obmywające zalaną słońcem lagunę.

To wszystko na Mauritiusie rzeczywiście istnieje i potwierdzi to każdy, kto odwiedził wyspę, wykupując pobyt all inclusive w jednym z licznych maurytyjskich kurortów. Wiemy jednak aż nadto dobrze, że każdy ziemski raj ma również swoją drugą, ciemną stronę. Nie inaczej jest z Mauritiusem. Ten, kto ośmieli się opuścić hotelowe patio i zagłębi się w uliczki stołecznego Port Louis, może trafić na przykład do Roche Bois – dzielnicy zamieszkałej głównie przez ludność kreolską, biednej, zaniedbanej, z wysoką stopą bezrobocia i przestępczości. Zresztą nie trzeba zapuszczać się aż tam. Wystarczy po prostu podnieść nos znad drinka i uważniej przyjrzeć się stosunkom panującym na wsypie. Ujrzymy wtedy to, co umyka zazwyczaj spragnionym wypoczynku turystom – ciążącą nad wszystkimi kolonialną przeszłość, napięcia panujące pomiędzy poszczególnymi grupami etnicznymi zamieszkującymi Mauritius, trudne, czasami tragiczne położenie kobiet.

Powiedzieć Maurytyjka to za mało

Dzięki inicjatywie edytorskiej gdańskiego Wydawnictwa w Podwórku oraz Uniwersytetu Śląskiego tę ciemniejszą stronę maurytyjskiej rzeczywistości od dwóch lat przybliża polskim czytelnikom Ananda Devi – obecnie najbardziej znana i doceniana na świecie pisarka z archipelagu Maskarenów. W 2018 roku w przekładzie Krzysztofa Jarosza ukazała się jej powieść „Zielone sari”, rok później – wydana pierwotnie w prestiżowej „Collection Blanche” Gallimarda i uhonorowana francuską Nagrodą Pięciu Kontynentów Frankofonii – „Ewa ze swych zgliszcz”, powieść zaliczana do największych osiągnięć autorki.

Po szczegóły na temat życia i twórczości Anandy Devi odsyłam do wyczerpujących omówień tłumacza, zamieszczonych na końcu każdego z polskich wydań jej powieści. Czytelnik znajdzie tam zresztą także znakomite wprowadzenie do literatury maurytyjskiej w ogóle. Tu podkreślę tylko jeden aspekt biografii Devi. W wielobarwnym maurytyjskim społeczeństwie, w którym jedną z głównych osi społecznych podziałów jest dystynkcja etniczna, powiedzieć o sobie Maurytyjczyk to za mało. Jak w swoim komentarzach powtarza Krzysztof Jarosz, w zależności od pochodzenia na Mauritiusie jest się albo Białym, albo Kreolem, czyli mnie lub bardziej czarnoskórym potomkiem afrykańskich niewolników oraz białych kolonizatorów (najczęściej katolikiem), albo wywodzącym się z subkontynentu indyjskiego Indo-Maurytyjczykiem (zazwyczaj wyznawcą hinduizmu lub islamu), albo Sino-Maurytyjczykiem, a więc potomkiem chińskich imigrantów.

Jak bywa w innych częściach świata, również na Mauritiusie przynależność etniczna determinuje pozycję na drabinie społecznej. Biali wyznaczają hierarchie w kulturze wysokiej, hindusi dominują w edukacji oraz na stanowiskach urzędniczych, Chińczycy zajmują się głównie handlem, Kreole – zasilają szeregi biedniejszych, choć akurat bieda może tam dotknąć wszystkich. Wystarczy zrównujący wszystkich cyklon, który na Mauritiusie pozbawił dachu nad głową niejedną rodzinę.

Kobiety, odmieńcy, ludzie bez przyszłości

Ananda Devi pochodzi z rodziny o hinduskich korzeniach, a więc jest Indo-Maurytyjką. Miała szczęście. Żeby zapewnić lepszy byt jej oraz jej dwóm siostrom, rodzice przenieśli się z małej, peryferyjnej miejscowości do stolicy Port-Louis. Devi otrzymała porządne wykształcenie i ostatecznie dzięki uporowi i wytężonej pracy osiągnęła literacki rozgłos. Nie mniej ważne jest przy tym to, że Devi stała się nie tylko człowiekiem, ale i kobietą sukcesu. W każdym z opisanych wyżej etnicznych grup, szczególnie w rodzinach naznaczonych silnym przywiązaniem do tradycyjnych hierarchii, bycie kobietą z góry skazuje na życie w stanie podległości wobec mężczyzn – ojca, męża lub brata. W tym kontekście do Devi też uśmiechnął się los. Ojciec zamiast tyrana okazał się jej dobrym duchem. Jak pisze Jarosz w posłowiu do „Zielonego sari”: „był uosobieniem dobroci […] to jego twarz, a nie twarz matki życzyła sobie widzieć zaraz po przebudzeniu”.

Być może właśnie z uwagi na wyjątkowość własnego indo-maurytyjskiego kobiecego losu Devi pochyla się w swoich powieściach przede wszystkim nad tymi, którym się nie udało lub którzy muszą egzystować na marginesie społecznego życia – biedakami, odmieńcami, ludźmi bez przyszłości. Najczęściej bohaterami jej prozy są kobiety, które w przeróżnej formie doświadczają męskiej przemocy.

Noc i burza hormonów

Nie inaczej jest w „Ewie ze swych zgliszcz”. Devi opisuje w niej społeczność fikcyjnego Troumaron, dzielnicy blokowisk, której mieszkańcy, najczęściej bezrobotni Kreole, wiodą pozbawiony nadziei żywot miejskich wyrzutków. Troumaron to nazwa znacząca. Trou oznacza po francusku dziurę. I tak w istocie wygląda to miejsce. Jak mówi z emfazą jedna z postaci, „Troumaron to rodzaj leja, ostatnia zlewnia, do której spływają ścieki z całego kraju”. Marron to z kolei „kasztan”, ale także określenie zbiegłego niewolnika. W Troumaron niewolnikami są niemal wszyscy, choć ich status wyznacza nie tyle przymusowa praca, ile jej brak. Symbolem tego stanu rzeczy jest pusta, popadająca w ruinę szwalnia – niegdyś miejsce pracy wielu mieszkanek tej dzielnicy, dziś miejsce „polowań” tutejszych chłopaków na dziewczyny.

To właśnie ci ostatni – młodzi chłopacy i młode dziewczyny – są głównymi bohaterami opowieści. Gdy ich ojcowie siedzą w domu i tępo gapią się w telewizor lub biją, a następnie zmuszają do seksu swoje żony, w młodych wzbiera złość i pogarda, chęć zapomnienia o sytuacji, w jakiej się znaleźli. Fizycznie górą w tej grze niespełnionych marzeń są chłopcy. Zbierają się w bandy, nudzą się, dorastają i dają się ponieść falom pożądania. „Noc i burza hormonów – opisuje ten stan Sadiq, jeden z młodocianych bohaterów powieści. – My, chłopaki, jesteśmy na głodzie”. To oni rządzą dzielnicą w chwili, gdy „matki rozsnuwają się w mgle rezygnacji”, a „ojcowie w alkoholu odnajdują przymioty władzy”, której w istocie nie mają.

Dno społecznej hierarchii

Ten portret zbiorowy bann Troumaron, Trumaronów, jest oczywiście tylko tłem dla opisu losów konkretnych bohaterów. Jest ich czworo. Wszyscy mają około siedemnastu lat. Wszystkich poznajemy dzięki ich własnym opowieściom, których przeplatające się fragmenty układają się w spójną historię. Postacią centralną jest tytułowa Ewa – młodociana prostytutka, wywodząca się z biednej, przesyconej przemocą kreolskiej rodziny. Ewa, która nie posiada niemal nic, wcześnie uczy się tego, że ma jednak coś, co wzbudza pożądanie innych – własne ciało. Egzystuje na samym dnie społecznej hierarchii Troumaron i powoli uczy się patrzeć przez grube szkło obojętności.

Savita to jej szkolna koleżanka, wywodząca się z indo-maurytyjskiej rodziny, którą do Troumaron przygnało nagłe nieszczęście – cyklon. To „uciekinierzy wśród uciekinierów”. Starają się wyrwać z blokowiska, a nade wszystko wypchnąć z niej swoją córkę, dla której jedyną szansę widzą w edukacji. Savita jest przyjaciółką Ewy. Obie dziewczyny wiąże na poły siostrzana, na poły erotyczna relacja. Są jak dwie strony tego samego medalu. „Najbardziej przerażające było wrażenie, że ona to ja”, powie Savita, gdy wspomni moment, w którym po raz pierwszy zwróciła uwagę na samotną, cierpiącą dziewczynę.

Kolejnymi bohaterami, a jednocześnie narratorami powieści są chłopcy, członkowie podwórkowej bandy. Sadiq, nazywany w skrócie Sad, kocha się skrycie w Ewie. Chłopak łapczywie śni o ciele Ewy, które za pieniądze mogą mieć wszyscy, i zarazem pragnie jej miłości. Z kolei Clélio, jego kolega z bandy, to przepełniony rządzą zemsty i zniszczenia buntownik. Największy szaleniec i furiat wśród podwórkowej ferajny. Nienawidzi bierności i brutalności swojego bezrobotnego ojca, uległości matki, bezradności brata, który wyrwawszy się z Troumaron do Francji, dał się wtłoczyć w ramy płaskiego imigranckiego życia.

W powieści Devi losy tych czworga młodocianych bohaterów splotą się w trudny do rozsupłania węzeł, w którym pojawią się obok siebie codzienna przemoc, młodzieńcze bunt i miłość, a wreszcie śmierć oraz zemsta.

Miejscami krzyk, miejscami szept

Czy nie pachnie to powtarzanymi do znudzenia historiami o nędzy, wykluczeniu, biedzie, opresyjnym Zachodzie, postkolonialnej traumie i patriarchalnej przemocy, okraszonych łatwym do przewidzenia morałem? Niezupełnie. W „Ewie ze swych zgliszcz” jest wszystko to, co stanowi pierwszy człon tego zdania. Nie ma jednak moralizatorstwa i jest to świadectwo literackiej wielkości maurytyjskiej pisarki. Pokazać w wiarygodny i przy tym nieordynarny sposób ludzkie upodlenie i jednocześnie stworzyć przestrzeń na indywidualny osąd i współczucie czytelnika – oto prawdziwy pisarski kunszt.

Ten ostatni widać też w czym innym. „Ewa ze swych zgliszcz” mogłaby się przemienić w szkolną pogadankę o trudnym życiu w maurytyjskiej dzielnicy biedy, podobnej do innych tego typu wypowiedzi na temat brazylijskich, bangladeskich lub kenijskich slumsów, czego Devi szczęśliwie uniknęła. Mogłaby się jednak równie dobrze zamienić w banalną historię grupy nastolatków z blokowisk, staczających się bezmyślnie w świat narkotyków i prostytucji, a więc epatującą przemocą opowieść, którą kochają telewizyjne sitcomy.

Tak się jednak nie dzieje, a wszystko to dzięki językowi, którym Devi opisuje świat swoich bohaterów. Autorka używa pierwszoosobowej narracji. Jest to miejscami krzyk, miejscami szept. Oba wypowiadane w sposób, który ociera się niekiedy o prozę poetycką, jednak zawsze z zachowaniem największej precyzji w opisie emocji. Zabieg ten sprawia, że bohaterowie Devi stają nam się niezwykle bliscy. Tak, jakby chudą, siedemnastoletnią Ewę, przezywaną Szkieletorem, można było spotkać na jednej z warszawskich ulic. To wszystko może się przecież wydarzyć nie tylko w sercu maurytyjskiego raju.

 

Książka:

Ananda Devi, „Ewa ze swych zgliszcz”, przełożył i komentarzem opatrzył Krzysztof Jarosz, Wydawnictwo w Podwórku, Uniwersytet Śląski, Gdańsk–Katowice 2019.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 589

(18/2020)
21 kwietnia 2020

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj