Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Tuba wykolejonych. O...

Tuba wykolejonych. O reportażach Jeleny Kostiuczenko

Filip Rudnik

Jelena Kostiuczenko od ponad dekady opisuje rosyjską codzienność w sposób, który może – a nawet powinien – szokować. Rosja jest tu okrutna, a ludzkie życie nie jest warte ni kopiejki. Ostrze tej krytyki tnie jednak głęboko i dotyka również takich problemów, które przekraczają granice obwodów i państw.

„Rosja to stan umysłu”, skwituje czytelnik i z przestrachem odłoży „Przyszło nam tu żyć” na półkę. Bo i reportaże Kostiuczenko mogą niewnikliwego odbiorcę utwierdzić w tym przekonaniu. Każdy z zebranych tekstów ilustruje co najmniej jeden konkretny problem, który woła o pomstę do nieba. W przypadku wcieleniowych reportaży z rosyjskiego wydziału śledczego i drogówki widzimy wszędobylską korupcję i kumoterstwo. Zaraz potem przenosimy się do meliny uzależnionych od tak zwanego krokodyla, chałupniczego narkotyku, którego skutkiem ubocznym jest gnicie tkanek zażywającego. Pośród barakowych prostytutek, gdzieś z dala od głównych ośrodków miejskich, dziennikarka unaocznia ekscesy przemocy i alkoholizmu. Odnosi się wrażenie, że oto przechodzi się przez kolejne bramy piekieł. Gdzie nie odwrócić głowy – jest źle. Wrażenia potęguje suchy, wręcz sterylny język, którym operuje autorka. Na moralną ocenę też nie ma miejsca, szkoda papieru – przecież trzeba zejść jeszcze głębiej, do samych czeluści.

I dlatego jest strasznie

A na temat przyczyn powstawania kolejnych kręgów piekielnych wyrobić sobie można opinię nader łatwo, wtórując niektórym protagonistom. „W Rosji zawsze było ciężko” [s. 202], kwituje jedna urzędniczka, załamując ręce nad beznadziejnością sytuacji mieszkańców Czuprijanowki, wioski pod Twerem. Inna bohaterka Kostiuczenko, młoda kobieta świeżo po studiach socjologicznych, dzieli się swoimi skromnymi marzeniami: o domu z bateriami słonecznymi i porządną kanalizacją, może jeszcze samochodem. Tymczasem wylądowała na kasie dworca kolejowego i smutno konstatuje: „Wiem, że na to wszystko trzeba pracować. I pracuję ciężko. Mam dwadzieścia sześć lat i cały czas pracuję. […] Ale by się to wszystko ziściło, trzeba by chyba żyć w innym kraju” [s. 219].

Warto jednak zeskrobać tę warstwę lokalnego fatum, które w tym przypadku zasadza się na zagadkowości „rosyjskiej duszy”. To właśnie tym enigmatycznym pojęciem od lat objaśnia się wyjątkowość realiów największego kraju świata – zarówno ich awers, jak i rewers. „Przyszło nam tu żyć” poświęcone jest bez wątpienia tej ciemniejszej stronie. Pomimo tego, lektura reportaży według rosyjskiego klucza wydaje się błędna. We wstępie tłumaczka, Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz, stawia tezę, że książka nie jest tylko o Rosji, stanowi bowiem „diagnozę źle działającego świata” [s. 7].

I nie jest to dalekie od prawdy. W rozdziale poświęconym realiom życia na odizolowanych wsiach centralnej Rosji stykamy się z problemem najzwyczajniejszego na świecie wykluczenia komunikacyjnego. W reportażu o świętowaniu Dnia Zwycięstwa, upamiętniającego sowiecki czyn zbrojny w II wojnie światowej i stanowiącego centralny punkt polityki historycznej putinowskiej Rosji, widzimy instrumentalne traktowanie kombatantów – o których państwo przypomina sobie tylko przy okazji święta, na co dzień pozostawiając ich na pastwę biedy. W historii tragicznego morderstwa dokonanego przez chorych na oligofrenię, Kostiuczenko rzuca światło na problem braku skutecznych mechanizmów pomocowych dla osób z niepełnosprawnością umysłową i braku ich społecznej adaptacji. A relacja z kopalni węglowych południowej Rosji – w których górnicy od lat nie mogą uzyskać zaległych pensji i ledwo wiążą koniec z końcem – stanowi przykład nierównej walki pracowników z arbitralnymi decyzjami właścicieli przedsiębiorstw, mających ciche przyzwolenie władz na swoje działania. Te problemy znaleźć można przecież pod każdą szerokością geograficzną.

Autor nieobecny

Uniwersalność Kostiuczenko widać jeszcze z innej perspektywy. W odróżnieniu od Anny Politkowskiej, której praca zainspirowała nastoletnią Jelenę do wybrania ścieżki życiowej [1], dziennikarstwo autorki „Przyszło nam tu żyć” lokuje politykę w podtekście. Politkowska – na łamach tej samej co Kostiuczenko „Nowej Gaziety” – krytykowała wczesnego Putina w sposób otwarty. Jej artykuły, a później wydawane na Zachodzie książki, kompromitowały reżim i ujawniały złowrogi styk polityki i kryminału [2]. Młodsza koleżanka redakcyjna posługuje się innymi narzędziami. Polityczność nie jest tutaj oczywista. Czytelnik musi się co prawda zmierzyć ze skorumpowanymi do cna miejskimi radnymi czy policjantami, którzy sami czerpią zyski z nielegalnych procederów. Jednak polityka na poziomie federalnym pojawia się w niewielu miejscach. Swoją brutalność objawia wtedy, kiedy Kostiuczenko dociera do spowitego wojną Donbasu – ale i tam reportażystka zostaje blisko ziemi. A dokładniej pod nią, w piwnicy, gdzie przed ostrzałem chronią się cywile.

Dziennikarka nie podaje w ten sposób ogniw związku przyczynowo-skutkowego, który doprowadził do tego, że jest, jak jest. Bohaterowie książki, którym autorka udziela głosu, zadają bowiem pytania, na które krótko odpowiedzieć nie sposób. „Wytłumacz mi, proszę: w Moskwie wszyscy mają wyższe wykształcenie, ale wyrzucają śmieci z balkonów. Dlaczego?” [s. 246], przekornie pyta kirgiska gastarbeiterka sprzątająca moskiewskie ulice. Jej praca błyskawicznie czyni z niej kogoś uciążliwego dla przechodniów, kogoś kompletnie zdehumanizowanego – a to przecież Moskwa uchodzi za europejski bastion Rosji.

Z kolei jeśli któryś z bohaterów ma w zanadrzu odpowiedź na dręczące czytelnika pytania, to jest ona od razu konfrontowana z racją innych. W rozdziale przedstawiającym życie w syberyjskim udzielnym księstwie jednej z największych rosyjskich firm przemysłu wydobywczego czytelnik jest świadkiem budowy rosyjskiej potęgi kosztem autochtonów. Tutaj półtony racji są rozstawione dość współmiernie. Z jednej strony, słuszność ma przecież i miejscowy, dla którego wydobycie ropy wiąże się z gwałtem na naturze i świętości jego rodzinnych stron. Z drugiej strony, przemysł wydobywczy zapewnia miejsca pracy tym, których w Rosji centralnej rynek zwyczajnie by przeżuł i wypluł. Niech czytelnik waży więc racje sam.

„Przyszło nam tu żyć” nie jest jednak beznamiętną relacją. Ostrze krytyki niby chowa się za sterylną bezstronnością, ale tnie głęboko. Za każdym z bohaterów można dojrzeć rozlatujące się, niewydolne państwo, w którym ostoją quasi-normalności są wysepki paliwowych magnatów. Brak jasnych reguł i jakichkolwiek mechanizmów pomocowych doprowadza do wykluczenia, korupcji, alkoholizmu – ta lista jest tak naprawdę nieskończenie długa.

Polityka jak bumerang

W tym można upatrywać przewodni motyw reportaży Kostiuczenko. W dobie koronawirusa reportażystka razem ze swoim redakcyjnym kolegą Jurijem Kozyriewem opublikowała w „Nowej Gaziecie” długi tekst obrazujący heroiczny trud służby medycznej jednego z moskiewskich szpitali [3]. Główną część tekstu stanowią urywki dialogów lekarzy, pielęgniarek i pacjentów – zebrane w całość, odmalowują niemalże wojenny pejzaż z „czerwonej strefy”. Tutaj też nie ma polityki ani jednoznacznych ocen. Wnioski nasuwają się same. Ktoś może powiedzieć, że na walkę z pandemią nie był przygotowany nikt. Z drugiej strony, ci lekarze pracują na granicy wytrzymałości – czy naprawdę tak powinno być? I czy nie powinno się kogoś pociągnąć do odpowiedzialności za lata niedofinansowania i „optymalizacji” służby zdrowia? Jeśli tak, to kogo?

W „Przyszło nam tu żyć” uderza właśnie brak jakiejkolwiek instancji, do której bohaterowie tekstów – poturbowani, odrzuceni, znajdujący się na skraju biedy bądź już od dawna znajdujący się za tą granicą – mogliby się zwrócić. Bo weźmy chociażby tytułowy reportaż o Stanicy Kuszczowskiej, mieście na południu europejskiej Rosji, które w latach 90. zostało podporządkowane zorganizowanym kryminalistom. Na ulicach, aż do drugiej dekady XXI wieku, panował prawdziwy terror – z pobiciami, wymuszeniami, gwałtami. Dopiero masowe zabójstwo w 2010 roku przykuło uwagę uczciwych i zaangażowanych śledczych, którzy do pewnego stopnia ukrócili kryminalną działalność. Dziwi jednak to, że sami mieszkańcy Stanicy – wciąż zastraszeni i przekonani o „umoczeniu” wszystkich – nie wierzą w skuteczność jakichkolwiek instytucji: „Mieszkańcy nie chcą śledztwa. Oni chcą Żyrinowskiego. Ten obiecał powiesić na centralnym placu i capków, i mera, i szefa milicji” [s. 294]. W tego rodzaju wypowiedziach słychać echa wszystkich nieudanych kampanii antykorupcyjnych, które na przestrzeni lat doprowadziły do rozpowszechnienia się przekonania o tym, że w Rosji „kradną wszyscy” [4]. Nikt się już nawet nie łudzi.

Polityka więc, wyrzucona drzwiami, wraca przez okno – tu w postaci popytu na „silnego człowieka”, na którego zapotrzebowanie rośnie proporcjonalnie do arbitralności władzy i korupcji. Wspomniana wyżej apolityczność reportaży Kostiuczenko jest tak naprawdę do cna polityczna, stanowi bowiem odbicie samych rosyjskich realiów – przestrzeni, w której elita rządząca celowo wyrzuciła rządzenie poza społeczny nawias i uczyniła z administracji państwem sprawę czysto techniczną. W ten sposób państwo umywa ręce od problemów tych, którym „przyszło żyć”.

Można mieć zastrzeżenia co do etyki dziennikarskiej Kostiuczenko – przecież jej wcieleniówki w drogówce czy wydziale śledczym niosą ze sobą znamiona prowokacji dziennikarskiej. Polski czytelnik jednak, przyzwyczajony do „polskiej szkoły zmyślania” – podchodzącej nad wyraz swobodnie do faktografii – może przejść obok tego spokojnie. Historie w „Przyszło nam tu żyć” nie są w żaden sposób podkoloryzowane, a osoba autorki praktycznie się w nich nie pojawia. Rosyjska dziennikarka przede wszystkim daje czytelnikowi możliwość wściubienia nosa tam, gdzie nikt wcześniej zrobić tego nie zdołał – i przy tym można posłuchać tych, którym głosu nikt i nigdy nie oddał. Rosja, rzecz jasna, przeraża. Mimo to, Kostiuczenko wchodzi w jej trzewia, żeby ukazać, że tak naprawdę źródła miejscowych patologii nie są powodowane mistycznymi właściwościami rosyjskiej „nieobejmowalnej” przestrzeni, a są zgoła powszednie. Pomaga w tym też świetny przekład Katarzyny Kwiatkowskiej-Moskalewicz, dzięki któremu nie tracimy nic z esencji tak różnych slangów, jak język narkomanów czy gliniarzy.

„Przyszło nam tu żyć”, oczywiście, jest o Rosji. Tyle że za pomocą soczewki skupionej na tym kraju – i na konkretnych grupach – ta perspektywa się rozszerza, czyniąc te reportaże czymś więcej. Krytyką społeczną bez tejże krytyki rzuconej wprost, co wyostrza ją jeszcze bardziej. Tekstem obnażającym zgubne skutki braku solidaryzmu w myśl powiedzenia „każdy sobie rzepkę skrobie”. Dyktafonem przystawionym do ust wykolejeńców, którzy palcami wytykają lata zaniedbań. A przy tym, o czym nie wolno zapominać, to równocześnie kawał dobrego dziennikarskiego warsztatu.

 

Przypisy:

[1] J. Kostiuczenko, „U nas nekorrektnaja professija”, „Russkij Żurnal”, 07 listopada 2011.

[2] Zob. A. Politkowska, „Putinskaja Rossija”, 2004.

[3] J. Kostiuczenko, J. Kozyriew, „Eto sztorm”, „Nowaja Gazieta”, 29 kwietnia 2020 [https://novayagazeta.ru/articles/2020/04/29/85144-eto-shtorm].

[4] W. Gel’man, „Jeszcio o letajuszczich korgi, ich chozjajewach i nie tol’ko”, 16. Lipca 2016.

 

Książka:

Jelena Kostiuczenko, „Przyszło nam tu żyć. Reportaże z Rosji”, przeł. Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz, wyd. Czarne, Wołowiec 2020.

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 594

(24/2020)
26 maja 2020

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj