Powiedzieć, że to książka o szachach, to nie powiedzieć nic – zgrabnie zaprojektowana okładka wskazuje na to przy pierwszym kontakcie. W świecie Tevisa ruchy na szachownicy osiągają rangę równą poezji. A nawet wyższą! Gdy w powieści nauczyciel angielskiego z przejęciem deklamuje wiersze Williama Cullena Bryanta, główna bohaterka nie może się nadziwić, jak bardzo jest to głupie. Jednocześnie wertuje pod ławką złożoną na kolanach książkę „Współczesne debiuty szachowe”.

To jednak tylko zewnętrzna powłoka. W swojej głębszej warstwie „Gambit królowej” jest opowieścią o pasji i uzależnieniu, w której nie brak namysłu nad kulturowymi i historycznymi zjawiskami: feminizmem, samotnością współczesnego człowieka czy amerykańsko-radzieckimi napięciami w czasach zimnej wojny.

Ale od początku. Ośmioletnia Elizabeth Harmon ląduje w sierocińcu w Methuen, gdzie niemal natychmiast rodzą się w niej dwie namiętności: szachy i środki odurzające. W świat czarno-białych figur i pionów wprowadza ją pan Shaibel, mrukliwy woźny z wielkim brzuchem, z którym Beth rozgrywa pierwsze partie w zatęchłej piwnicy, przy świetle nagiej żarówki. Gdy wkrótce wygrywa symultanę z dwunastoma licealistami należącymi do miejscowego klubu szachowego, czytelnik jest już złapany na haczyk i z uwagą śledzi podróż tego cudownego dziecka w głąb zdominowanego przez mężczyzn świata.

Równolegle do wspinaczki na szczyt szachowych rankingów obserwujemy walkę, którą Beth toczy z własnym dążeniem do samozniszczenia. Ze środkami uspokajającymi zapoznają ją sami pracownicy placówki, którzy usiłując utrzymać rygor w Methuen, rozdają dzieciom zielone pigułki. Gdy władze odkrywają, co dzieje się w sierocińcu i przerywają ten proceder, ośmioletnia dziewczynka z ejdetyczną wyobraźnią, która szachowe partie rozgrywa w głowie, patrząc w sufit sypialni dziewcząt, doświadcza pierwszego narkotycznego głodu.

„Dziewczynki nie grają w szachy”

Wkraczająca w środowisko szacownych intelektualistów sierota niemal bez przerwy czuje się w nim intruzem. Uczucie to nie znika, gdy Beth zaczyna zdobywać zainteresowanie krajowych mediów, które „piszą głównie o tym, że jest dziewczyną”.

Bohaterka otwiera jednak z impetem zamknięte drzwi, za którymi nad stołami pochylają się poważni panowie o posępnych twarzach. Na pierwszym prawdziwym turnieju Elizabeth zaczyna miesiączkować. Ze zmajstrowaną naprędce podpaską wraca do sali i rozbija najlepszych graczy w stanie. Szybko staje się zatem jasne, że „dziewczynki też grają”. „To już nie będzie męski świat, kiedy ona z nim skończy”, myśli młoda dziewczyna, walcząca w alkoholowym ciągu z całą skrzynką burgunda, którą przytargała z monopolowego. I ma rację.

Tak rozpoczyna się rywalizacja z największymi szachistami świata, zręcznie opisana przez Tevisa, który w kunsztowny sposób wciąga czytelnika w lekturę – z pozoru nudnych – opisów kilkugodzinnych partii.

Zły Rusek z „Rocky’ego IV”

Wspomniana rywalizacja zaprowadzi Beth do Rosji, gdzie przyjdzie jej się zmierzyć z powieściowym odpowiednikiem Anatolija Karpowa. Podróż do Moskwy w czasach zimnej wojny napawa dziewczynę strachem. I to nie tylko ze względu na postać rosyjskiego arcymistrza – Wasilija Borgowa.

Oś konfliktu między dzielnymi, stojącymi na straży prawości Amerykanami i bezbożnymi komunistami jest być może najciekawszą stroną powieści. Autor powoli i subtelnie rozprawia się bowiem z wizją straszliwego Rosjanina, której źródłem była w Ameryce państwowa propaganda oraz niewiedza obywateli. Jeszcze w sierocińcu lekko zdezorientowana bohaterka „Gambitu królowej” musi sprawdzić znaczenie słowa „komunizm”, gdy jedna z nauczycielek przestrzega dzieci przed pochodzącą ze Związku Radzieckiego zarazą: „Beth nie do końca wiedziała, na czym właściwie polega komunizm. Musiał być czymś, w co wierzą niegodziwi ludzie w innych krajach, czymś jak bycie nazistą i masowe mordowanie Żydów”.

Tevis nie rozgrzesza radzieckich przywódców. Walczy jednak z uprzedzeniem Amerykanów wobec Rosjan poprzez ukazanie im Moskwy i jej zwykłych mieszkańców. Ci ostatni są ubranymi w szare, znoszone koszule robotnikami pochylonymi nad najtrudniejszą grą świata. Ich twarze, zamiast wykrzywiać się przez nienawiść, rozświetlają się nieoczekiwanie w bezzębnym uśmiechu, gdy rozpoznają w Beth „Jelizawietę Garmon”. Z kolei Moskwa, jak dowiadujemy się z ust głównej bohaterki, „wcale nie wyglądała groźnie, mogły to być przedmieścia dowolnego wielkiego miasta”. Kilka stron później zauważa, że wrzaski dzieci po rosyjsku brzmią dokładnie tak samo jak w każdym innym języku.

Zabieg autora wygląda jakby znajomo. We współczesnej amerykańskiej kulturze coraz częściej pojawiają się zabarwione ironią mrugnięcia w stronę odbiorcy, gdy mowa o ślepej niechęci wobec zwykłych Rosjan. Na przykład w „Młodym Sheldonie”, prequelu „Teorii wielkiego podrywu”, brat głównego bohatera pytany o komunistów odpowiada, że to „wielki blondyn, z którym musiał walczyć Rocky”. W tym kontekście Tevisa warto pochwalić za odwagę, bo „Gambit królowej” opublikowano jeszcze w latach 80., na osiem lat przed końcem zimnej wojny. I choć autor długo gra utartym schematem „niedobrzy Rosjanie – dobrzy Amerykanie” (Borgow to twardy, małomówny i budzący grozę obywatel ZSRR), na koniec kontestuje archetyp Złego Ruska.

Taniec z samotnością

Nie zawiodą się też ci, którzy w literaturze popularnej szukają ciekawych portretów psychologicznych. Tevisowi daleko być może do Dostojewskiego, jednak „Gambit” jest zręcznie napisaną opowieścią o samotności i walce z własną pokaleczoną psychiką. Samotności tragicznej o tyle, że zwykle przeżywanej w towarzystwie.

Już w placówce dziewczynka zaczyna odstawać od reszty. W czwartym zdaniu powieści autor informuje nas, że „Beth była po prostu nieładna”. Lekcje wychowania fizycznego wyraźnie ją nużą („Większość dziewczynek w czasie gry śmiała się i krzyczała, ale nie Beth”) i nie potrafi zrozumieć zainteresowania seksem, o którym z przejęciem opowiada jej koleżanka. Ta sama, która jakiś czas wcześniej – ku zdumieniu i mimo protestów ośmiolatki – wsuwa rękę pod jej majtki i zaczyna ją „masować”.

Poczucie niedopasowania (podsycane przez świadomość własnej wyjątkowości), wstręt do konieczności spełniania oczekiwań i wreszcie wybuchowy charakter Elizabeth – wszystko to zaowocuje problemami w utrzymaniu międzyludzkich relacji. „Gambit królowej” staje się tym samym 350-stronicowym tańcem między pragnieniem alienacji a silną, fizyczną niemal potrzebą bliskości. Beth, która, jak twierdzi, wszystkich ważnych rzeczy nauczyła się sama, a w Meksyku zazdrości zamkniętej w zoo, pogrążanej we własnych myślach i niezwracającej uwagi na ludzi gorylicy, przez całą powieść poszukiwać będzie kontaktu z drugim człowiekiem. I choć czasem „nie było żadnego filmu, który chciałaby obejrzeć, ani osoby, do której miałaby ochotę zadzwonić”, nic nie przeraża jej bardziej niż pusty, ciężki od alkoholowych wyziewów dom.

Opisując walkę i samotność głównej bohaterki, Autor nie sili się na to, by urzec nas stylem, ale to właśnie w chłodzie narracji (równie surowej jak młoda szachistka, która nie pozwala sobie na płacz i na wszystko odpowiada jednym zdaniem) tkwi być może siła tej powieści. Podobnie jak Beth przy szachownicy – nie wykonuje on niepotrzebnych ruchów. Nieco ociężały, gęsty i szarawy świat, który namalował dla nas Tevis, to naprawdę ciekawa pozycja na rozpoczynającą się jesień.

23 października w serwisie Netflix swą premierę będzie miał serial oparty na motywach książki Waltera Tevisa. W rolę Beth wcieli się znana z filmu „Split” Anya Taylor-Joy. W produkcji nie zabraknie i polskiego akcentu. Jako rosyjskiego arcymistrza Wasilija Borgowa na ekranie ujrzymy bowiem Marcina Dorocińskiego.

 

Książka:

Walter Tevis, „Gambit królowej”, przeł. Hanna Pustuła-Lewicka, wyd. Czarne, Wołowiec 2020.