Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Przytul mnie, ale...

Przytul mnie, ale nie podchodź – czyli studium upokorzenia. O „Pokorze” Szczepana Twardocha

Łukasz Kowalczyk

Alojzy Pokora, jeden z synów wielodzietnej śląskiej, polskojęzycznej rodziny, jako jedyny nie zostaje górnikiem. Wybiera studiowanie filozofii w Breslau i idzie na ochotnika bić się za Rzeszę. Ukazując jego losy, Twardoch stawia fundamentalne pytanie – co dzieje się z jednostką, która usiłuje zmienić miejsce w społecznej strukturze? I czy w ogóle jest to możliwe?

Twardoch napisał zwykłą powieść. O tyle to warte odnotowania, że zrobił to po raz pierwszy.

Pierwszy raz nie powiesił nad przedstawionym światem żadnej bombki, żadnego śpiewającego wieloryba, nie dał mówić wprost żadnemu pojęciu, żadnej bezcielesnej heroinie. Nie twierdzi też, że pod stopami bohaterów książki dyszy polskość pod postacią rozległej podziemnej grzybni. Koniec z ontologicznymi wytrychami z kanonu science fiction. To, co wisi nad światem, to tylko widmo rewolucji i chaosu, mówią w nim tylko ludzie i tylko trzema językami (polski, niemiecki, śląski). Pod stopą może dyszeć ktoś, jeśli go inny tą stopą przydeptał. Skończyła się wojna, więc zdarza się to rzadziej.

Wojna, jak zawsze, kończy się przegraną Niemiec, a główny bohater, porucznik kajzerowskiej armii Alojzy Pokora, budzi się w berlińskim klasztornym szpitalu ogołocony ze wszystkiego. To znaczy nadal ma Krzyż Żelazny i jakimś cudem nie ukradli mu butów, ale nie ma pieniędzy, poczucia sensu ani nie ma dokąd ze splądrowanego szpitala wracać.

Można powiedzieć, że to jeszcze nie najgorzej, bo żyje. Tylko – czy Alojzy Pokora rzeczywiście żyje? Zobaczmy.

Gwałt, gniew i Emil Durkheim

Z pewnych powodów, których tu nie przytoczę, by nie zdradzać potencjalnym czytelnikom zbyt wielu faktów, Alojzy Pokora, jeden z synów wielodzietnej śląskiej, polskojęzycznej rodziny, nie zostaje górnikiem. Jego wszyscy bracia i ich ojciec – owszem, kończą jako hajerzy na grubie, ale on wybiera studiowanie filozofii w Breslau i idzie na ochotnika bić się za Rzeszę.

Nim dotrze do Breslau, jego młodzieńcza droga wiodąca z domu przez księżą plebanię, zakonną stancję i gimnazjum w Gleiwitz znaczona jest gwałtem. Jako dziecko i podrostek doświadcza nie tylko upokorzeń, ale też nagiej przemocy. Nie ma przed nią gdzie uciec, bo nie ma dla niego innych miejsc niż te wyznaczane mu przez innych, a one zawsze pozostają przestrzenią, w której rozgrywa się gwałt. Chęć ucieczki jest jednak przemożna. Tak bardzo, że Pokora będzie rozpoznawać gesty przyjaźni i dobre uczynki raczej w działaniach umożliwiających wycofanie się (choćby w iluzję), w braku zainteresowania krzywdzeniem niż w jakichkolwiek próbach budowania wspólnoty czy intymnej bliskości innej niż mechaniczne zbliżenie.

Wytchnienie znajduje w oddaleniu. Skoro w dzieciństwie ojciec nie dał mu nie tylko miłości, ale nawet jej obietnicy, Pokora nie ma pociągu do wchodzenia w głębsze relacje z innymi ludźmi. Co nie oznacza, że unika ludzkich ciał. Wręcz przeciwnie – lgnie do nich. Pokora wciąż w tej książce się tuli. Tuli się do starszych nieatrakcyjnych kobiet, androgynicznych rewolucjonistów, homoerotycznego nazisty. Jak bokser – który nie będąc w stanie znieść kolejnego ciosu, obejmuje przeciwnika – bohater Twardocha zawisa na innych. Nawet na wrogu, nawet na tym, który nie jest mu przyjazny, na tym, którego sam chętnie by uderzył. Gdyby istniały w Berlinie lat 20. terapie grupowe, Pokora uczęszczałby na nie i wtulał się w uczestników jak bohater „Fight Clubu”. Zresztą nie poprzestaje na ludziach. Próbuje wtulić się w projekt małżeński. Wraca kilkukrotnie do domu rodzinnego, by wtulić się w swoje dzieciństwo. Tuli się też do rewolucji.

Jest w tym prosta dialektyka – emocjonalny dystans, którego Pokora wcale nie chce (a może już nie umie) zmniejszać, łączy się u niego z potrzebą bliskości ciał, wtulenia się właśnie, ukołysania się we wspólnym ruchu. To choroba sieroca w pełnej krasie.

Powieść Twardocha nie jest jednak tylko powieścią o psychologicznych skutkach odrzucenia. Równie ważna, a może najważniejsza jest w niej próba odpowiedzi na socjologiczne pytanie, co dzieje się z jednostką, która usiłuje zmienić miejsce w społecznej strukturze. I czy w ogóle jest to możliwe?

Najlepiej widać to w dalszej części książki, w której Pokora w wyniku splotu przypadkowych zdarzeń trafia ze szpitala do rewolucyjnego, oddolnie powstałego komanda. Grupa pod przewodnictwem cokolwiek ekscentrycznej arystokratki uczestniczy w rewolucji listopadowej 1918 roku po stronie Związku Spartakusa, przeciwstawiając się tym samym nie tylko konserwatywnym ostańcom Rzeszy Niemieckiej, ale i umiarkowanej Socjaldemokratycznej Partii Niemiec.

To właśnie wtedy Pokora spotyka Różę Luksemburg i Karla Liebknechta, którzy przyjeżdżają na inspekcję. W jednej z najlepszych scen powieści główny bohater zarzuca im, że są głupi, skoro nie chcą przyjmować w szeregi berlińskich sił rewolucyjnych ochotników z kajzerowskiej armii – takich jak on. Pokora mówiąc to, czuje gniew i dzieli się z czytelnikiem zaskoczeniem, który w nim ten fakt budzi. Jak sam konstatuje, to chyba gniew, który nie pochodzi tylko od niego samego. Czy jest tylko jego wyrazicielem? Czy też może to ten przysłowiowy „gniew ludu” przemawia przez niego? Kontynuuje jednak mowę i zarzuca Luksemburg i Liebknechtowi, że przyswoili myśl Marksa i Engelsa, nie sięgnęli zaś do Durkheima. Oczywiście, nie chodzi mu o stan ich wiedzy, ale o to, że Durkheim ma rację, a oni tego nie widzą. Nie rozumieją, że moralność jest społeczna, jest produktem wzajemnych zależności pomiędzy grupami.

Twardoch jest zbyt dobrym pisarzem, żeby w powieści wyłożyć tę prawdę wprost. Wyszedłby z niej przemądrzały traktat, ale wydaje się, że to właśnie w „Pokorze” i poprzez postać Pokory chce nam chyba powiedzieć (poza mało kontrowersyjną tezą, że dzieci które doświadczają gwałtu i braku miłości, wyrastają na ludzi nieszczęśliwych). Durkheim ma rację. A jeśli ma rację, to pierwotną przyczyną cierpienia Alojzego Pokory i jemu podobnych nie jest indywidualne okrucieństwo tych, których spotkał na swojej drodze, lecz sam fakt dokonania „zmiany społecznej”. Tym bowiem ona właśnie jest – zmianą, a nie awansem. Awans polegałby na przyznaniu nowej rangi i uznaniu jej prawomocności. Jednak w tym świecie na poziomie społeczeństwa nie może być mowy o uznaniu, lecz tylko o odrzuceniu, które na poziomie indywidualnych egzystencji przyjmie formę agresji, gwałtu i wewnętrznego poczucia pustki. Awansować można w armii lub innej formalnie ustrukturyzowanej instytucji (dziś zapewne w korporacji), ale nie w społeczeństwie, w którym zawsze instynktownie rozpoznaje się obcego. W konsekwencji ten, kto porzuci – jak Pokora – swoje miejsce w pierwotnej strukturze, skazany jest na brak społecznego ciepła i społeczną bezdomność. I na nic zda się gniew, który wzbiera w Pokorze. Nie jest to bowiem gniew ludu, defaworyzowanej grupy, która wie, czym różni się od innych grup, lecz gniew społecznych wyrzutków, bezdomnych, tych, którzy są skazani na przebywanie w społecznym limbo, pomiędzy światami.

Ludzie bezdomni

Bezdomność wywołuje przynajmniej dwa uczucia: cierpienie i potrzebę ruchu. Nieumiejscowiony, wciąż się kręcisz. Nie masz gdzie przycupnąć, gdzie się schronić. Ale nawet gdy przestajesz wierzyć, że gdziekolwiek pozwolą ci spocząć, wciąż się obijasz po kątach, bo liczysz na to, że któryś stanie się w końcu twoim własnym.

Można wyzyskać ten potencjał, a właściwie skanalizować istniejącą już energię tego ruchu.

Jeśli ktoś da ci cel, to znaczy powie, że jeśli pójdziesz tam, gdzie on ci mówi, to cierpienie zniknie (to dla głupszych), albo przynajmniej, że przez całą drogę nie będziesz musiał myśleć o tym, że cierpisz (to dla mądrzejszych) – masz już rewolucjonistę. Najlepszy, najrzadszy, najwytrwalszy rewolucjonista to taki, który nie zadaje pytań. Tym samym taki, którego być może nie będzie trzeba pozbywać się przed kresem rewolucji. Obraz tej ostatniej jako marszu zombie nie jest szczególnie pociągający, ale wydaje się w tej książce mocno sugerowany.

Istnieje też inny sposób ucieczki od bezdomności, w którym jest ona nie smutna, lecz radosna i wyzwalająca. Przypomina free riding, squating. W tym wydaniu zależy ona całkowicie od twojej woli i polega na wyodrębnieniu się z przynależności pierwotnej, ujęciu w nawias przypisanych odgórnie cech: płci, klasy społecznej, zawodu – i odrzuceniu ich po to, by wybrać sobie inne albo po to, by w ogóle zaprzeczyć określaniu przynależności za ich pomocą. Pokora próbuje wyjść w ten sposób z swojej absolutnej bezdomności, uczestnicząc w protohippisowskiej rewolucyjnej grupie kolorowych ptaków, która zbiera się w ogarniętym rewolucją Berlinie. Widzimy w tym geście radość, może szczęście nawet. Nie trwa to długo. Walec rewolucyjnego starcia przejeżdża po tych berlińskich dionizjach szybko i z obrzydzeniem. Hippisowskie kwiaty nawet nie zdążyły zwiędnąć, bo po prostu zostały wdeptane w ziemię.

O prywatności doświadczenia religijnego

Obok kwestii społecznej bezdomności w nowej powieści Twardocha pojawia się jeszcze jedno istotne pytanie – jak „pusty w środku” człowiek może kochać? Jak wygląda w jego przypadku stan zakochania?

Obiektem dozgonnej miłości Alojzego Pokory jest niejaka Agnes Novack. Niedostępna, nieporuszona, z kaprysu udzielająca mu czasem swojej nagości, znacznie częściej – pogardy.

Na początku może się zdawać, że łączy ich po prostu sadomasochistyczna relacja, w której Pokora zajmuje świetnie mu znaną pozycję osoby poniżanej i poddawanej agresji. To jednak tylko pozór. Mimo udrapowania tej relacji w sadomasochistyczny kostium – tyle w tej relacji sadomasochistycznego konkretu co nic. Sama potrzeba, sam rytuał, zero energii, zero rozładowania.

Agnes Novack nie jest dominą, a jeżeli jest – to w dużo bardziej pierwotnym sensie. Agnes Novack jest mianowicie prywatnym bogiem Aloizika Pokory. Jest mądrym bogiem, bo wie wszystko, co bóg wiedzieć powinien, by być efektywny. Potrafi wybrać wyznawcę, ocenić, czy ma on wiarę, czy ma gorącą potrzebę ideału. Potrafi pozostać bogiem prawdziwym – co oznacza bycie nieobecnym. Milczy. Jest z nim w kontakcie, którego treścią pozostaje wyłącznie budowanie u wyznawcy dojmującego poczucia głodu i braku. Mimo wszystko w tę relację zostaje wprowadzona dynamika, Pokora zdobywa w tej relacji niejaką autonomię. Jest to jednak proces przedstawiony w nieprzekonujący sposób. Trudno pojąć, dlaczego posągowość Agnes Novack miałaby ulec kiedykolwiek zachwianiu, ale dzięki niej, gdy śledzimy relację Pokory i jego bogini, możemy też tę książkę czytać jako opowieść o emancypacji od wiary. To, czy udanej, pozostawiłbym chętnie już ocenie indywidualnej.

O niemożliwości Pokory

Wiem, nie brzmi to wszystko najlepiej i nie niesie ze sobą nawet okruszyny optymizmu. Ale proszę się tym absolutnie nie przejmować. Nawet jeśli Durkheim ma rację, a Marks to niepoprawny optymista, nawet jeżeli bezruch jest najlepszą opcją, a z rewolucji można czerpać tyle nadziei na zmianę co z wybuchu wulkanu, nawet jeżeli na pewnym poziomie zaangażowania Amor przestaje być odróżnialny od Cthulhu, to absolutnie nie ma się tym co przejmować. Bo to wszystko może być prawdą wyłącznie w świecie, w którym żyje Alojzy Pokora. A Alojzy Pokora przecież nie ma prawa istnieć. Jak bowiem ktoś, komu odmawiają miłości własny ojciec i wszyscy inni, od których miałby powody jej oczekiwać, i kto potem jest konsekwentnie traktowany jak przechodni worek treningowy, miałby z tak oślim uporem chronić w sobie zadeptywane resztki emocjonalności i próbować podążać naprzód, w kierunku jakiejś zupełnie niezdefiniowanej i nieuzasadnionej niczym nadziei na zmianę społecznego mechanizmu, na wydobycie się z tak funkcjonującej struktury? To niemożliwe. Taka opcja jest wykluczona.

Czyli, proszę Państwa, wszystko jest w najlepszym porządku. Gdyby Państwu gdzieś mignęła jakaś postać do niego podobna, jakaś drobna figura idąca szybkim krokiem w cieniu budynku, albo gdyby, nie daj bóg, rozpoznali Państwo jakąś cząstkę tej figury w sobie, to proszę to uznać za absolutne przywidzenie. Nie ma takiej istoty.

Pokora nie istnieje.

 

Książka:

Szczepan Twardoch, „Pokora”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2020.

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 617

(47/2020)
3 listopada 2020

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj