Z centrum widać najwięcej
  

PRZEKAŻ
1%
PODATKU
Przekaż 1% podatku na demokratyczne media.
Podaj w rozliczeniu numer
KRS Kultury Liberalnej:
0000 398 695
Przekaż 1% podatku na Kulturę Liberalną forward

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Smoczy piorunochron. Recenzja...

Smoczy piorunochron. Recenzja książki „Kraina smoków” Cornelii Funke [KL dzieciom]

Karolina Stępień

Nie dajcie się zwieść okładce. „Kraina smoków” Cornelii Funke, wznowiona z okazji premiery jej animowanej adaptacji, nie ma nic wspólnego z infantylną kreskówką. To niezwykle udana wersja opowieści o smokach, napisana z szacunkiem do świata baśni, mitów i dawnych wierzeń.

Powrót do lektury powieści „niemieckiej Rowling” to – pomimo nowego marketingowego przybrania – jak zawsze pełna wzruszeń oraz intertekstualnych nawiązań magiczna przygoda. Opowieść zaczyna się wraz z ostrzeżeniem, które pewna szczurzyca przynosi smokom zamieszkującym spowite mgłą, deszczowe szkockie krajobrazy – także i to schronienie baśniowych istot, tak jak wiele poprzednich, mają przejąć we władanie ludzie. Większość smoków nie wierzy – lub nie chce uwierzyć – w słowa przyjaciółki; niektóre są zbyt leniwe, żeby uciekać, inne nie czują się wystarczające silne. Ostatecznie na poszukiwanie nowej kryjówki postanawia wyruszyć w towarzystwie koboldki Siarczynki srebrzysty Lung. Decyduje się na długą, niebezpieczną podróż w poszukiwaniu legendarnego Skraju Nieba – według wierzeń najstarszych przedstawicieli gatunku, w położonej gdzieś w Himalajach krainie smoki od wielu lat żyją bezpiecznie, z dala nie tylko od ludzi, ale także złotego Parzymorta, potwornej smoczej bestii polującej na swoich pobratymców. Czas, którym dysponuje Lung, jest ograniczony nie tylko ze względu na czyhające na jego rodzinę niebezpieczeństwo – „smoki nie jedzą niczego, co oddycha […]. Żywią się tylko światłem księżyca”. Dlatego jeśli nie zdążą odnaleźć Skraju Nieba przed nowiem, Lungowi zabraknie sił, by dolecieć do celu.

Po uszy w starej baśni

Wkrótce do smoka i koboldki, ku wielkiemu i zabawnemu oburzeniu tej drugiej, dołącza człowiek – zamieszkujący opuszczoną fabrykę osierocony chłopiec – i nie myli się jedna z istot spotkanych w czasie wyprawy, gdy mówi Benowi: „Zdaje się, że wypełniasz wiele przepowiedni, po uszy siedzisz w starej baśni, mój chłopcze”.

Podczas podróży za przewodniki bohaterom służą mapa naszego świata (sporządzona przez szczurzego kartografa) i książka o wszystkich znanych baśniowych stworzeniach (podarowana przez ludzkiego profesora). Bohaterowie lecą przez Europę, wzdłuż Morza Czerwonego, przepływają Morze Arabskie, aż docierają do ujścia rzeki Indus; na swojej drodze co rusz spotykają postaci z mitów i legend, dzięki którym poszczególne regiony zyskują specyficzną, baśniową aurę. Jak się później okazuje, nie jest to przypadek – w końcu wszystkie opowieści są ze sobą połączone, magiczne stworzenia naturalnie się więc przyciągają. Wśród nich znajdują się gigantyczne morskie bestie i tycie wróżki – każdy, bez względu na gabaryty, odegra ważną rolę w historii i każdy, nawet najbardziej maluczki, będzie mieć moc ocalania tego, co ważne.

Na nowej okładce „Krainy smoków” figuruje hasło, które jednocześnie jest też cytatem z polskiej wersji dubbingowej promowanej nowym wydaniem powieści animacji: „Takiego to nie wytresujesz”, mówi o Lungu jeden z bohaterów. Wbrew temu mało błyskotliwemu nawiązaniu do serii Cressidy Cowell „Jak wytresować sobie smoka” i jej popularnej adaptacji, smok wykreowany przez wytwórnię Constantin Film wygląda właśnie jak domowa maskotka – jego pełen entuzjazmu, bezmyślny uśmiech przekonuje, że jeśli nie da się wytresować, to tylko dlatego, że jest mało pojętny. Daleko mu do gracji Nocnej Furii stworzonej przez DreamWorks Animation, smoka, który co prawda często bywa pocieszny i niedojrzały, ale jednocześnie zachowuje dzikość i elegancję charakteryzujące ten gatunek na przestrzeni literackich dziejów.

Bohaterowi animacji równie daleko do postaci stworzonej przez Cornelię Funke w samej powieści. Pomimo młodego – jak na smoka – wieku Lung jest dystyngowany, zawsze opanowany i nieustępliwy. Choć niepozbawiony indywidualnego rysu, wciąż wydaje się blisko spokrewniony z potężnymi smokami J.R.R. Tolkiena, Christophera Paoliniego i George’a R.R. Martina; z powiązanymi z literaturą wiwernami z powieści „O pewnej dziewczynce i jej podróży wokół krainy czarów na okręcie własnoręcznie wykonanym” Catherynne M. Valente i głównym bohaterem „Miasta śniących książek” Waltera Moersa; z magnetyzującym Złotym Smokiem Andrzeja Sapkowskiego z „Granicy możliwości”; czy wreszcie z dość mało wyrazistymi, ale wciąż budzącymi podziw, rogogonami, spiżobrzuchami i żmijozębami J.K. Rowling; albo nawet z miniaturowymi, beztroskimi smokami z „Dziewczynki, która wypiła księżyc” Kelly Barnhill i „Opowiadań z Doliny Muminków” Tove Jansson.

Smoki przynoszą szczęście

Lubię wracać do tego, co Neil Gaiman, parafrazując G.K. Chersterona, pisał w „Koralinie”: „baśnie są bardziej niż prawdziwe, nie dlatego iż mówią nam, że istnieją smoki, ale że uświadamiają, iż smoki można pokonać” [1]. Niekoniecznie musi chodzić tu o pokonanie czegoś jednoznacznie pejoratywnego – w końcu „pokonać” to także „przewyższyć”. Za smokami stoi niejedna idea.

Bez względu na to, czy chodzi o smoki złośliwe, diabelskie i chciwe, czy o te opiekuńcze, łagodne i uczone – to istoty, które w naszej zbiorowej wyobraźni odczuwają świat głębiej, intensywniej, prawdziwiej. Cedujemy na nie kipiącą w nas nienawiść lub magazynujemy w nich całą nadzieję w bezinteresowną dobroć. Pociesza nas wiara w ich potęgę i zarazem efemeryczność, wynikająca z fikcyjności. Wąż morski mówi do Lunga: „Twój gatunek łagodzi gniew, który [ludzie] mają we krwi. Przeganiacie ich smutki i dlatego uważają, że przynosicie szczęście”.

Choć w chrześcijańskiej zachodnioeuropejskiej kulturze smok był symbolem zła, dziś dla wielu z nas zajmuje honorowe miejsce w sferze sacrum, jest manifestacją baśniowej cudowności albo – po prostu – piorunochronem, który pochłania nasze lęki czy marzenia i odprowadza je do literatury, kina, sztuki. Dlatego – i piszę to z całą świadomością, że mowa o stylistyce animacji dla młodszych odbiorców – infantylizując go, adaptacja „Krainy smoków” infantylizuje nas samych, niezależnie od wieku. Sama Cornelia Funke natomiast zachowuje w powieści szacunek do świata baśni, mitów i dawnych wierzeń oraz jego reprezentantów (nie tylko smoków), nie zapominając przy tym, że tekst kierowany jest do dziecięcego czytelnika. Właśnie ten szacunek, do tradycji i do odbiorcy, pozwala na stworzenie angażującej, emocjonującej i wzruszającej historii. Bez względu na nową okładkę, gorąco zachęcam do jej przeczytania.

 

Przypis:

[1] Neil Gaiman, „Koralina”, tłum. Paulina Braiter, wyd. MAG, Warszawa 2003.

 

Książka:

Cornelia Funke, „Kraina smoków”, tłum. Anna i Miłosz Urbanowie, wyd. Poradnia K, Warszawa 2020.

 

Rubrykę redaguje Paulina Zaborek.

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 634

(9/2021)
2 marca 2021

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj