Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Zatajona katastrofa. O...

Zatajona katastrofa. O „Ołowianych dzieciach” Michała Jędryki

Ewelina Szpak

Katastrofa środowiskowa i epidemia, opór kobiet i siła rządowej propagandy. Wszystko to splata się w opowieści Michała Jędryki o Szopienicach lat 70. i każe zadawać pytania o koszty ekologicznej ignorancji, nie tylko w przeszłości.

Czy można zapomnieć epidemię choroby, która lokalnie, ale masowo uderza w najmłodszych, niszcząc ich zdrowie, doprowadzając do znacznego niekiedy upośledzenia lub śmierci? Czy można zapomnieć czas, gdy z dnia na dzień w niejasnych okolicznościach znika niemal cała szkolna klasa, a powracające z tajemniczych miejsc dzieci przenoszone są z całymi rodzinami do innych dzielnic miasta? Michał Jędryka w książce „Ołowiane dzieci. Zapomniana epidemia” twierdzi, że można i… że się nie da. Ta zbudowana na wewnętrznej sprzeczności teza autora, odbijająca niespójność peerelowskiej rzeczywistości, przewija się przez całą książkę i dotyka wielu przywoływanych przez niego zjawisk z przeszłości. Sama książka jest zresztą oparta na swoistym dualizmie – przeszłość przenika się w niej ze współczesnością, prawdziwe zdarzenia (niestety) z literacką fikcją, a perspektywa peerelowskiego dziecka z perspektywą dorosłego żyjącego obok.

Na pierwszym z planów Jędryka opowiada historię własną. Widzimy ją oczyma dorastającego na górnośląskim osiedlu robotniczym nastolatka, rozpoczynającego dochodzenie nad przyczyną dziwnego znikania kolejnych kolegów i koleżanek z klasy. I choć tropy zwodzą go na manowce, prowadząc a to do pojawiającej się w okolicy „mitycznej” czarnej wołgi, a to do mieszkającego po sąsiedzku ORMO-wca, a wreszcie – do miejscowej lekarki, wypisującej skierowania do złowieszczo brzmiących „prewentoriów, ambulatoriów, a może krematoriów”, to opisywane przez niego historie oddają nie tylko klimat PRL-owskiego dorastania, ale też ówczesnej dzielnicy robotniczej. Ograniczone siermiężną rzeczywistością chłopackie wyobrażenia, marzenia, aspiracje, lęki i wybryki wpisane zostają w doskonale odtworzoną wielopoziomową przestrzeń społeczną (i materialną) Szopienic.

Świat oglądany oczami „Głowy” (czyli dorastającego Jędryki) jest jednak światem zupełnie innym niż ten opisywany na drugim z planów, którego ramy wyznacza doświadczenie młodej szopienickiej lekarki. Doktor Jolanta Wadowska-Król, bo o niej mowa, jako młoda pediatrka w 1974 roku przeprowadza rutynowe badania diagnostyczne i odkrywa, że w krwi większości młodocianych podopiecznych zawartość metali, w tym ołowiu, przekracza kliku- lub kilkunastokrotnie dopuszczalne normy, a toczące ich ciała schorzenia odpowiadają objawom ołowicy, dobrze znanej choroby zawodowej, która nigdy wcześniej nie była kojarzona z chorobą dziecięcą. Odkrycie lekarki obnaża skalę niebezpieczeństwa i zdrowotne koszty forsownej powojennej industrializacji, które ponosiły dzieci mieszkające w bezpośrednim sąsiedztwie Huty Metali Niezależnych.

Ujawnienie prawdy o realiach życia w górnośląskim zagłębiu przemysłowym podważało propagandowy obraz dostatniej Polski, „ósmej gospodarki świata”, a tym samym stawiało pediatrkę w trudnej sytuacji i skazywało na walkę z władzami. Wbrew powszechnemu konformizmowi i oczekiwaniom lokalnych notabli Wadowska-Król podjęła niezwykle trudną grę z górnośląską władzą o los i zdrowie miejscowych dzieci. Wspierały ją swym autorytetem przełożona dr Bożena Hager-Małecka, która na jednej ze szwajcarskich konferencji zapoznała się z przypadkiem ołowicy dziecięcej, oraz żona wspomnianego wcześniej ORMO-wca.

Jędryka, odtwarzając tę ryzykowną batalię dwóch lekarek z lokalnym establishmentem, wprowadza czytelnika do urzędniczych gabinetów i kreśli rozgrywki personalne górnośląskich aparatczyków. Przypomina również elementy charakterystycznej polityki socjalnej i mieszkaniowej PRL. Wszystko to jednak jest tylko tłem dla wysuwającej się na plan pierwszy hipokryzji władz – z jednej strony autentycznie przerażonych skalą epidemiologiczną ołowicy, z drugiej za wszelką cenę dążących do rozmycia problemu i przywrócenia dotychczasowego status quo. W tym kontynuowania procederu conocnego usuwania „najnowocześniejszych” filtrów ochronnych z huty celem podniesienia wskaźników produkcyjnych.

Iluzje modernizacji, siła propagandy

Choć ofiarami systemu w „Ołowianych dzieciach” są robotnicy z Szopienic (i ich dzieci), Jędryka pokazuje również, jak silny był opór przed zmianą wśród najbiedniejszych i najbardziej narażonych na skażenie mieszkańców okołohuckich osiedli. Zamieszkiwanie w pobliżu zakładu było wygodne nie tylko z uwagi na brak dojazdów. Prawie 150-letnia huta stała się przecież dla lokalnej społeczności też „hutą – żywicielką”, miejscem, z którego czerpały kolejne pokolenia i które przez miejscowych traktowane było jako własne, oswojone i w tym sensie też bezpieczne. Na tę złożoność postaw lokalnej społeczności Jędryka zwraca również uwagę, opisując ich stosunek do działań lekarki, początkowe odrzucanie jej starań i krytykę poczynań, widoczną w nieprzyjmowaniu wezwań na badania czy w odmowie przeniesienia się do nowej, bezpieczniejszej lokalizacji. Wprowadzane przez Jolantę Król z niezwykłą determinacją zmiany rozmontowywały bowiem również sąsiedzkie więzi i zmieniały samą wspólnotę. Najmocniej to widać z perspektywy nastolatka tracącego kontakt z tymi, którzy już nigdy do Szopienic lub miejscowej szkoły nie powrócili, wyjeżdżając wraz z rodzicami do Niemiec.

Tym, co porusza jednak najbardziej, jest fakt, że pomimo ogromnej determinacji i sukcesów działań dwóch lekarek samą epidemię i problem ołowicy dziecięcej udaje się władzom zachować w tajemnicy. I ma to konsekwencje sięgające dnia dzisiejszego. Współcześni 40- i 50-latkowie cierpiący na schorzenia powiązane z ołowicą z uwagi na brak dowodów i dokumentacji nie mają żadnych szans na jakiekolwiek państwowe odszkodowania. Porusza również los samej Królowej, nazywanej przez miejscowych „Matką Boską Szopienicką”. Choć oparła się ona w latach 70. presji ze strony lokalnego aparatu władzy, to jednak jej ambicje i chęć robienia kariery naukowej – pomimo posiadanego potencjału, talentu i zebranych już materiałów – zostały brutalnie ukrócone i zaprzepaszczone. Jej doktorat przygotowany w oparciu o wyniki badań kilku tysięcy małoletnich pacjentów został zablokowany przez ówczesnego rektora Śląskiej Akademii Medycznej, a wszystkie jego egzemplarze, złożone już i przygotowane do obrony, zapadały się pod ziemię, co sama doktorantka opłaciła potężnym kosztem emocjonalnym.

Książka Jędryki, choć niekiedy rozczarowuje (choćby fikcyjnością kilku wątków, o której autor wspomina dopiero na koniec), to jednak doskonale pokazuje zarówno hipokryzję haseł o dostatnim życiu obywateli, jak i fasadowość peerelowskiej modernizacji. Ta ostatnia, oparta wyłącznie o wskaźniki ekonomiczne i rekordy produkcji, nie liczyła się z kosztami środowiskowymi i ludzkimi. Powszechnie panująca cenzura z wielką pieczołowitością stała na straży nie tylko wszelkich politycznych tajemnic państwowych, ale również i tych dotyczących katastrof przemysłowych czy zagrożeń ekologicznych [1]. W latach 70. na łamach krakowskiego, niszowego pisma „Aura” poświęconego ochronie środowiska mówiono wprost… o wiszącej nad krajem katastrofie ekologicznej, jednak w oficjalnym dyskursie (co rzecz jasna dotyczyło wszystkich krajów bloku) przekaz ten był zakazany. Od lat 80. za prawą solidarnościowej aktywizacji oraz drugoobiegowych raportów ta niewygodna wiedza coraz częściej przenikała do obiegu, skutkując powstaniem pierwszej za żelazną kurtyną organizacji ekologicznej – Polskiego Klubu Ekologicznego. Już w latach 80. jego działania można było uznać za spektakularne, czego dowodem było zamknięcie jednego z działów Huty Aluminium w Skawinie, podobnie szkodliwej jak szopienicka i dewastującej zdrowie mieszkańców okolic Krakowa.

Jednak epidemia ołowicy wykryta została przez lokalną lekarkę znaczenie wcześniej, zanim pojawiły się w polskiej debacie publicznej pierwsze jaskółki działań proekologicznych. Dlatego też wymazano ją całkowicie z oficjalnych dokumentów i źródeł, nawet w notatkach i raportach dr Wadowskiej-Król trudno natrafić na jej ślady ze względu na (całkowicie zrozumiałą) prewencyjną autocenzurę. Pamięć o epidemii żyje jednak wciąż w lokalnej społeczności i trwale zapisana jest w ciałach i doświadczeniach żyjących jeszcze (nie aż tak wielu) 40- i 50-letnich „ołowików”.

 

Przypis:

[1] T. Strzyżewski, „Wielka księga cenzury PRL w dokumentach”, Prohibita, Warszawa 2015, s. 247–250.

 

Książka:

Michał Jędryka, „Ołowiane dzieci. Zapomniana epidemia”, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2020.

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 634

(9/2021)
2 marca 2021

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj