Kultura Liberalna solidarnie z Ukrainą

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Namiot wezyra. O...

Namiot wezyra. O poezji Beaty Obertyńskiej i jej biografii autorstwa Anny Piwkowskiej

Anna Olmińska

Poetka, aktorka, autorka jednego z pierwszych łagrowych świadectw. Postać nieprzeciętna, porównywana przez jej współczesnych do Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Dziś jej twórczość przypomina Anna Piwkowska – autorka wyboru wierszy oraz biografii Beaty Obertyńskiej.

Poetka, aktorka, autorka jednego z pierwszych łagrowych świadectw, a także opowiadań i powieści gotyckiej. Postać nieprzeciętna, porównywana przez jej współczesnych do Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Dziś zapomniana.

Dlaczego? Czy za mało bywała w towarzystwie? Czy była za mało skandalizująca? Czy przeszkodę stanowił brak potomstwa, które strzegłoby pamięci o niej? Być może. Jednak zarówno samo życie Beaty Obertyńskiej, bo o niej tu mowa, jak i jej dzieła są wystarczająco intrygujące, żeby uznać skazanie ich na zapomnienie za niesprawiedliwe.

Przekonuje nas o tym Anna Piwkowska, która w ostatnich latach poświęciła Obertyńskiej dwie książki – dokonała wyboru jej wierszy wydanego w 2017 roku pod tytułem „Tarta róża” i opatrzyła go obszernym wstępem, a następnie napisała o niej biograficzny esej „Piękno i piekło” opublikowany w 2021.

Podobnie jak w przypadku większości poetów (bo Obertyńska była i czuła się przede wszystkim poetką), znajomość losów autorki nie jest niezbędna, żeby zrozumieć jej wiersze. Są one jednak tak silnie osadzone w przeżyciach Obertyńskiej, że ich lektura, a czasem lektura samych tylko tytułów, dostarcza nam wiadomości o jej życiu i pozwala odtworzyć jego najważniejsze etapy.

Życie przed apokalipsą

Najpierw było sielskie dzieciństwo. Beata rodzi się latem 1898 roku w zamożnej rodzinie, w której duch artystyczny obecny jest od pokoleń: jej matką jest poetka Maryla Wolska, ojcem wynalazca i pionier przemysłu naftowego Wacław Wolski, zaś babką Beaty od strony matki – pisarka Wanda Młodnicka, z domu Monné, znana dziś przede wszystkim jako narzeczona przedwcześnie zmarłego malarza Artura Grottgera. Nic zatem dziwnego, że pisarskie zapędy Beaty znajdują zrozumienie u jej rodziców i są przez nich wspierane, szczególnie przez matkę, lepiej zresztą czującą się w roli poetyckiego guru niż czułej i opiekuńczej rodzicielki.

Jak na panienkę z dobrego domu przystało, Beata wraz z czworgiem rodzeństwa mieszka w willi na przedmieściach Lwowa, zwanej Zaświeciem, z wyjątkiem miesięcy letnich, kiedy życie dzieci i ich opiekunów toczy się na daczy w Storożce. Dziewczynka uwielbia bawić się z braćmi, siostrą i przyjaciółmi w wystawianie ambitnych sztuk teatralnych, które często sama reżyseruje. Poza tym oczywiście pisze, na przykład zwracając się wierszem do Jana Gwalberta Henryka Pawlikowskiego, swojej pierwszej miłości:

Jak mogłam żyć bez Ciebie?
Nie wiem – naprawdę nie wiem…
To takie zagmatwane!
Opowiem Ci to wszystko – kiedyś
– w niebie –
jak zmartwychwstanę…

Uczucie Beaty do Jasia zwanego Gwasiem nigdy nie zostanie zaspokojone, bo młody chłopak zakochuje się bez pamięci w Marii Kossak-Bzowskiej zwanej Lilką (znanej później jako Maria Pawlikowska-Jasnorzewska), z którą rychło bierze ślub. Jak to jednak z pierwszymi miłościami bywa, uczucie Beaty będzie żywe do jej ostatnich dni.

Tymczasem, w wieku lat niespełna dwudziestu, ona również wychodzi za mąż – za Józefa Obertyńskiego, właściciela majątku i agronoma. Choć nie jest to może małżeństwo nieszczęśliwe, dość szybko okazuje się, że partnerzy chyba po prostu do siebie nie pasują. Po ośmiu latach, w roku 1926, dochodzi do separacji, oficjalnie z powodu stwierdzenia przez lekarza ginekologa, że Beata nie może mieć dzieci. Nieoficjalnie, jak pisze Piwkowska, poetka nie znajduje „w sobie wystarczających powodów, aby być żoną”, skoro nie może być matką; pragnie niezależności i wolności, których nie może mieć, będąc w związku z Józefem.

O tym, jak trudnym doświadczeniem musiała być dla Obertyńskiej urata marzeń o macierzyństwie, a jednocześnie o tym, jak starała się sobie z tym poradzić, świadczy jej powojenny, przejmujący wiersz „Do mego syna”:

Nie zginąłeś mi onej jesieni
aniś w tundrze w kopczyk płaski się zmienił,
ni w katyńskim nie było cię lasku. […]

Nie zaznałeś kaźni Oświęcimia,
swąd stolicy ócz ci nie zadymiał,
nigdy wróg ci żaden nie przewodził.

Jakże losy sprzyjały ci, synu!
Jakżeś mądry był – mądry nad podziw –
żeś być nie chciał! Żeś się nie urodził!

Najpierw jednak poetka starała się sobie poradzić ze stratą swoich marzeń o rodzinie, rzucając się w wir życia. Znowu wolna, przeżywająca drugą młodość, Beata wyrusza więc w kilkumiesięczną, samotną podróż do dalekiej Portugalii. Realizuje też swoje marzenie o aktorstwie – w wieku trzydziestu czterech lat, przed samym Aleksandrem Zelwerowiczem, zdaje eksternistycznie egzamin teatralny. To umożliwia jej granie w latach trzydziestych w lwowskich teatrach. Jak na artystkę słowa przystało, Obertyńska pisze również parę dramatów, podobno niezłych, choć koniec końców nigdy nie wystawionych.

W przedwojennej biografii poetki trudno doszukiwać się – poza utraconymi marzeniami o macierzyństwie i rozpadem małżeństwa – wydarzeń tragicznych czy granicznych, a sama Beata była podobno wesoła i obdarzona dużym poczuciem humoru. Mimo to jej wczesne utwory poetyckie naznaczone są pesymizmem i katastroficzną nutą. Zapewne należy to przypisać jej dużej wrażliwości na ludzi i otaczający ją świat – jak dużej, świadczy wiersz „Przezorność” z tomu „Głóg przydrożny”, wydanego w roku 1932, który dzisiaj możemy czytać jako proroczą zapowiedź takiej nieufności, jaka dopiero za jakiś czas miała naznaczyć stosunki międzyludzkie:

Niech cię męka niczyja ni grzeje, ni ziębi,
Miej w sobie obojętność zamgloną i pawią.
Ręce, co się po ratunek wyciągną z przerębli,
miń – i wiedz, że jedynie takie, których nie ma,
będą tymi, co na pewne ciebie nie zadławią…

Radzieckie limbo

Gdy rozpoczyna się druga wojna światowa, Obertyńska, jako członkini „klasy posiadającej”, przestaje czuć się we Lwowie bezpiecznie. Już w lipcu 1940 roku zostaje aresztowana. Przez cały okres uwięzienia nie przestaje tworzyć – pisze między innymi wiersz pod wymownym tytułem „Cela”:

Cela – to nie jak w bajce: cisza i błysk
wysokiego w kratach okienka.
Cela to upał, wrzask i ścisk,
brak wody i stęchły pęcak. […]

Po jakimś czasie spędzonym w zamknięciu, w różnych więzieniach, Obertyńska zostaje wysłana w daleką drogę, aż pod biegun północny, do Workuty. Tam zastaje nicość:

Tajga… Wilgocią obrzękły mech
i krzaki uklękłe w moczarze…
Nie wiem, za jaką karę i grzech
Bóg im tu rosnąć każe.

[…] Tajga… Jak w bagnie gnijący trup.
Głusza na wieki wieków.
Otchłań, gdzie zda się – nawet Bóg
Zapomniał o człowieku

[„Tajga” z tomu „Miód i piołun”, 1972]

W areszcie, a następnie w łagrze Loch-Workuta poetka przekonuje się na własnej skórze o największych okrucieństwach, jakie jeden człowiek jest w stanie zadać drugiemu człowiekowi. Doświadcza niezaspokajalnego głodu i pragnienia. Widzi śmierć niewinnych ludzi, w tym dzieci. Obserwuje, jak tortury łamią najsilniejszych. Nie wpada jednak w marazm i pozostaje sobą – artystką słowa. Nie tylko układa po cichu wiersze, ale i umila czas współwięźniarkom, opowiadając im głośno zmyślone historie.

Nie traci też umiejętności zachwycania się tym, co ją otacza – dostrzega piękno, przede wszystkim piękno przyrody, które za rogatkami obozu okazuje się, jeśli dobrze go poszukać, wszechobecne. Obertyńska pisze o wschodzie słońca nad Uralem i pełni księżyca rozświetlającej masyw górski. Jej utwory z okresu zesłania pozostają jednak w przeważającej mierze mroczne, pełne śmierci i złowróżbnych znaków.

Trzydzieści chudych lat

Obertyńska ma jednak trochę szczęścia. W roku 1942 zostaje amnestionowana i trafia do Armii Andersa. Później przejdzie z nią cały szlak bojowy. W pewnym momencie generał Anders oddelegowuje poetkę do spisania wspomnień z czasu niewoli. Swoje trudne doświadczenia związane z zesłaniem i historie wielu napotkanych po drodze osób poetka opisuje więc zaraz po osiedleniu w Palestynie, niemal na gorąco. Zebrane w książce „Z domu niewoli” zostają wydane już w roku 1946. Obertyńska staje się autorką jednej z pierwszych pozycji obrazujących okrucieństwa obozów sowieckich.

Jej tułaczka znajduje swój kres w Londynie, gdzie poetka będzie mieszkać do śmierci w maju 1980 roku. Nigdy nie wróci do komunistycznej Polski. Nie chce zobaczyć tego, co pozostało z jej ukochanych rodzinnych posiadłości, nawet pomimo tego, że mieszkająca z nią siostra Lela wraz ze swoim mężem regularnie odwiedzają rodzinne strony.

Jak żyje się poetce na emigracji? Pozornie nie ma na co narzekać. Przede wszystkim nie musi się zastanawiać, jak związać koniec z końcem – otrzymuje skromną angielską pensję kombatancką, a jednocześnie dorabia, publikując utwory artystyczne i publicystyczne w prasie emigracyjnej oraz pracując jako sekretarka w polskim instytucie wydawniczym Veritas. Ma więc kontakt z językiem i z osobami z polskiego kręgu literackiego. Pozostaje też płodna twórczo, a nawet, jak odnotowuje Piwkowska, cieszy się uznaniem środowiska emigracyjnego i występuje na spotkaniach autorskich. Właśnie w Londynie Obertyńska pisze udane opowiadania czy powieść gotycką „Skarb Eulenburga”, a przede wszystkim – najlepsze swoje wiersze, znacznie dojrzalsze formalnie od tych wcześniejszych, bardziej nowoczesne, pozbawione (miejscami nieznośnej) młodopolskiej nuty. Do nich należą między innymi mistyczne wiersze-modlitwy zebrane w tomie „Grudki kadzidła”, proste, a jednocześnie grające słowem jak ten pod tytułem „Jagodna”:

Podziwu godna, urodna,
łaską nabrzmiała i pieśnią,
Poziomko nad poziomki
i nad czereśnie Czereśnio –
Panno Jagodna,

[…] Patrz! Padła już na kolana
pogoda w kurz koleiny
i czeka na Twe miodne,
jagodne nawiedziny –
Panno Witana!

Szkopuł w tym, że Obertyńska nigdy nie poczuje się w Anglii jak u siebie, a doświadczenia „domu niewoli” pozostawią w niej na zawsze zadrę – lęk przed przywiązywaniem się, obawę przed nowym kataklizmem. Już nigdy nie wrócą jej śmiałość i wesołość, które charakteryzowały ją w latach młodości. Trudno nie uznać, że życie czterdziestoparoletniej Beaty Obertyńskiej – podobnie jak życiorysy wielu polskich artystów tworzących w tamtym czasie i zmuszonych do emigracji – zostało złamane. Owszem, Obertyńska pisała – ale jej utwory były publikowane i wydawane wyłącznie przez wydawnictwa emigracyjne, a ona sama konsekwentnie przestrzegała zakazu publikowania swoich utworów w Polsce (jedyny wyjątek zrobiła dla wspomnień swojej matki).

Pokoik na mansardzie

Jak w takiej sytuacji zostać zauważoną przez szersze grono polskojęzycznych czytelników? Jak poczuć się spełnioną artystką słowa? Jak zawojować świat, gdy ten, w którym żyliśmy, rozpadł się bezpowrotnie – gdy trzeba zapomnieć o skonfiskowanych dobrach rodzinnych i przyzwyczaić się do nowej, znacznie niższej stopy życia, a przede wszystkim: do życia w zupełnie innym kraju, w którym niemal wszyscy posługują się obcym językiem?

Obertyńska nie próbowała za wszelką cenę zrobić kariery literackiej. Rozbiła za to w mieszkaniu przy Clifton Gardens 38, jak żartowano w rodzinie, „namiot wezyra” – czyli przysposobiła do pracy niewielki pokoik na mansardzie, którego ściany ozdobiła kilimami, w którym krzesło zastąpiła kufrem z poduszką, a na prostokątnym karcianym stoliku ustawiła Karmelkę – ukochaną maszynę do pisania. Poetka zamykała się w nim i pisała, a potem starała się o publikacje w mniej lub bardziej znaczących pismach emigracyjnych. I tak dzień po dniu, przez trzydzieści długich lat. Lepsze dni minęły bezpowrotnie, jak w wymownym wierszu „Mój świat”:

[…] …Miód był słodki, miałam go do syta
i na wietrze jadłam go i w słońcu…

Chleb zgubiony z dziurawej kieszeni
łatwiej podnieść i odmuchać lepiej…
…Mój świat miodem upadł mi do ziemi
i już nigdy nie da się odlepić…

W życiu Obertyńskiej na wygnaniu jest coś z paradoksu. Choć z chwilą zesłania jej świat faktycznie się rozpadł i poetce nigdy nie udało się go odbudować, to właśnie na emigracji – najpierw w Palestynie, a potem w Londynie, w małym pokoiku na mansardzie – udało jej się stworzyć najlepsze dzieła.

Jak uczy historia, mało pisarzy czy poetów, którzy wyemigrowali, miało tyle szczęścia. Jeszcze mniej z nich zdobyło na obczyźnie sławę. Gdy dziś przegląda się archiwalne numery paryskiej „Kultury” albo londyńskich „Wiadomości”, niewiele nazwisk wydaje się znajomych. Spośród tych zapomnianych po latach najczęściej odświeża się pamięć o tych, którzy albo mają skandalizujące życiorysy, albo pilnie strzegących ich pamięci literackich spadkobierców. Albo, jak w przypadku Beaty Obertyńskiej, godny dorobek i tę odrobinę szczęścia, by ktoś – na przykład ktoś taki jak Anna Piwkowska – przypomniał światu o ich istnieniu.

 

Książki:

Beata Obertyńska, „Tarta Róża”, wybór i wstęp Anna Piwkowska, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2017.

Anna Piwkowska, „Piękno i piekło. Opowieść o Beacie Obertyńskiej”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2021.

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 677

(52/2021)
28 grudnia 2021

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj