Jedną z publicznie formułowanych recept na niekontrolowaną imigrację jest udzielenie mieszkańcom biednych i niespokojnych regionów takiej pomocy, aby zechcieli pozostać u siebie. To bałamuctwo. Imigracja wyludniła wiele państw europejskich, zwłaszcza bałkańskich, a nawet bałtyckich, od lat będących członkami Unii Europejskiej i mających poziom życia porównywalny z zachodnioeuropejskim, co nie powstrzymało ich mieszkańców przed wędrówką na Zachód. Rozmiary wsparcia dla o wiele bardziej zacofanych i biedniejszych społeczeństw bliskowschodnich czy afrykańskich, które zapewniłoby im warunki życia zbliżone do europejskich i zniechęciło do migracji, musiałyby być niewyobrażalne, a i tak nie gwarantowałyby, że nie zechcą oni szukać sobie miejsca w świecie dysponującym rozwiniętą i efektywnie funkcjonującą infrastrukturą we wszystkich obszarach życia zbiorowego i osobistego. Doświadczenie uczy, że tam osiągnięcie porównywalnych warunków życia jest niemożliwe.

Neokolonialne – czy po prostu logiczne myślenie?

Jedno z tych doświadczeń to właśnie fiasko niegdysiejszych interwencji w tamtych rejonach świata. Obalenie zbrodniczych tyranów i kleptokratycznych reżimów, mające otworzyć perspektywy rozwoju tamtejszym społeczeństwom, było głównym celem podjętych misji militarno-politycznych. Krytycy tych misji zarzucali ich inicjatorom i wykonawcom naiwność lub – co gorsza – myślenie neokolonialne. Naiwnością miało być zatem przekonanie, że da się tam zaprowadzić demokrację i wolnorynkowy kapitalizm. Jeśli ci ówcześni i obecni krytycy mieli rację, to naiwni są dzisiejsi autorzy i propagatorzy postulatu pomagania mieszkańcom tamtejszych obszarów i regionów w stwarzaniu przez nich systemów polityczno-ekonomicznych zapewniających wysoki komfort życia. Tego zrobić się nie da – Irakijczycy, Afgańczycy czy Syryjczycy nie potrafią tego dokonać. Pomoc kierowana do nich oraz innych tamtejszych i sąsiednich społeczeństw, niezależnie od jej wielkości, zostanie zmarnowana.

Zalecenie: „pomagajmy im na miejscu, aby zrezygnowali z przybywania do nas”, jest więc chybione.

Zarzut o neokolonializmie jest również autodestrukcyjny. Według niego, jankesi i ich europejscy pomagierzy chcieli narzucić na Bliskim Wschodzie systemy zgodne z własnymi wyobrażeniami o dobrym państwie i społeczeństwie, sprzeczne z lokalną kulturą i tradycją. Lecz skoro tak, to pozostawmy tych ludzi z ich kulturą i tradycją, ale niech nie przyjeżdżają do nas, zwłaszcza z tą kulturą i tradycją. Niech się swoją kulturą i tradycją napawają u siebie.

Chcieliśmy pomóc, a wyszło jak wyszło

Część z nich, podczas Arabskiej Wiosny, dała wyraz aspiracjom uwolnienia się od zbrodniczych reżimów. Pozostały one niespełnione, bo władzę, często z aprobatą większości obywateli, przejęli religijni fundamentaliści i talibowie, reprezentujący lokalną tradycję i kulturę. Tamtejsi mieszkańcy dostali od nas (Polacy brali w tym udział) szansę na spokojne i dostatnie życie. Zmarnowali ją. Dlaczego mielibyśmy ponieść koszty udzielenia kolejnej, niemal na pewno daremnej?