„Trudno przewidywać, a już przyszłość zwłaszcza”, zauważyć miał amerykański baseballista Yogi Berra. Toczące się nieustannie wojny historyków pokazują, że przeszłość też bywa trudna do przewidzenia, ale na progu nowego roku chcemy się jej jedynie pozbyć. Kłopot w tym, że nowe w nowym bywa często jedynie opakowanie, zawartość pozostaje ta sama. Zaś to, co w nowym naprawdę nowe, sprawić może, że zatęsknimy za starym.

Nowy rok, nowe złudzenia

Nie zawsze tak jest. Starsi czytelnicy pamiętają jeszcze entuzjazm, z jakim żegnaliśmy na początku lat dziewięćdziesiątych komunizm i zimną wojnę, a z rozpędu także i samą historię. Przyszłość miała odtąd należeć do demokracji, pokoju i sprawiedliwego ładu międzynarodowego.

Słowem, klęska marksizmu miała zapewnić realizację marzenia Marksa o przejściu od rządzenia ludźmi do administrowania rzeczami. Tyle że to kapitalizm, nie komunizm, miał ten triumf wolności zapewnić. To nowe wcielenie „lirycznego złudzenia” trwało zaledwie ćwierć wieku.

Powrót wojny zaczął się na Bałkanach, odwrót demokracji zwiastowała już klęska reform w Rosji, a sprawiedliwy ład zaczął się chwiać już po drugiej wojnie w Zatoce.

Uważaliśmy wówczas, że te niepowodzenia pokazują, że stary świat umiera dłużej, niż się spodziewaliśmy – a to właśnie rodził się świat nowy. Ten, w którym dziś żyjemy.

Ale nawet jeśli Huntington pokonał Fukuyamę – myśleliśmy – to nie w Europie. Unia Europejska wychodziła z historycznej zawieruchy poszerzona i wzmocniona. Nawet jeśli odrzucenie w referendach konstytucji europejskiej było klęską bardziej ambitnej wersji europejskiego projektu, to przyznana UE w kilka lat później pokojowa nagroda Nobla była zasłużona, wbrew zrozumiałym szyderstwom, które ja przywitały.

Największe osiągnięcie Unii wydawało się wówczas wprawdzie czymś oczywistym i banalnym, niezasługującym na szczególne uhonorowanie. Ale dziś fakt, że w jej granicach nie ma wojny, jawi się jako sukces. Alternatywę widzimy nie tylko w byłej Jugosławii i Ukrainie, ale w Gazie, Syrii, Jemenie, Etiopii czy Kongu. Pozostaje ona realną możliwością na lądowych granicach Pakistanu czy morskich granicach Chin.

Świat, który nie istnieje

Tyle że ów wyjątek od powracającej normy Europa zawdzięczała nie tylko samej sobie. Owszem, bez radykalnego wysiłku politycznego pojednanie niemiecko-francuskie czy o pokolenie późniejsza normalizacja niemiecko-polska nie byłyby możliwe. Podobnie jak bez stałego wzrostu gospodarczego jednoczenie się kontynentu nie miałoby poparcia większości jego mieszkańców. Ale bezpieczeństwo Europy gwarantowała potęga USA, która z kolei sprawiała najpierw, że sowiecka agresja nigdy się nie dokonała, a następnie rosyjska agresja była skrajnie mało prawdopodobna, tym bardziej że Rosja nie tyle chciała pokonać Zachód, co do niego dołączyć. Ten świat już nie istnieje.

To, że dziś rosyjska agresja jest realną groźbą, stanowi pewnik europejskiej polityki, tak jak pokolenie wcześniej pewnikiem było, że amerykańskie gwarancje bezpieczeństwa dla kontynentu są niewzruszone. Rzecz w tym, oczywiście, że zostały one przez administrację Trumpa wycofane.

Artykuł 5 traktatu o NATO ma moc tylko wtedy, gdy nie budzi wątpliwości. Nawet jeśli jakiś przyszły prezydent zechce potwierdzić jego ważność, będzie jasne, że i tak obowiązuje on jedynie o tyle, o ile.

A wówczas pokusa Rosji, by sprawdzić, na ile dokładnie, może stać się nieodparta – zwłaszcza że USA jednoznacznie oznajmiły, że postrzegają w UE nie sojusznika, a przeciwnika. Obalenie obecnego ładu politycznego w Unii Amerykanie uznali za jeden ze swych celów politycznych. Zaś wybierając Donalda Trumpa ponownie na prezydenta, udowodnili, że owa radykalna reorientacja polityki nie jest jedynie jakimś wypadkiem przy pracy, a rzeczywistą zmianą kursu.

Unia nie ma żadnego doświadczenia w wojnie

Unia Europejska staje więc, po raz pierwszy w swej historii, wobec rzeczywistego zagrożenia militarnego ze strony Rosji i to pozbawiona po raz pierwszy amerykańskiej ochrony.

Zagrożenie nie polega – jeszcze – na tym, by rosyjskie czołgi miały wjechać do Paryża, a choćby Warszawy, lecz na żądaniu, by Paryż i Warszawa nie wtrącały się w to, co te czołgi robią w Ukrainie.

Wycofanie amerykańskiego parasola zaś oznacza, że Warszawa ani Paryż nie mogą w sprawie tych czołgów liczyć automatycznie na pomoc Waszyngtonu. Oznacza to, że mogą liczyć jedynie na siebie nawzajem – ale rzecz w tym, że nie wiedzą, czy mogą. UE znakomicie się sprawdziła w zapobieganiu wojnie. W grożeniu wojną, a co dopiero w jej prowadzeniu, nie ma żadnego doświadczenia. Jeśli się okaże, że ten brak doświadczenia oznacza niezdolność działania, to Warszawa i Paryż będą bezradne wobec Moskwy. I wobec Waszyngtonu też.

Byłoby to bardzo groźne nawet w sytuacji, w której Europa przynajmniej gospodarczo byłaby mocarstwem. Można by wówczas liczyć na to, że potęga gospodarcza Unii wymusi respekt na jej rywalach, choćby dlatego, że nie bombarduje się tych, z którymi się robi interesy.

Na tym zdroworozsądkowym przekonaniu opierał swą tezę brytyjski polityk Norman Angell. W swej książce „Wielkie złudzenie” dowodził, że lęk przed wojną w Europie jest z tego powodu złudzeniem właśnie. To, że w cztery lata po jej publikacji wybuchła pierwsza wojna światowa, nie przeszkodził mu w prawdzie w odebraniu w 1933 roku pokojowej nagrody Nobla, ale trochę osłabiło siłę argumentu.

Europa w odwrocie – gospodarczo, politycznie i demograficznie

Ale gospodarki europejskie zwalniają, a Chiny, które w czasie unijnego lirycznego złudzenia miały być niewyczerpanym europejskim rynkiem zbytu, dziś jako rynek zbytu traktują Europę. Rzecz jasna, przewidywanie globalnych trendów ekonomicznych to szczególnie masochistyczny sposób ignorowania ostrzeżenia Yogiego Berry, a gospodarka chińska ma własne kłopoty. Ale scenariusz, w którym Unia dorówna ekonomicznie Chinom, wydaje się skrajnie mało prawdopodobny.

Zwłaszcza że Europejczycy się starzeją i będą wymierać, a już dziś dostają zadyszki. Tych długofalowych trendów nie odwróci namawianie Europejek, by rodziły więcej dzieci. Bez wzrostu liczby mieszkańców kontynentu nie będzie komu pracować, by wytwarzać jego gospodarczą potęgę – nie wspominając już o służbie w unijnych armiach, które miałyby powstrzymać Rosję. Zgoda, być może wszystkie te gałęzie przejmie robotyzacja i sztuczna inteligencja – przyszłość bywa w końcu też czasem radykalnie nowa – ale w tym też Chińczycy są lepsi. A skoro Europejczycy nie rodzą się dość licznie, trzeba ich importować. Imigracja, przy wszystkich jej realnych zagrożeniach, jest tu jedyną szansą Europy.

Słowem, Europa jest militarnie zagrożona przez Rosję, politycznie przez USA, gospodarczo przez Chiny, a demograficznie przez samą siebie. To poczwórne zagrożenie stawia nasz kontynent w obliczu ryzyka, z jakim nigdy dotąd nie musiał się mierzyć.

Unia zjednoczona albo nic nieznacząca

Na szczęście jest dość jasne, jakie działania należy podjąć, by tym zagrożeniom się przeciwstawić. Dalsza integracja i federalizacja Unii umożliwiłaby koordynację wysiłków obronnych i wystawienie wystarczających sił, by odstraszyć Rosję. Zarazem taka integracja sprawiłaby, że w konfrontacji politycznej z USA Bruksela nie byłaby na przegranej pozycji, a nawet miałaby szanse na wypracowanie lepszych warunków wymiany gospodarczej z Pekinem.

Zintegrowana Europa mogłaby także skoordynować swą aktywną politykę imigracyjną, by zmaksymalizować korzyści i rozpoznać zagrożenia oraz im przeciwdziałać. A także nauczyć się zmieniać tak, by niebezpieczeństwa, jakie sama swą wrogością wobec imigrantów generuje, minimalizować. W końcu większość imigrantów się integruje w Europie; trzeba uczynić ten proces łatwiejszym.

Tyle tylko, że taka federalizacja jest, jak się wydaje, ostatnią rzeczą, jakiej chciałaby większość Europejczyków. Dowodem na to imponujący wzrost popularności „eurosceptycznej” prawicy. W nadchodzącym roku czekają nas wybory w Niemczech, Francji i Hiszpanii – i wydaje się pewne, że prawicowi populiści je wygrają.

Nawet w Polsce, ze zrozumiałych powodów liderce euroentuzjazmu, za polexitem opowiada się już 25 procent elektoratu! Mimo różnic, wszyscy przeciwnicy integracji uważają, że z Rosją można się dogadać, z Amerykanami możemy grać jak równym z równym, na Chińczykach można zarobić, a imigrantów należy deportować, a nie zapraszać.

Prawicowy populizm prowadzi do katastrofy

Na krótką metę wszystkie te pomysły mogą nawet okazać się skuteczne. Zwłaszcza jeśli będą realizowane kosztem innych europejskich sąsiadów, którzy by się jeszcze nie zorientowali, gdzie teraz są konfitury. Na dłuższą prowadzą do katastrofy – i do zdemolowania tych właśnie unijnych mechanizmów i struktur, które mogłyby tej katastrofie zaradzić.

Przyszłość zawsze buduje się na przeszłości – ale od nas w pewnym stopniu zależy, jaką przeszłość wybierzemy. Możemy kontynuować tę budowę Europy, jaką rozpoczęto po drugiej wojnie światowej i w reakcji na nią. Ze świadomością, że za bezpieczeństwo i rozwój trzeba będzie zapłacić dalszym ograniczeniem suwerenności państw członkowskich Unii.

Możemy też zerwać z tym procesem i powrócić nie do Europy po drugiej wojnie, lecz przed nią. Ze świadomością, że za pełną suwerenność byłych państw członkowskich trzeba będzie zapłacić bezpieczeństwem i rozwojem. Nie tylko całej Unii, lecz każdego z państw europejskich z osobna.

No chyba że akurat naszemu państwu uda się zawrzeć z mocarstwami lepszy deal niż naszym sąsiadom. Ostatnim razem przecież wyszło wspaniale.