Z Tajwanu naprawdę bardzo blisko jest do wybrzeży Chińskiej Republiki Ludowej. Niektóre z niezamieszkałych wysepek, formalnie kontrolowanych przez Pekin, od wyspy dawniej znanej pod nazwą Formoza dzieli zaledwie 10–12 kilometrów.

Wielkie chińskie porty leżą już nieco dalej, choć odległości w granicach 150–200 kilometrów też trudno uznać za gigantyczne, niepokonywalne. To oczywiście geopolityczny trywializm – każdy, kto nawet pobieżnie interesuje się sprawami międzynarodowymi, wie, że Cieśnina Tajwańska to dla chińskich rakiet czy okrętów dosłownie żabi skok. Co bardziej wprawieni obserwatorzy znają te mapy i odległości na pamięć, tak samo jak niegdyś słynne 145 kilometrów dzielących Key West na Florydzie od wybrzeży kontrolowanej przez Fidela Castro Kuby.

Nie ma konfliktu między Tajwanem a Chinami

Rzeczą naturalną jest, że w rozmowach na temat systemu bezpieczeństwa w Azji, który wszak ma przełożenie na stabilność całego globu, analizuje się właśnie ten fragment mapy. Rzadziej jednak patrzy się w drugą stronę – na północny wschód od Tajwanu.

Bo o ile z Tajwanu do Chin naprawdę jest rzut kamieniem, to wcale nie trzeba się specjalnie napocić, żeby z tego samego miejsca ów kamień dorzucić także do Japonii.

110 kilometrów w najwęższym punkcie Morza Południowochińskiego to naprawdę niewiele, a do Okinawy, gdzie znajduje się jedna z największych koncentracji amerykańskich sił militarnych poza granicami USA, jest z wyspy tylko 500 kilometrów.

Jeśli tak postawić sprawę, wniosek nasuwa się sam – ewentualny konflikt wokół wyspy, bez względu na to, jaką przyjąłby naturę, w sposób naturalny i automatyczny wciągnąłby niczym wir wodny zarówno administracje w Tokio, jak i w Waszyngtonie.

Oczywiście planiści ekipy Trumpa, na czele z niepracującym już w Departamencie Stanu Michaelem Antonem czy zastępcą szefa tej instytucji Christopherem Landauem, mogą zaklinać rzeczywistość. I przekonywać amerykańską opinię publiczną, że z Pekinem da się dogadać. A Stany na ewentualnych ruchach Xi Jinpinga przeciwko Tajpej nie muszą stracić ani na nie reagować – tyle tylko, że z rzeczywistością ma to niewiele wspólnego.

W Japonii stacjonuje 55 tysięcy członków amerykańskiego personelu militarnego, rozlokowanego w 15 bazach. Jeśli dodać do tego również nieodległą Koreę Południową, ta liczba rośnie do ponad 70 tysięcy. Do tego dochodzą wspólne ćwiczenia wojskowe z marynarką wojenną Filipin i inne zmienne gospodarcze i technologiczne. Nie ma scenariusza, w którym ewentualny konflikt w Cieśninie Tajwańskiej rozgrywa się wyłącznie pomiędzy Pekinem a Tajpej.

Bez ograniczeń

Chińczycy zdają się to rozumieć, bo w ostatnich tygodniach dopuścili się absolutnie bezprecedensowej eskalacji dyplomatycznej. Opublikowane w mediach społecznościowych słowa konsula generalnego Chin w Osace, który de facto sugerował, że niepokojącej się o bezpieczeństwo własnego kraju premier Japonii Sanae Takaichi należy obciąć głowę, jeszcze kilka lat temu były niemożliwe do wyobrażenia.

Być może dyplomaci w skrytości swoich serc i umysłów hodowali takie emocje wobec politycznych adwersarzy – niemniej nie byli gotowi na publiczne ich werbalizowanie. Wprawdzie zanim ten nagły wybuch internetowej złości zwrócił uwagę komentatorów, wpis został usunięty. A obie strony próbowały incydent przemilczeć, żeby mimo wszystko dalej nie eskalować.

Trudno jednak nie uznawać go za papierek lakmusowy dyplomacji naszych czasów.

Czasów, w których światowe supermocarstwa, a nawet lokalne potęgi, mające zwyczajną przewagę nagiej siły militarnej nad sąsiadami, nie muszą się w niczym ograniczać.

Bo za prowokacje i groźby nic im faktycznie nie grozi.

Bez zasad

Jeśli bieżący kształt systemu międzynarodowego opisać jednym zdaniem, a raczej – za pomocą jednej cechy – można by stwierdzić, że cechuje go właśnie brak jakichkolwiek ograniczeń. A dokładniej – brak samoograniczeń, wynikający z przekonania o bezkarności.

W obliczu zniknięcia z mapy świata tak zwanego „dobrodusznego hegemona”, jakim od 1945 roku były Stany Zjednoczone – czyli mocarstwa, które narzucałoby sporej części globu nie tylko konkretną logikę postępowania politycznego czy porządek i architekturę bezpieczeństwa, ale także aspekty normatywne i komunikacyjne – następuje szybka i powszechna erozja samokontroli.

Nagle Donald Trump grożący aneksją terytoriów sojuszniczych Grenlandii, albo wręcz inwazją sąsiedzkiej Kanadzie, legitymizuje sposób uprawiania tej osobliwej profesji dyplomatycznej.

Późniejsze jego groźby kierowane pod adresem Wenezueli, że Amerykanie „odbiorą tam to, co im się należy, w tym ropę i terytorium”, nie brzmią już tak zaskakująco. Tak samo jako deklaracje niektórych członków izraelskiej koalicji rządzącej, którzy otwarcie mówią o egzekucjach zachodnich zwolenników sprawy palestyńskiej. Albo słowa Władimira Putina o gotowości do pełnoskalowej wojny z krajami Unii Europejskiej, okraszone inwektywami w rodzaju „świń” kierowanymi pod adresem przywódców krajów Wspólnoty.

Wydaje się, że w światowej dyplomacji wolno dzisiaj dosłownie wszystko.

Jest tak, jak kilkanaście miesięcy temu na łamach magazynu „The Atlantic” napisała Anne Applebaum – już po prostu „nie ma zasad”.

Trudno o lepszy dowód na potwierdzenie tej tezy niż to, co wydarzyło się nad ranem w sobotę polskiego czasu. Donald Trump, nie powiadomiwszy uprzednio Kongresu, nie wypowiedziawszy wojny Wenezueli, użył jednostki Delta Force, a więc oddziału amerykańskich sił zbrojnych, do porwania i wywiezienia z kraju Nicolasa Maduro, wenezuelskiego dyktatora. Chwilę potem sekretarz stanu Marco Rubio ogłosił, że Amerykanie „nie mają planów dalszego zaangażowania w Wenezueli”, co jednoznacznie pokazuje, że nie chodziło tu o upadek dyktatury i demokratyzację, tylko wyeliminowanie konkretnego człowieka. Co też Trump zrobił, pogardzając prawem międzynarodowym i tworząc niebezpieczne precedensy dla wszystkich innych przywódców na świecie.

Bez przewidywalności

Taki stan rzeczy niesie za sobą dwie natychmiastowe wręcz konsekwencje. Po pierwsze, jak w swojej książce „Westlessness” zauważył brytyjsko-indyjski dyplomata Samir Puri, coraz więcej krajów będzie szło traktem wytyczonym przez polityków takich jak Viktor Orbán czy Narendra Modi, uprawiając tak zwaną wieloosiową politykę zagraniczną.

W 2025 roku jednoznacznie zakończyły się czasy przewidywalności w stosunkach międzynarodowych.

W pewnym sensie, jak stwierdził ostatnio na łamach portalu „The Bulwark” Robert Kagan, amerykański dyplomata i analityk, wracamy do „zwykłych” relacji między państwami. Czyli takich, w których stolice nie mają stałych adwersarzy czy sojuszników, a jedynie konkretne interesy. „Jednego roku zwalczamy tych razem z tamtymi, w kolejnym roku role się odwracają” – tłumaczył Kagan w rozmowie z Billem Kristolem z „The Bulwark”. Tak właśnie działa chociażby Orbán, który od Chińczyków chce inwestycje, od Amerykanów – polityczny patronat, od Rosjan – tanią energię, a od Unii – trochę ideologicznego adwersarza konsolidującego jego własny elektorat, a trochę jednak zinstytucjonalizowaną gwarancję dostępu do wspólnego rynku. Raz premier Węgier przytuli się bardziej do Waszyngtonu, raz do Pekinu. Ograniczać się nie musi, bo stosunki międzynarodowe są dzisiaj jakby rodem z książek Zygmunta Baumana – całkowicie płynne.

Po drugie, brak samoograniczeń powoduje, że w strategicznej kalkulacji pojawia się prawie zawsze ryzyko wojny. I teraz też nie jest ono już niczym nietypowym. Wręcz przeciwnie – wchodzimy w erę, w której grożenie eskalacją militarną staje się wręcz podstawowym narzędziem wywierania wpływu jednych państw na drugie.

I nie ma się co spodziewać, że na arenie międzynarodowej pojawi się jakikolwiek aktor, narodowy lub ponadnarodowy, który wymachujące szabelką kraje chciałby za wszelką cenę powstrzymywać. Czasy interwencjonistycznych doktryn Blaira, Clintona czy słynne Responsibility to Protect autorstwa Kofiego Annana dziś wydają się czystą abstrakcją. Świat jest dzisiaj z jednej strony poszatkowany jak nigdy wcześniej, ale z drugiej – w niebezpieczny sposób zabetonowany.

Jennifer Lind z Uniwersytetu Stanforda pisała niedawno na łamach „Foreign Affairs”, że „świat jest tak naprawdę dwubiegunowy” – przy czym biegun chiński ma znacznie większą siłę przyciągania niż ten amerykański. Narodowa Strategia Bezpieczeństwa USA jednoznacznie pokazuje, że Waszyngton woli się z Pekinem ułożyć niż rywalizować. Potęgi zamiast gwarantować bezpieczeństwo, będą teraz grozić, a może nawet eksportować wojnę, pobierając potem haracz za jej zakończenie. Widać to już w Wenezueli, Nigerii, Sahelu – gdzie Amerykanie już uderzyli albo mogą zrobić to niebawem. Ale też w Cieśninie Tajwańskiej, gdzie Chińczycy coraz odważniej wypuszczają swoją marynarkę wojenną. Tak odważnie, że lada moment może się ona znaleźć u wybrzeży Japonii. I nikt nikogo nie będzie powstrzymywać. Witajcie w świecie bez ograniczeń.