Ach, cóż to był za pokaz siły i sprawności naszego amerykańskiego przyjaciela! Zdjęli komucha w dwie godziny, jak małoletniego harcerzyka z nocnej warty. Putin zzieleniał ze złości, bo oczywiście też by tak chciał, ale jest za krótki. I Chińczyki tak samo, chociaż podobno trzymają się mocno. A ciebie, Tusku, lojalnie uprzedzamy, że będziesz kolejnym pasażerem z workiem na głowie (he, he…).

Nadwiślańscy „trumpkarze” triumfują. Wręcz dostali na początek nowego roku pigułkę ekstazy. W samą porę, bo długo na nią czekali. Poprzednie miesiące były przecież takie frustrujące. Co rusz pojawiał się jakiś nowy kot, którego należało odwrócić ogonem. Jak nie czerwony dywan na Alasce, to przyjacielskie pogaduszki Witkoffa na Kremlu albo nowa strategia bezpieczeństwa. I tłumacz później tym wszystkim nieogarniętym ludziom, że deal Trumpa to coś zupełnie innego od resetu Obamy i Tuska… Zaiste, niewdzięczna bywa rola lokalnego piewcy geniuszu władcy Waszyngtonu.

Prawo międzynarodowe to szmata?

Spektakularne uprowadzenie wenezuelskiego dyktatora na szczęście rekompensuje tamte trudy. W pierwszej kolejności zachwycił oczywiście rozmach akcji, jej iście hollywoodzkie tempo. Polska prawica szczególnie sobie przecież ceni „sprawczość” i uwielbia opowiadać, jak to sama za swoich rządów „dowoziła tematy”. Zazwyczaj tak samo nic sobie nie robiąc z barier prawnych bądź instytucjonalnych, zgodnie z logiką „słychać wycie – znakomicie”. Jakże więc nie miałaby teraz podziwiać ekspresowego dowiezienia Maduro do gmachu nowojorskiego sądu? 

O granice jego jurysdykcji oczywiście pytać już nie należy, gdyż byłby to czystej wody imposybilizm. O normy prawa międzynarodowego tym bardziej, bo ogólnie rzecz biorąc, już nie ma czegoś takiego. „Prawo międzynarodowe to szmata, którą wciągają na maszt słabe narody” – obwieścił bez ogródek, a przy tym z nieukrywaną satysfakcją, Jerzy Kwaśniewski, głównie znany z prezesowania organizacji, której pełna nazwa to: Instytut na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris. Czyli po przełożeniu na polski – „ład prawny”.

Cóż, po takiej deklaracji wypadałoby jednak zastąpić „kulturę” – „naturą”, a prawo – bezprawiem. Byłoby uczciwiej i bez mydlenia oczu. No i przydałoby się jeszcze jakoś pogodzić ową afirmację politycznego darwinizmu z katolicyzmem, którego wartościom Ordo Iuris wiernie ponoć służy. Bo Kościół instytucjonalny przynajmniej od drugiego soboru watykańskiego konsekwentnie jednak wzywa do budowania globalnego ładu, który będzie oparty na prawie i moralności, a nie na sile. 

Rozwijali zresztą ten wątek wszyscy kolejni papieże. Nie wyłączając Jana Pawła II, który w gmachu ONZ stwierdził, iż „prawo międzynarodowe oparte na zasadzie suwerenności państw, ale również na poszanowaniu praw człowieka, stanowi niezbędny warunek pokoju”. Ale współczesna katolicka prawica najwyraźniej już nie podziela tamtych „szmatławych” idei, gdyż jedynym prawem, jakie uznaje, jest prawo silniejszego.

Od realizmu do jego braku

Ewolucja prawicy od chrześcijańskiego uniwersalizmu do nacjonalistycznego egoizmu oczywiście nie zaczęła się wczoraj. Trwa od co najmniej dwóch dekad, odbijając w sobie przemiany zachodzące w naszym życiu politycznym, otoczeniu międzynarodowym, również rozwoju technologii odpowiadających za masową komunikację.

Pierwsi prawicowi realiści mieli zresztą sporo racji, kiedy w trwającej jeszcze epoce „końca historii” próbowali wprowadzić do krajowego obiegu kategorie „interesu narodowego”, uwrażliwiając na słabo jeszcze u nas rozpoznaną kwestię zależności pomiędzy centrum i peryferiami. Kontrastowało to z dosyć naiwnym idealizmem ówczesnych liberalnych elit, często zbyt dosłownie przyjmujących fasadę wzniosłych słów, których nie brakowało przy okazji naszej akcesji do Unii Europejskiej. 

Ale taka już dziwna przypadłość polskiej prawicy po 1989 roku, że jej początkowo trzeźwe diagnozy z czasem ulegają nadmiernej radykalizacji, co z kolei kończy się ich polityczną bądź etyczną degradacją. Tak jakby prawa strona została u nas skażona syndromem rewolucyjnym, który nie pozwala jej osiąść na laurach i cieszyć się sukcesami, tylko skłania do ciągłego podnoszenia stawki.

Z realizmu zrodził się zatem początkowo skrywany jeszcze nacjonalizm, a potem doszedł jego jeszcze agresywniejszy krewniak, czyli otwarty już szowinizm.

I tak przez lata postępowała ewolucja prawicowego myślenia. W znacznej mierze ukształtowana w trakcie długich rządów PiS-u, ale też korygowana doświadczeniami globalnych wstrząsów, wielkich kryzysów, przychodzących z zewnątrz ideologicznych mód. Aż powstała z tego mikstura, w której po kolejnych dolewkach całkiem już roztopił się założycielski komponent politycznego realizmu.

Nieodzowność idealizmu

Skąd bowiem prezes Ordo Iuris i jemu podobni czerpać mogą dzisiaj satysfakcję z upadku prawa międzynarodowego? Jeśli istotnie stało się ono po ciosach wymierzonych przez Putina i Trumpa już tylko „szmatą dla słabych narodów”, to jakim narodem jest w takim razie Polska? 

Czy stała się już na tyle silna, żeby mogła ów pozór ze wzgardą odrzucić i dołączyć do koncertu mocarstw? Tylko z kim i wokół czego?

Słyszymy więc po prawej stronie, że na pewno nie powinien to być biegun europejski. Że niezastąpione pozostaje w tej roli NATO. Tak jakby ono zastygło raz na zawsze w niewzruszonej postaci. Tylko że Pakt Północnoatlantycki zawsze był przecież czymś więcej niż kolejnym w historii świata sojuszem opartym na wspólnych interesach, które z natury są zmienne. Jego wyjątkowość brała się z przekonania o wspólnocie niezmiennych wartości świata zachodniego pod przywództwem USA.

Owszem, zrodzony jeszcze w czasach Wilsona amerykański idealizm nieraz później służył jako fasada dla imperialistycznej polityki wielkiego mocarstwa. Jak choćby w drugiej wojnie irackiej, którą poprzedzały kłamstwa o broni masowego rażenia oraz towarzyszące im ideologiczne manipulacje. Demokratyczna hipokryzja zawsze była jednak niezbędna, żeby uspokoić przywiązaną do ideałów opinię publiczną w Ameryce i na całym Zachodzie. Do tego stopnia, że nawet cyniczny realista Henry Kissinger głosił posłannictwo swojego narodu jako globalnego eksportera wolności i demokracji, chociaż raczej w to nie wierzył. Miał jednak świadomość, że to najważniejsze ze źródeł legitymizacji potęgi amerykańskiej.

I z wiary w to posłannictwo brał się również szczególny stosunek Polaków do Stanów Zjednoczonych.

Bo przecież nie chodziło nigdy o wspólne interesy, których w czasach komunizmu przeważnie nie mieliśmy, tylko właśnie o wolność i demokrację. Aż przyszedł Trump i wyrzucił cały ten idealistyczny bagaż na śmietnik. 

Od tej pory znów mają się liczyć jedynie interesy, a cel uświęca środki. I nawet można sobie pozwolić na to, żeby publicznie przyznać, że w całej tej wenezuelskiej hecy po prostu chodziło o ropę. 

Jaki mamy deal?

Skąd zatem wiara naszych „trumpkarzy” w siłę natowskich gwarancji, skoro stopniowo tracą one pokrycie w aksjologicznej wspólnocie Zachodu? Czyżby uznali, że na ideologicznym pokrewieństwie prawicy trumpistowskiej z pisowsko-konfederacką uda się zbudować równie silną więź? 

Jeśli tak, to niestety czeka ich zawód, bo nacjonalizmy mają to do siebie, że lubią się wzajemnie inspirować, ale ostatecznie zawsze skupiają się na zaspokajaniu własnych potrzeb. I nie trzeba zapewne tłumaczyć, w jakiej kolejności dziobania.

Wypadałoby więc w tej sytuacji zapytać: jakież to trwałe interesy mogą nas łączyć z Ameryką Trumpa? Oczywiście poza ideologiczną potrzebą zniszczenia „lewackiej” Unii, co trudno uznać za cel pozytywny. 

Inaczej mówiąc, czy na dłuższą metę jesteśmy w stanie zaoferować Trumpowi deal na tyle korzystny, żeby przebić ewentualną ofertę Putina? Ale takich pytań niestety po prawej stronie prawe nikt nie zadaje.

Być może przezornie, z braku satysfakcjonujących odpowiedzi. Albo z obawy, żeby nie drażnić sojusznika, którego samemu nie jest się do końca pewnym. Żeby nie musieć rewidować dotychczasowych kierunków własnej polityki, szczególnie postępującego antyeuropejskiego obłędu. Albo tak po prostu, bo we współczesnej polityce już nie chodzi o żadne głębsze sensy, tylko stała się ona pustym spektaklem codziennej przemocy, zadawania przeciwnikowi bólu. 

Tak czy owak efekt jest dosyć paradoksalny. Za utrzymaną w duchu brutalnego realizmu ogólną diagnozą współczesnego świata jako stref wpływów powinna przecież pójść adekwatna konkluzja na temat tego, jak mielibyśmy się w takim świecie odnaleźć. Tymczasem jest ona najczęściej baśniowa, głęboko życzeniowa i trochę niedopowiedziana, do szpiku przy tym ideologiczna, a jeszcze często oparta na złudzeniach „Polski mocarstwowej”.

I taka dwuznaczność trwa niestety w najlepsze, a wręcz wydaje się niewzruszona i odporna na geopolityczne zawirowania. Fatalnie wpływając na polską politykę zagraniczną w jej obecnym dualizmie, ale też ogólną świadomość Polaków, ich rozeznanie sytuacji i miarodajne oceny naszego bezpieczeństwa. Wypadałoby więc w Nowym Roku życzyć krajowym miłośnikom Trumpa realizmu trochę bardziej integralnego niż do tej pory. Bo na razie dali mu się porwać równie łatwo, jak Maduro.