W lutym 1985 roku zamieściłem w podziemnym piśmie „KOS”, którego byłem redaktorem, artykuł zatytułowany „W Grenadzie zaraza”. Przenosząc w inny kontekst słowa mickiewiczowskiego wiersza, skrytykowałem w nim dokonaną dwa miesiące wcześniej amerykańską inwazję na karaibską wyspę Grenada. Postawiłem tezę, że to jaskrawe pogwałcenie prawa międzynarodowego retroaktywnie legitymizuje sowiecką inwazję na Czechosłowację w 1968 roku: mocarstwa po prostu robią, co chcą, w swojej bliskiej zagranicy.
Artykuł wzbudził burzę: niektórzy drukarze pisma odmówili druku „komunistycznej propagandy”, a niektórzy kolporterzy jej rozpowszechniania. Reakcje w innych gazetach podziemnych były także bez wyjątku krytyczne.
Agresja to agresja
Z perspektywy czasu moi krytycy mieli sporo racji. Przywołany przez prezydenta Ronalda Reagana argument o konieczności ratowania Amerykanów studiujących na Grenadzie nie był bezpodstawny. Wyspa ogarnięta była wówczas falą krwawych represji po tym, jak sprawcę marksistowskiego zamachu stanu obalili jeszcze bardziej radykalni jego koledzy. Także obawy USA, że z nowo budowanego lotniska o długim pasie startowym mogłyby w przyszłości korzystać sowieckie samoloty wojskowe nie były bezpodstawne.
Wreszcie do interwencji wojskowej wezwał „przyjazne mocarstwa” gubernator generalny należącej do Commonwealthu wyspy. Jej mieszkańcy, natomiast, jak się okazało po fakcie, entuzjastycznie ją poparli i demokracja została na Grenadzie przywrócona.
Wreszcie – lepszą analogią niż inwazja państw Układu Warszawskiego na Czechosłowację byłaby o jedenaście lat późniejsza sowiecka inwazja w Afganistanie, przeprowadzona już bez figowego listka „wielostronności”. Nie zmienia to w niczym faktu, że podstawowa analogia pozostaje w mocy: agresja stanowi zasadnicze naruszenie prawa międzynarodowego, nawet jeśli agresor może się powołać na okoliczności mające ją usprawiedliwić.
Strefy siły
W ponad czterdzieści lat później, po agresji na Wenezuelę Ameryka nawet nie usiłuje powołać się na takie usprawiedliwienia. Choć prezydent Nicolas Maduro niewątpliwie rządził krwawo i bezprawnie, mimo że wybory prezydenckie przekonująco wygrał kandydat opozycji, to nie ma w kraju żadnych Amerykanów, których pilnie należałoby ratować. Groźby Władimira Putina, że rozmieści w Wenezueli rosyjskie rakiety balistyczne, pozostały na papierze.
Główny zarzut Donalda Trumpa, że uprowadzony Maduro był „narkoterrorystą”, zapewne jest uzasadniony – ale znakomita większość narkotyków dociera do USA z Meksyku i Kolumbii, a Trump właśnie ułaskawił byłego prezydenta Hondurasu, skazanego w USA na 45 lat za przemyt 400 ton kokainy.
Wreszcie prezydent USA wcale nie zamierza pomóc w przywróceniu w Wenezueli demokracji, choć prześladowana i odważna przywódczyni opozycji, Maria Corina Machado, otrzymała właśnie pokojową nagrodę Nobla. Ale Trump, najwyraźniej rozżalony, że to nie on Nobla otrzymał, stwierdził, że Machado „nie ma w kraju poparcia i szacunku”. Nie pomogło, że swą nagrodę laureatka dedykowała właśnie jemu. Waszyngton zamierza pozostawić u władzy dotychczasowy reżim, „o ile będą robić to, co chcemy”. A chcemy – jak powiedział prezydent USA – wenezuelskiej ropy. I tyle. Doktryna Monroe – przemianowana przez Trumpa na „Donroe” – obowiązuje: na Zachodniej Półkuli USA mogą robić to, co uznają za słuszne. Bo mogą.
Na tej samej jednak zasadzie Rosja może robić, co chce, w swej bliskiej zagranicy, Chiny – w swojej. Jak słusznie zauważył Dmitrij Miedwiediew, „USA już nie będą mogły krytykować naszego kraju”. Jedynym ograniczeniem będzie odtąd nie prawo, lecz realna zdolność do działania, czyli posiadanie koniecznych sił i środków, by przełamać opór tych, którzy mają na temat słuszności tych działań inne zdanie.
Kłopot w tym, że nie wiadomo, jak szeroko na mapie zakreśli Trump amerykańską sferę interesów. Wielokrotnie dawał do zrozumienia, że Ukraina w niej już nie leży, ale Izrael tak, co do Tajwanu zaś obowiązuje zasada strategicznej niejasności. Ale mapy – i układy sił – zmieniają się w zależności od okoliczności.
Dlatego od map lepsze było prawo, bo ono od zasad, a nie okoliczności zależy. A przynajmniej powinno.
Trump jest prawem
Inwazja na Wenezuelę, podobnie zresztą jak inwazja na Grenadę, były bezprawne także w świetle amerykańskiego prawa krajowego, które nie pozwala prezydentowi rozpętać wojny bez zgody Kongresu. Użyty w obu wypadkach, a także podczas inwazji Panamy w 1989 roku, kontrargument, że to było tylko na chwilkę, jest radykalnie niepoważny. To tak, jakby uzasadniać, że można zawiesić zakaz morderstwa na chwilkę potrzebną dla oddania strzału.
Dlatego też prezydent George W. Bush zadbał, by przed inwazją na Irak uzyskać zgodę Kongresu; i nawet zabiegał, bezskutecznie, o zgodę ONZ. To, że w kwestii Wenezueli Trump uznał, że może się obyć bez takich zgód, nie oznacza, jak piszą niektórzy komentatorzy, że jego zdaniem prawo nie obowiązuje. On uważa jedynie, że prawo nie obowiązuje jego. Konsekwencje tego stanowiska ponoszą jednak wszyscy, bo bezprawie zachęca do bezprawia.
Dlatego też niezbędne jest, by prawa bronić. Bezprawne działania USA wobec Wenezueli, począwszy od ataków na domniemane łodzie „narkoterrorystów” na wodach międzynarodowych, winny być zaskarżone przed międzynarodowymi trybunałami.
Trudno jednak wyobrazić sobie dziś jakieś państwo tak odważne – by nie powiedzieć lekkomyślne – by zaskarżyło USA przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości. To, że USA nie uznają Międzynarodowego Trybunału Karnego, nie byłoby przeszkodą dla oskarżenia Donalda Trumpa przez prokuratora tego Trybunału, bowiem Wenezuela Trybunał uznaje.
MTK wszczął był nawet postępowanie przeciwko przywódcom tego kraju z oskarżenia o popełnianie zbrodni przeciw ludzkości poprzez mordowanie przeciwników politycznych – ale je zawiesił po zapewnieniach wenezuelskiej prokuratury, że sama się tym dogłębnie zajmie.
Ale MTK, wbrew własnemu statutowi, nie zaproponował nawet prokuraturze izraelskiej podobnej możliwości w związku z oskarżeniami o zbrodnie wojenne przeciwko premierowi i ministrowi obrony. To podważa proceduralną, choć niestety nie merytoryczną, zasadność tych oskarżeń, i osłabia wiarygodność Trybunału – jednak z kolei w niczym nie usprawiedliwia wściekłej kampanii represji, jaką USA toczą przeciwko MTK i jego funkcjonariuszom.
Ale nawet gdyby prokurator Trybunału wszczął śledztwo przeciwko Donaldowi Trumpowi o zbrodnie wojenne i przeciw ludzkości w związku z Wenezuelą, zostałoby ono z całą pewnością zablokowane przez USA w Radzie Bezpieczeństwa. Pozostaje więc jedynie nadzieja, że Trumpa mógłby postawić w stan oskarżenia amerykański Kongres – o ile dostanie do tego mandat od amerykańskich wyborców w tegorocznych wyborach uzupełniających. Miażdżące zwycięstwo demokratów byłoby takim mandatem – ale na to się raczej nie zanosi.
Zupełnym zaś złudzeniem byłoby oczekiwanie, że ewentualne ukaranie Trumpa przez Kongres odstraszyłoby Putina czy Xi przed pójściem w jego ślady.
Optymistyczna diagnoza premiera Donalda Tuska, że żyjemy w czasach przedwojennych, właśnie się nie potwierdziła. Żyjemy bowiem w czasach wojennych; pozostaje jedynie się modlić o to, by się nie okazało, że żyjemy także w wojennych miejscach.