Kiedy młody historyk przyjeżdża do Polski z zagranicy, by zbadać jakąś tematykę, pierwsze, co musi zrobić, to rozpoznać środowisko. Nie ma sensu od razu zaszywać się w archiwach, trzeba najpierw rozmawiać. Z daleka nie łatwo zorientować się w tym, kto co pisze lub jakie materiały archiwalne będą użyteczne. Nie trafisz na źródła przez jakiś skorowidz w internecie, trzeba szukać znajomości.

Chodzi się więc na seminaria i na prezentacje książek, z nadzieją, że pomału pozna się autorytety, że okażą one życzliwość i chęć podzielania się wiedzą. Na szczęście w polskim środowisku historyków jest wielu profesorów, autorów niezliczonych książek, którzy są bardzo otwarci. A wśród nich przez wiele lat wyróżniał się Andrzej Paczkowski.

Poszukiwacz złota

Poznałem Andrzeja Paczkowskiego wiosną 1994 roku w Moskwie, na konferencji o początkach reżimów komunistycznych w Europie Wschodniej. Ale bliżej poznaliśmy się w dawnym archiwum Ministerstwa Spraw Wewnętrznych przy ulicy Rakowieckiej w Warszawie, w czasie, kiedy nie było tam żadnej czytelni, a Ministerstwo oferowało bardzo skąpą informację o tym, co można znaleźć w jego zasobach. Dość szybko się okazało, że bez porad Pana Andrzeja nie dałbym rady czegokolwiek wydobyć.

Pierwsza połowa lat dziewięćdziesiątych była w Polsce czasem gorączki złota. Szukano skarbów i sensacji, by opowiedzieć historię PRL-u od nowa. A Andrzej, jak mało kto w Polsce, potrafił przeszukać archiwalia, więc był w swoim żywiole. Nasze ówczesne rozmowy zainicjowały znajomość, która przekształciła się w przyjaźń. Jestem za nią bardzo wdzięczny.

Wspomnienia, które tydzień temu rozlały się w mediach społecznościowych po wiadomości o śmierci Andrzeja, były niezwykle ciepłe. Obok wyrazów uznania dla Jego dorobku naukowego oraz działalności w „Solidarności” przed i po 13 grudnia często padało też słowo „koleżeński”. Doprawdy trudno znaleźć określenie, które by lepiej charakteryzowało Andrzeja. Myślę, że ta cecha była kluczem do wszystkiego, co zrobił.

Po prostu przyciągał ludzi do siebie, by konkretnie z nimi działać.

W każdej nowo poznanej osobie widział ciekawego człowieka, z którym można rozmawiać o historii, poszukiwać źródeł w archiwach lub współtworzyć archiwum. Organizować wyprawę w góry.

Skromny historyk najwyższej klasy

Szperając we własnym archiwum, znalazłem korespondencję wokół amerykańskiego wydania „Pół wieku dziejów Polski 1939–1989” Andrzeja Paczkowskiego (doradzałem wówczas wydawnictwu i sporządziłem bibliografię jako aneks do tłumaczonego tekstu). Otóż niemal całe środowisko amerykańskich polonistów-politologów i historyków dyskutowało o angielskim tytule książki i innych decyzjach wydawcy. To na pewno był znak naszego szacunku, ale i przyjaźni wobec historyka jeszcze wtedy słabo znanego w USA.

Teraz, gdy przeglądam jego książki, z których najwięcej skorzystałem – „Stanisław Mikołajczyk, czyli klęska realisty (zarys biografii politycznej)”, „Wojna polsko-jaruzelska. Stan wojenny w Polsce 13 XII 1981 – 11 VII 1983”, oraz „Trzy twarze Józefa Światły. Przyczynek do historii komunizmu w Polsce” – to widzę przede wszystkim otwartość Andrzeja. Pokazuje czytelnikom, co znalazł i jakie konkluzje wyciąga z tych materiałów. Zaprasza do poznawania razem z nim i zwraca uwagę na punkty sporne.

Dobrze ilustruje to kilka zdań ze wstępu do „Wojny polsko-jaruzelskiej”: „Jestem w «wieku lustracyjnym» i to na tyle zaawansowanym, że byłem świadkiem wydarzeń, które tu opisuję. Mało tego – nawet w nich uczestniczyłem, choć działałem na dalszym planie”. A imponującą listę swoich działań skwituje: „Jednym słowem coś tam «knułem» […] Przede wszystkim jednak czuję nadal silną więź emocjonalną z tym, co się wtedy działo, i z ludźmi, z którymi się spotykałem […] Znam mniej więcej standardy, które obowiązują historyka, ale nie ukrywam, że wobec tak osobistego stosunku do przedmiotu badań stosowanie się do nich nie jest łatwe”.

To nader skromne wyznanie historyka najwyższej klasy, który otwarcie mówi swoim czytelnikom: „tak, nie mogę podchodzić do tematu bez osobistych emocji, ale jestem świadom granic każdego źródła, a tym bardziej wtedy, kiedy tym źródłem jestem ja”.

Sądzę, że każdy czytelnik – czy to akademik, czy ten, kto trafił na jego tytuły w dworcowej księgarni – czuł zaufanie wobec tego, co Andrzej Paczkowski napisał.

Ponieważ pisał szczerze o swoim warsztacie i swojej osobie.

Gdy odchodzi historyk, zostawia po sobie swoje książki i artykuły, które zaleca się studentom i doktorantom do czytania. Niektórzy zostawiają coś więcej, czyli krąg kolegów i przyjaciół, którzy korzystali z tego, że hojnie i twórczo użyczał swojego czasu i wiedzy innym. Andrzej Paczkowski był wyjątkowo koleżeński.

Będzie mi brakowało jego ochrypłego, ciepłego głosu, który brzmi mi w uszach, kiedy wracam do jego znakomitych tekstów. Nie sposób wyobrazić historię PRL-u bez jego wkładu.