Teheran, 29 grudnia 2025

Nie ma żadnych działaczy humanitarnych.

Żadnej organizacji międzynarodowej.

Żadnej prasy.

Żyjemy pod uciskiem reżimu, izolowani przez Republikę Islamską (która nie reprezentuje Iranu) i pod sankcjami Zachodu.

To samotna walka. Walczymy sami.

Żadna Greta Thunberg nie żegluje do wybrzeży Iranu z pomocą humanitarną.

Jest zima. Żegluga nie jest ani seksy, ani radosna.

Nie ma mediów, które publikowałyby, do przesytu, te obrazy.

Toczymy tę walkę bez niczyjej pomocy.

Śmiało, ukochani Irańczycy.

Mamy siebie nawzajem.

Pierdolić mułłów.

Pierdolić Hamas.

Pierdolić wybiórcze organizacje humanitarne i ich podwójne standardy.


Ten list, który przełożyłem z angielskiego, irańska studentka wysłała 31 grudnia do swojej zagranicznej profesorki; ona zaś podzieliła się nim ze mną. Ze względu na bezpieczeństwo autorki nie mogę oczywiście ujawnić jej personaliów ani personaliów adresatki: niewielu irańskich studentów nadal ma zagranicznych profesorów. Nie wiemy też, jakie były jej dalsze losy. Władze irańskie potwierdziły śmierć 2 000 ludzi podczas tłumienia protestów; źródła emigracyjne mówią nawet o 12 000 ofiar. Tego szacunku nie sposób jednak potwierdzić.

Trudno się dziwić rozgoryczeniu irańskich studentów. Po dwóch tygodniach najpoważniejszych od 2022 roku protestów zginęło kilka tysięcy osób, aresztowano ponad 10 000. Lecz dopiero w miniony weekend doszło w Europie, Kanadzie i Stanach Zjednoczonych do pierwszych znaczących demonstracji solidarnościowych.

W Paryżu, Berlinie, Londynie, Stambule i Los Angeles na ulice wyszło łącznie może 10 000 ludzi, w większości członków irańskiej diaspory. Rządy europejskie potępiły przemoc irańskich władz, a prezydent USA Donald Trump zagroził im wręcz akcją zbrojną. Tymczasem turecki prezydent Recep Tayyip Erdoğan napiętnował „wspieranych z zagranicy wichrzycieli”.

W porównaniu z demonstracjami solidarności z Gazą istotnie może się wydawać, że obecna liczba protestujących jest niewielka. Tam na ulice wychodziły czasem setki tysięcy ludzi i protesty te były poparte zmasowanym potępieniem władz Izraela przez niemal wszystkie instancje międzynarodowe.

Podwójne standardy

Ale z perspektywy choćby Etiopii demonstracje solidarności z Iranem z tego weekendu to niedościgniony sukces. Wojna domowa w Tigraju zabiła w ciągu 2 lat 600 000 ludzi, nie budząc znaczącego protestu czy choćby zainteresowania poza granicami kraju. Podwójne standardy, o których piszą irańscy studenci w swym liście, są oczywiście faktem. Nie są jednak wymierzone tylko w nich, lecz w niemal wszystkich.

Nawet wojna w Ukrainie nie budzi już masowej solidarności europejskiej ulicy. Tymczasem uznanie przez Izrael nieuznawanego przez społeczność międzynarodową Somalilandu sprawia, że zbiera się Rada Bezpieczeństwa ONZ.

Nie chodzi więc raczej o to, kto cierpi i ile jest ofiar, ale o to, kogo można za to cierpienie potępić.

W etiopskiej wojnie domowej ani Izrael, ani USA nie popierały żadnej ze stron konfliktu. Pozostał on więc nieinteresujący i na scenie publicznej nieobecny. Nieszczęściem Irańczyków walczących z okrutnym, skorumpowanym i niewydolnym reżimem islamskim jest to, że od swych początków uznał on za wrogów USA i Izrael. W propagandzie ajatollahów nazwano ich odpowiednio Wielkim i Małym Szatanem.

Zjednoczeni wobec wrogów

Wrogość ta była zrozumiała – oba państwa popierały obalonego w 1978 roku przez ajatollahów szacha. Nie przeszkodziło to początkowo władzom Republiki Islamskiej zawierać z oboma Szatanami taktycznych sojuszy przeciwko wspólnemu wrogowi – irackiemu dyktatorowi Saddamowi Husseinowi. Z biegiem lat pokonanie Wielkiego Szatana oraz wymazanie Małego z powierzchni ziemi stały się najważniejszymi celami polityki irańskiej.

Tym samym Teheran stał się cennym sojusznikiem wszystkich tych, którzy te cele podzielają. Sojusznicy gotowi byli puścić w niepamięć te działania reżimu ajatollahów, które w innych okolicznościach budziłyby ich oburzenie.

Skrytobójcze zamordowanie tysięcy przeciwników politycznych, masowe stosowanie kary śmierci (tylko w ubiegłym roku dokonano według szacunków emigracji co najmniej 1 500 egzekucji), bezwzględne prześladowanie kobiet czy osób LGBT, mniejszości narodowych i religijnych – to codzienność irańskiego reżimu. Władze w Teheranie mają też na koncie organizowanie zbrodniczych ataków terrorystycznych, od Argentyny po Liban, czy wspieranie przez lata morderczej dyktatury Assada.

Wszystko to niewiele jednak znaczyło w obliczu antyizraelskiej i antyamerykańskiej solidarności. A gdy trwająca od dziesięcioleci zimna wojna z Izraelem stała się gorąca, potępienie Iranu zaczęło uchodzić za akt zdrady. Nawet jeżeli dopuszczają się go sami Irańczycy, nie mają co liczyć na solidarność.

Pozbawieni solidarności

Polacy, którzy pod koniec lat 40. XX wieku śpiewali „Truman, Truman, spuść ta bania / bo jest nie do wytrzymania”, nie mogli oczekiwać zrozumienia ze strony zachodniej lewicy, zasadnie przerażonej perspektywą wojny atomowej. Jeszcze podziemna „Solidarność” płaciła polityczną cenę za odium poparcia ze strony istotnie reakcyjnego prezydenta USA Ronalda Reagana, o poparciu ze strony papieża już nie wspominając.

Jeżeli bowiem uznaje się jeden ośrodek polityczny za źródło wszelkiego zła świata, to tym samym wszystko, co mu się przeciwstawia, jest automatycznie uznawane za dobre, a przynajmniej akceptowalne.

Teheran istotnie przeciwstawia się Izraelowi i dąży do jego zniszczenia, co wprost deklaruje. Izrael zaś istotnie uznawany jest za wcielenie zła – tak uważają z pewnością niektórzy uczestnicy marszów solidarności z Gazą, nieobecni natomiast na marszach w obronie Irańczyków. Gdyby było inaczej – mogliby powiedzieć – to dlaczego 1/4 wszystkich rezolucji potępiających, przyjętych przez ONZ, wymierzona jest w to właśnie państwo? I dlaczego tylko Izrael (a także, ku powszechnej zresztą obojętności, Mjanmę) oskarża się o ludobójstwo? Dodadzą również, że amerykański patron Jerozolimy zawdzięcza głównie swemu wetu w Radzie Bezpieczeństwa to, że nie spotyka go takie samo potępienie.

Potępienie jednak może być jedynie dowodem potępienia, a nie domniemanego wyjątkowego zła, mającego być jego przyczyną. To zaś umyka uwadze. Tym bardziej że zarówno Izrael, jak i USA swoją część zła przecież popełniły. Nie czyni to jednak irańskiego reżimu, który z nimi walczy, w czymkolwiek lepszym – ale pozbawia tych, którzy z nim walczą, solidarności, na którą mieli prawo liczyć.

Samospełniająca się przepowiednia

Nie dzieje się tak po raz pierwszy. W latach 30. demokracje odmówiły poparcia Republice Hiszpańskiej. Jej faszystowscy wrogowie walczyli też z budzącymi przerażenie komunistami. W minionej dekadzie powiązania opozycji syryjskiej z islamistami sprawiły, że za granicą niemal jedynie inni islamiści, od Turcji po Katar, udzielili jej poparcia.

W Hiszpanii na pół wieku zapanował faszyzm. W Syrii reżim Assada zastąpili islamiści. Nie jest jasne, jaka – oprócz nienawiści do reżimu ajatollahów – jest orientacja polityczna protestujących Irańczyków. Ale za granicą mogą liczyć jedynie na 2 skrajne i wspierane przez USA ugrupowania.

Z jednej strony to uprawiający terroryzm i kult jednostki Mudżahedini Ludowi, skompromitowani w kraju poparciem dla Saddama Husseina podczas wojny iracko-irańskiej. Z drugiej – perscy nacjonaliści skupieni wokół syna szacha, księcia Rezy Pahlawiego, który publikuje kolejne odezwy do protestujących w mediach społecznościowych. Trudno sobie jednak wyobrazić, by zaakceptowały ich irańskie mniejszości, a zwłaszcza prześladowani za czasów szacha Azerowie i Kurdowie.

To nie są korzystne warunki dla zwolenników budowania demokracji w Iranie. Brak zainteresowania, z jakim zachodnia lewica traktuje ich walkę, obnaża jej moralne sprzeczności, ale także może przyczynić się do tego, że jedna dyktatura zostanie zastąpiona kolejną. Byłby to znakomity przykład całkowicie przewidywalnej samospełniającej się przepowiedni.