Nie ukrywam, że lubię przychodzić do tej indyjskiej restauracji. Migocące, kolorowe światła już z daleka informują, iż jest to „indyjska przestrzeń”. Co to tak naprawdę oznacza, w kontekście lokalu położonego w centrum warszawskiego Ursynowa? Otóż restauracja ta jest miejscem, w którym można nie tylko smakować indyjską kuchnię, ale też spotkać się z mieszkającymi w Polsce Indusami. To taki swoisty klub indyjski, który ożywa przede wszystkim w piątki i soboty, gdy odbywają się tu imprezy kulturalne, spotkania, wykłady, ale także dyskoteki i koncerty. A wszystko w malowniczym otoczeniu indyjskich tkanin, nastrojowych lampek i kolorowych figurek słoni.
Najlepszy paneer w Polsce
Himanshu Patel, współwłaściciel tego miejsca, już wie, że najchętniej zamawiam w jego restauracji dwie albo trzy potrawy z urozmaiconego menu. Dobrą polszczyzną, ale ze specyficznym akcentem charakterystycznym dla Indusów, pyta: „Dzisiaj chili paneer czy coś z południowych Indii? Masala dosa, a może iddli?”. Najczęściej wybieram chili paneer, czyli tradycyjny indyjski ser podawany z ostrym sosem chili. Jem tę potrawę u Himanshu z ogromnym smakiem. Nie trafiłem na lepsze jej wydanie w żadnej innej indyjskiej restauracji w Polsce.
Jedząc go, zdradzam co prawda moje przywiązanie do potraw z południa Indii, choćby do masali dosy. Tych cienkich i chrupiących placków wypełnionych nadzieniem z doskonale przyprawionego purée ziemniaczanego z dodatkiem sosów z mleka kokosowego, chili i pikantnego warzywnego bulionu. Albo do delikatnych placuszków ryżowych o nazwie iddli, podawanych, podobnie jak masala dosa, z pikantnymi sosami. To dania, które wypełniały moje menu podczas wielomiesięcznych badań nad indyjskimi tradycjami widowiskowymi, które prowadziłem przed laty w południowych Indiach.
Ale dość o kuchni, która jest ważnym element mojej fascynacji Indiami, choć jej nie wyczerpuje. Znacznie ważniejsi są ludzie, a w tym wypadku Himanshu. Choć to właśnie dzięki kuchni poznałem jego historię.
Z Vadodary do Warszawy
Himanshu Patel pochodzi z indyjskiego stanu Gudżarat, z miasta Vadodara. „To bardzo piękne miasto, pełne interesujących zabytków, ale także pełne zieleni i tętniące życiem” – mówi z przekonaniem, a ja słyszę w jego głosie wzruszenie. Miasto słynie z zabytków takich jak pałac Laxmi Vilas, który był rezydencją królewskiej dynastii Marathów Gaekwad, rządzącej stanem Baroda. Na tle indyjskich miast Vadodara wyróżnia się bardzo pozytywnie, jako dobrze zaplanowana, zmodernizowana, z rozwiniętą infrastrukturą. Przez Indusów uważana jest za jedno z najwygodniejszych miejsc do życia.
W Vadodarze Himanshu urodził się, spędził dzieciństwo, młodość, zdobył wykształcenie i rozpoczął pracę zawodową. Jego rodzina nadal mieszka w Gudżaracie. Nieżyjący już ojciec był nauczycielem, matka zajmowała się domem. Ma jednego brata i trzy siostry. Wszyscy są osobami wykształconymi i można ich zaliczyć do zamożnej indyjskiej klasy średniej.
Oczywiście nie mogę nie zapytać przy kolejnej wizycie w jego warszawskiej restauracji, jak to się stało, iż trafił do Polski i zajął się gastronomią. Himanshu wydaje się lekko skrępowany pytaniem, uśmiecha się i po chwili wyjaśnia: „W Indiach pracowałem w turystyce. Obsługiwałem logistycznie grupy wycieczkowe z Indii, ale i z zagranicy. Te indyjskie miały w ubiegłych latach częściej charakter pielgrzymek religijnych aniżeli wycieczek turystycznych. W Indiach określamy je terminem yatra”.
Pielgrzymki i turystyka medyczna
Docieranie do świętych miejsc hinduizmu było i jest w Indiach ogromnie popularne. Zarówno indywidualnie, jak i grupowo. W czasach moich peregrynacji po północnych Indiach często spotykałem grupy pątników zdążających do himalajskich świątyń Badrinath, Gangotri, do rozsławionego przez Beatlesów Rishikeshu czy do podhimalajskiego Hardwaru znanego z celebracji Kumbha Meli. Takich miejsc kultu jest w Indiach bardzo dużo. Wiele z nich opisują staroindyjskie eposy „Ramajana” i „Mahabharata”. Ich znaczenie związane jest zarówno ze słynnymi sanktuariami, jak i z czczonymi przez Indusów świętymi źródłami, rzekami czy górami.
Yatra to przede wszystkim pielgrzymka, rodzaj podróży duchowej. Ale również tej bardzo materialnej. Wymaga precyzyjnej organizacji, sprawnej logistyki i opieki nad uczestnikami hinduistycznego pielgrzymowania. Tym bardziej że są to niejednokrotnie seniorzy.
Himanshu był także współorganizatorem tak zwanej turystyki medycznej. Pytam, czy było to związane z tradycyjną medycyną indyjską, czyli ajurwedą? Himanshu zaprzecza. „Tym się nie zajmowałem. Indie mają dobrze rozwinięty sektor prywatnej opieki zdrowotnej. Organizowałem przyjazdy pacjentom chcącym się tam leczyć, zarówno ze Stanów Zjednoczonych, Europy, jak i krajów Zatoki Perskiej. Zapewniałem wynajęcie mieszkania, transport, a jeżeli przy okazji kuracji chcieli coś w Indiach zobaczyć, to im w tym pomagałem”.
Logicznym rozwinięciem takiej działalności było organizowanie wycieczek grupowych dla turystów z zagranicy. Himanshu organizował ich pobyty zarówno w północnych, jak i w południowych Indiach. Współpracował przy tym z przedstawicielami biur turystycznych z zagranicy, także z Polski.
Od biznesu do miłości
Wtedy pojawiła się w życiu Himanshu pewna Polka. Beata Szałas pracowała dla firmy tworzącej warsztaty, eventy, kursy szeroko rozumianego rozwoju osobistego. Zajmowała się między innymi organizowaniem turystyki kobiecej. Początkowo w Europie, a później w Indiach. Himanshu zaczął wraz z nią przygotowywać takie pobyty w swoim kraju.
Przysłuchująca się rozmowie Beata podpowiada, że to było niezwykłe doświadczenie. Himanshu potrafił fantastycznie opiekować się grupą polskich turystek. Prowadził je do miejsc znanych i tych mniej oczywistych – od oszałamiających pałaców po zwykle bazarki i prawdziwie lokalne sklepiki. „Spełniał każde nasze życzenie. Pomagał zobaczyć to, co było niedostępne z okien autokarów wielkich firm turystycznych. Targował się w naszym imieniu o każdy detal”. Himanshu podkreśla, że planował pobyty tak, by nie była to przejażdżka po całych Indiach. Jak tłumaczy, „Indie to duże terytorium. W ciągu dwóch, trzech tygodni trudno pokazać cudzoziemcom i północ, i południe kraju” – mówi w zamyśleniu mój rozmówca.
To było ponad piętnaście lat temu. Początkowo Himanshu i Beatę łączyły sprawy zawodowe. „Po jakimś czasie postanowiliśmy zostać z Beatą razem… To było piętnaście lat temu. Dzięki Beacie trafiłem do Polski”. Gdy mówię, że połączyła ich miłość, uśmiecha się ciepło.
Pierwszy raz w Polsce
Po raz pierwszy Himanshu przyjechał do Polski w 2010 roku. „Było to dla mnie zupełnie nieznane miejsce. Wiedziałem coś o krajach europejskich, ale o Polsce nic” – mówi szczerze. Pierwszym regionem, który odwiedził, były Mazury. Zaskoczyła go mała gęstość zaludnienia, oddalone od siebie zabudowania. Zielone pastwiska ze stadami zupełnie innych krów niż te w Indiach. Gdy siedział na brzegiem jeziora, zadziwiły go spokój i cisza. Nie mógł uwierzyć, jak daleko niesie się w niej jego głos. Nie zdawał sobie sprawy, jak głośno mówił – i jak głośno mówi się w Indiach. Zaskoczeniem był więc mazurski weekend, kiedy nad jeziorami pojawili się sobotnio-niedzielni goście. Wtedy cisza się skończyła… Pojawiła się muzyka, głośne śpiewy. „Dla mnie to było normalne” – śmieje się Himanshu.
Pytam mojego rozmówcę o jego pierwsze kontakty z Polakami. „Od początku były bardzo dobre. Polacy byli w stosunku do mnie mili i serdeczni. Poza tym wyczuwam w was podobny do indyjskiego stosunek do życia rodzinnego. Polacy są moim zdaniem bardzo rodzinni”. Himanshu podkreśla, że ma to dla niego ogromne znaczenie. „W Indiach życie rodzinne jest bardzo rozwinięte. Żyjemy najczęściej w rodzinach wielopokoleniowych, bardzo licznych”. W Polsce – zdaniem Himanshu – też jest to częste.
Przez rodziców Beaty został przyjęty z otwartymi rękoma. „Potraktowali mnie jak syna. Oczywiście zdarza mi się tęsknić za Indiami, ale wiem, że w Polsce mam swój drugi dom”. Za Indiami tęskni przede wszystkim ze względu na rodzinę: mamę, brata i siostry. Są w codziennym kontakcie, ale to za mało. Tęskni także za słońcem. W Polsce brakuje mu jego blasku. Tęskni za wolnością, którą dają Indie. Nie ma tam tylu przepisów, zakazów i nakazów, jak w Polsce czy w Europie. „Przepisy są potrzebne, ale czasami jest ich zbyt wiele” – wyjaśnia z szerokim uśmiechem. Przyznaje, że czasami czuje się tak, jakby miał dwa serca – jedno indyjskie, drugie polskie.
Polska to dobry kraj do życia
W Polsce nie spotkały go żadne, poważne problemy. Ludzie są jego zdaniem przyjaźni, nie odczuł nigdy wrogości czy przejawów rasizmu. „Oczywiście, zdarzają się przypadki złego potraktowania migrantów czy uchodźców. Ale to pojedyncze zdarzenia. Mają miejsce na całym świecie. Na ich podstawie nie powinniśmy wyciągać wniosków na temat całych społeczeństw. Polacy są najczęściej chętni, by pomagać cudzoziemcom” – mówi z przekonaniem.
Czy podobnie sądzą jego rodacy, którzy coraz liczniej przybywają do naszego kraju? Himanshu jest przekonany, że Polska jest bardzo dobrym i przyjaznym krajem dla Indusów pragnących tu żyć i pracować. Gdy dostrzega w moich oczach niedowierzanie, mówi otwarcie: „Według wielu moich rodaków Polska jest dla nich bezpieczniejszym i przyjaźniejszym krajem niż Wielka Brytania lub Niemcy”.
Próbuję dociec, skąd to przekonanie. Himanshu wyjaśnia: „W Polsce można bez strachu wyjść na ulice wieczorami i nocą. Równie bezpiecznie można czuć się w środkach komunikacji. To wszystko ważne rzeczy. Jedyne, co jest problemem, to opieka zdrowotna. Z tą jest w Polsce wiele problemów” – zauważa ze smutkiem. W końcu jedno serce ma polskie i problemy naszego kraju martwią go tak samo jak Polaków.
Nie bez przyczyny na kurację medyczną zabrał Beatę do Indii. W Polsce na potrzebną jej procedurę musiałaby czekać długie miesiące, a tam termin wyznaczono już na kilka dni później. Oczywiście taka usługa medyczna jest w Indiach płatna, ale nadal znacznie tańsza niż w prywatnej klinice w Polsce. A co najważniejsze – standard usługi w Indiach zachwycił Beatę.
Coraz więcej Indusów wybiera Polskę
Kiedy pytam o inne niedogodności, Himanshu właściwie ich nie widzi. Może poza coraz dłuższym czasem oczekiwania na dokumenty potwierdzające prawo pobytu. Kiedyś otrzymanie karty rezydenta w Polsce zajmowało nie więcej niż trzy tygodnie. Teraz trwa to nawet do trzech miesięcy. Dla osób takich jak on, czyli prowadzących restaurację, wyczekiwanie na prawo pobytu dla kolejnego kucharza utrudnia prowadzenie biznesu. Dla znajomych Indusów to także komplikacja życia prywatnego i rodzinnego. Nie mogą swobodnie wyjechać do Indii, odwiedzić rodziców, załatwić pilnych spraw.
Polska stała się w ostatnich latach krajem atrakcyjnym dla migrantów z Indii. Himanshu nie ma wątpliwości, iż zasadniczą przyczyną jest coraz większa świadomość wśród Indusów, jakim krajem jest Polska. Przez wiele lat w Indiach o Polsce mało kto cokolwiek wiedział. Dopiero intensywny rozwój turystyki sprawił, iż w wyobrażeniu Indusów o Europie pojawił się także nasz kraj. Opowieści polskich turystów o rodzinnych stronach sprawiły, że informacje o Polsce zaczęły docierać do coraz szerszych kręgów indyjskiego społeczeństwa. Wyłaniał się z nich obraz kraju, który może być atrakcyjny dla Indusów zarówno w wymiarze krótko-, jak i długoterminowym. Dużo Indusów już pracuje, prowadzi swoje firmy, uczy się i studiuje w Polsce. Himanshu ma wśród swoich bliskich znajomych studenta medycyny Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, przyszłego lekarza ortopedę.
Przysłuchująca się naszej rozmowie Beata dodaje, iż wśród Indusów przybywających do Polski jest wiele osób z Gudżaratu. „Mieszkańcy tego stanu są tradycyjnie doskonałymi przedsiębiorcami, dla których migracje są okazją do prowadzenia działalności biznesowej. Społeczność Gudżaratczyków w Polsce jest stosunkowo liczna i dobrze zintegrowana”. Himanshu dodaje: „To bardzo przedsiębiorczy ludzie”. Mój rozmówca przyznaje, że społeczność Gurdżaratczyków nie jest specjalnie widoczna na zewnątrz. Odgrywa jednak istotną rolę w wewnętrznym życiu diaspory indyjskiej w naszym kraju.
Początki biznesu w Polsce
W jaki sposób w głowach organizatorów turystyki zrodziła idea założenia restauracji z „indyjską przestrzenią”? Himanshu tłumaczy, że podróżując z Beatą po Indiach, ogromnie interesowała ich różnorodność tamtejszej kuchni. Smaki Indii różnią się od siebie w odmiennych kulturowo i obyczajowo częściach tego ogromnego kraju. Odwiedzając każdą z nich, z zasady starali się poznawać lokalne dania. I tak zrodziła się idea założenia w Polsce indyjskiej restauracji, która ostatecznie powstała w 2016 roku.
Początkowo w stosunkowo małym lokalu o kameralnej atmosferze. Gości było tak dużo, że wkrótce musieli zmienić miejsce. Zrobili to z żalem, bo w ich pierwszej restauracji znajomy, całkiem znany malarz z Indii, wykonał fresk obrazujący przepiękny dziedziniec indyjskiego domu, a w nim specjalną donicę i roślinę tulsi. To indyjska bazylia uznawana za roślinę przynoszącą szczęście i długowieczność. Fresk nadawał klimat całemu wnętrzu. Prędko po przeprowadzce okazało się, że druga lokalizacja również jest za ciasna. Poza tym nie była usytuowana w klimatycznym miejscu – mieściła się na terenie galerii handlowej. W roku 2020 zdecydowali się na kolejne przenosiny i ponowne powiększenie lokalu, tak by było w nim miejsce na restaurację i „indyjską przestrzeń”.
Za smaki indyjskiej kuchni w restauracji Himanshu odpowiada kilku kucharzy. Dwóch pochodzi z regionów podhimalajskich, dwóch z położonego na północnym zachodzie Indii stanu Radżastan. „Kucharze z Radżastanu mają w Indiach bardzo dobrą opinię. Są uważani za prawdziwych mistrzów” – wyjaśnia z dumą Himanshu. Co ciekawe zdobyli również umiejętność poruszania się wśród potraw kuchni południowoindyjskiej. Pochodzące stamtąd wspomniane już przez mnie dania, to także ich dzieło i w żadnym wypadku nie są one marną podróbką. Ich sambar smakuje tak samo jak w Kerali, stanie w południowych Indiach.
Indyjska przestrzeń w Warszawie
Prowadzenie restauracji pochłonęło Beatę i Himanshu tak bardzo, że wycofali się z branży turystycznej. Himanshu zapewnia jednak, że w kwestii organizowania wyjazdów do Indii nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. Nadal mają w sobie coś z nomadów, którym ukryta siła każe wyruszać w drogę. Cały czas planują i wybiegają w przyszłość myślami, co, komu, gdzie chcieliby pokazać, kiedy znowu będą jeździć do Indii „wyjazdowo”.
„W naszej indyjskiej przestrzeni mamy książki o Indiach i przywiezione stamtąd różne artefakty”, stwierdza i dodaje: „Organizujemy tu także wykłady na temat ajurwedy, indyjskiej astrologii czy starożytnych ksiąg wedyjskich. Są u nas warsztaty sypania mandali, malowania mehendi, prostego gotowania, a nawet palenia agnihotry. Promujemy i organizujemy turnieje indyjskiego bilardu carrom. Swoją drogą, Polska ma bardzo piękne osiągnięcia w tym sporcie – Mistrzem Europy w tej dyscyplinie w 2023 roku został Polak, Bartosz Jasiński Nie stronimy także od prezentacji indyjskiej muzyki i dyskotek o indyjskim klimacie. Indusi kochają śpiew, muzykę i taniec. Więc organizujemy wieczory karaoke z indyjskimi bollywoodzkimi przebojami, wieczory indyjskiej poezji w urdu, hindi czy w każdym innym języku Indii. Wspieramy też tradycyjny ludowy taniec indyjski z Gudżaratu, czyli garby, i tańczący go zespół: Samarpan Dance Group. Sam żywioł na scenie”. Moi rozmówcy podkreślają, że pragną promować w Polsce indyjską kulturę, sztukę i wybrane tradycje.
Sukces „indyjskiej przestrzeni” sprawił, że Himanshu pragnie nadal rozwijać jej działalność. „Oczywiście zdarzają się osoby, które krytycznie podchodzą do naszej kultury i sztuki, ale moje doświadczenia wskazują, iż zdarza się to rzadko” – mówi z przekonaniem.
W założeniu „indyjska przestrzeń” ma być platformą kontaktów polsko-indyjskich. W planach są choćby kursy języka polskiego dla Indusów, którzy przybywają do Polski, zaznajamianie ich z polską kulturą i tradycją, a także naszymi obyczajami. Rozwój takiej działalności mógłby stać się istotnym elementem integracji indyjskich migrantów ze środowiskiem polskim. Himanshu myśli także o zajęciach z codziennego języka hindi dla Polaków. Dzięki temu Polscy turyści czuliby się w Indiach znacznie pewniej i swobodniej.
Hinduski spokój
Himanshu jest hinduistą – i z dumą mówi o hinduistycznej świątyni w podwarszawskich Jankach. W okresie świąt religijnych trwa tam intensywne życie duchowe, kulturalne i towarzyskie. „To ważne miejsce dla indyjskiego życia w Polsce” – podkreśla Himanshu. Hinduizm jest na co dzień obecny w życiu mojego rozmówcy. Kiedy zdarzało mi się przyjść do jego restauracji poza godzinami lunchu lub kolacji, a w pomieszczeniu było pusto, z głośników płynęła religijna muzyka Indii. Były to hymny modlitewne – tradycyjne badżany.
Mają one nie tylko religijny charakter. To także muzyka medytacyjna. Pomagają uspokoić umysł, tworzą atmosferę spokoju i zadumy. „Indusi, słuchając tych utworów, rozpoczynają dzień. Kiedy przychodzę do restauracji i zaczynam swoją pracę, kieruję modlitwy do bogów, słuchając hymnów. Daje mi to wiele pozytywnej energii” – opowiada Himanshu. Beata dzieli się obserwacją: „Czasami zdarza się, że ktoś wpada do restauracji w pośpiechu i prosi, żeby szybko podać mu lunch. A z głośników płyną w tym czasie badżan. Wówczas okazuje się, że ten zagoniony człowiek nie wychodzi po lunchu, ale jeszcze długo siedzi i słucha indyjskiej muzyki”.
Himanshu resztę życia chce spędzić w Polsce. Nie ukrywa jednocześnie, że Indie są dla niego ciągle pięknym i pociągającym krajem. Do którego chce wracać, by odkrywać jego nieznane zakątki. Jeśli uda mu się wrócić do branży turystycznej, chce organizować wspólne polsko-indyjskie podróże. „To będzie i dla Polaków, i dla Indusów niezwykłe doświadczenie wspólnego poznawania Indii” – mówi z entuzjazmem.