W mieszkaniu 29-letniej Nadiji na lewym brzegu Kijowa od ponad trzech dni nie ma ogrzewania, prądu, ani nawet zimnej wody. Temperatura wewnątrz ledwo sięga +7°C, podczas gdy na zewnątrz spada już do –15°C. W mieszkaniu kobiety nie ma też okien. Trzy dni temu zostały wybite przez falę uderzeniową rosyjskiego drona. Teraz jej 30-letni mąż, Ihor, zabija otwory kawałkami sklejki. Para uważa się za szczęściarzy, biorąc pod uwagę okoliczności. Mieszkania nad nimi zostały zniszczone, a sąsiedzi odnieśli obrażenia.
„Wybuch był po prostu straszny. Od trzech dni nie mogę się ogrzać. Na zewnątrz – mróz, w środku – zimno. Śpimy w kurtkach. Po ostrzale budynek został odcięty od prądu i ogrzewania. Chodzimy do pobliskiego centrum handlowego albo do sąsiadów, żeby naładować telefony. Jemy zimne jedzenie, a ja kupuję wodę” – mówi kobieta, trzymając w zmarzniętych dłoniach plastikową butelkę wody. U jej stóp, w śniegu, wciąż widoczne są ślady krwi. W tym miejscu zostali ranni pokojowo nastawieni mieszkańcy.
W nocy 9 stycznia Rosja przeprowadziła masowy atak rakietowy i dronowy na Kijów, w wyniku którego zginęły cztery osoby, 25 zostało rannych, a część miasta pozostała bez prądu i ogrzewania. Minister rozwoju społeczności lokalnych Ołeksij Kuleba poinformował, że na 10 stycznia ponad 60 tysięcy domów w obwodzie kijowskim nadal pozostawało bez energii elektrycznej. Prace naprawcze trwają w trybie awaryjnym, jednak tysiące rodzin wciąż nie mają dostępu do podstawowych usług w środku surowej zimy. Na tle utrzymujących się niskich temperatur, które od niemal tygodnia dotykają Ukrainę, sytuacja grozi eskalacją w katastrofę humanitarną. 14 stycznia prezydent Wołodymyr Zełenski ogłosił wprowadzenie stanu nadzwyczajnego w sektorze energetycznym Ukrainy.
Podwójne uderzenie
Mer stolicy, Witalij Kliczko, nazwał ten atak „najbardziej dotkliwym uderzeniem w krytyczną infrastrukturę miasta” i wezwał mieszkańców do tymczasowego opuszczenia miasta: „Apeluję do mieszkańców stolicy, którzy mają możliwość tymczasowo opuścić miasto i udać się do miejsc, gdzie są alternatywne źródła energii i ciepła – proszę, zróbcie to”.
Nadija i Ihor przyjmują tę radę z gorzką ironią. „Nie wszyscy mają krewnych poza miastem i nie wszyscy mają pieniądze, by wyjechać. W czasie wojny i tak bardzo trudno jest przetrwać – jak mamy po prostu porzucić pracę na kilka dni?” – pyta kobieta, która pracuje jako sprzedawczyni.
Dzielnice na lewym brzegu Dniepru ucierpiały najbardziej w wyniku uderzeń w infrastrukturę krytyczną. Duże osiedla mieszkaniowe pogrążone są w ciemności. Na zaśnieżonym dziedzińcu pośród szarych wieżowców wyróżnia się latarnia oświetlająca wejście do mobilnego punktu ogrzewania, a w pobliżu słychać jednostajny szum dużego generatora. Ratownicy z Państwowej Służby do spraw Sytuacji Nadzwyczajnych (DSNS) rozstawiają w całym mieście pomarańczowe namioty i udzielają pomocy w stacjonarnych punktach grzewczych. Jest ich już ponad tysiąc. Wewnątrz namiotów jest ciepło i jasno, są stoły i krzesła, aby ludzie mogli usiąść, ogrzać się, napić gorącej herbaty i naładować telefony.
„W tej okolicy przez 36 godzin nie było prądu, więc namioty były stale pełne i ustawiliśmy tu dwa, aby pomieścić wszystkich. Rodziny przychodzą razem, zabierają swoje zwierzęta domowe i oczywiście dzieci. Dzieci mogą się tu ogrzać i bawić, podczas gdy rodzice ładują telefony, dzwonią do krewnych, a nawet pracują” – mówi psycholog DSNS, Iwan, który pełni dyżur w namiocie w dzielnicy Desniańskiej w Kijowie.
Tej zimy kijowscy ratownicy pracują na granicy swoich możliwości. Oprócz nadgodzin pojawiło się nowe zagrożenie: powtarzające się uderzenia. Rosyjska taktyka double tap często zbiera śmiertelne żniwo wśród pracowników służb ratunkowych.
„W nocy 9 stycznia Państwowa Służba do spraw Sytuacji Nadzwyczajnych (DSNS) otrzymała zgłoszenie po tym, jak dron Shahed uderzył w budynek mieszkalny. Na miejsce przyjechali medycy, ratownicy i policja. Gdy nasi pracownicy ugasili już pożar, spakowali sprzęt i ruszali do kolejnego wezwania, Rosjanie ponownie zaatakowali to samo miejsce kolejnym dronem. Wybuch nastąpił w rejonie, gdzie zaparkowane były pojazdy DSNS i karetki pogotowia. Zginął jeden ratownik medyczny, czterech zostało rannych, a pięciu naszych pracowników odniosło obrażenia – trzech z nich ciężkie”, informował rzecznik kijowskich służb ratunkowych Pawło Petrow, który od kilku dni pracuje w miejscach uderzeń oraz w punktach ogrzewania. Petrow uważa, że ponowny atak był celowy i zaplanowany. „To są działania terrorystyczne. Przez wszystkie te dni modliliśmy się o przeżycie naszych kolegów” – opowiada, sam będąc ranny podczas pełnienia służby.
Światło pośród ciemności
Rodziny z małymi dziećmi okazały się najbardziej narażone podczas przerw w dostawie prądu. Władze Kijowa, ze względu na trudną sytuację energetyczną oraz bezpieczeństwo, podjęły decyzję o przejściu szkół i przedszkoli na tryb mieszany. Oznacza to, że dzieci mogą zostać w domu i uczestniczyć w lekcjach online lub chodzić na zajęcia stacjonarne.
Jednak w przedszkolu, do którego uczęszcza trzyletnia Arina, wciąż nie udało się naprawić ogrzewania. Dlatego rodzice zamiast zaprowadzić ją na zajęcia, zabrali dziewczynkę do punktu ogrzewania na podwórzu obok ich bloku. „W naszym mieszkaniu nie ma prądu od ponad 36 godzin, a ciepła woda w bojlerze bardzo szybko się skończyła. Nie możemy więc wykąpać dziecka. Ubieramy ją w kilka warstw ubrań i owijamy ciepłym kocem. Po oknach cały czas spływa skroplona woda, bo w środku jest ledwie 15 stopni” – mówi 35-letni ojciec dziewczynki, Andrij Tereszczenko, podczas gdy jego żona nalewa córce kubek gorącej herbaty.
Największym problemem dla rodziny w tych trudnych dniach jest zapewnienie dziecku ciepłych posiłków. Zupy i kasze trzeba gotować na przenośnej kuchence gazowej albo prosić o wrzątek w kawiarniach i punktach ogrzewania. „To nie jest zbyt wygodne, ale ani razu nie odmówiono nam pomocy – czy to gorącej wody w kawiarni, czy możliwości naładowania telefonu w sklepie. Teraz Ukraińcy starają się nawzajem wspierać” – dodaje Andrij, który pracuje zdalnie jako freelancer.
Kijowskie środowisko biznesowe próbuje pomóc w utrzymaniu normalnego życia mieszkańców. Natalka Asanowa, 37-letnia właścicielka kawiarni i salonu kosmetycznego Mur Mur, codziennie rano sama wynosi i napełnia dwa ciężkie generatory dieslowskie. Jej biznes nie zamknął się nawet rankiem po masowym ataku. Mówi, że w warunkach blackoutu jej praca stała się nie tylko kwestią pieniędzy, ale także dawaniem ludziom poczucia normalności.
„Może to zabrzmi dziwnie, ale po atakach obserwujemy wręcz wzrost liczby rezerwacji na strzyżenie i manicure. Ludzie nocami siedzą w schronach, nad nimi lecą rakiety, a mimo to chcą planować kolejny dzień, wierzyć w lepsze jutro i umawiać wizyty. Zawsze daję klientom możliwość naładowania urządzeń albo po prostu zostania u nas po zabiegu, by popracować. Czasem samo to, że w pobliżu domu jest miejsce, gdzie można kupić kawę albo umyć włosy, daje poczucie normalności” – mówi właścicielka, która od początku wojny stara się uniezależnić swój biznes energetycznie.
Premierka Ukrainy, Julia Swyrydenko, zapowiedziała na swoich oficjalnych profilach w mediach społecznościowych, że sytuacja z dostawami energii elektrycznej w Kijowie i regionach ustabilizuje się do czwartku. Jednocześnie meteorolodzy prognozują, że w tym tygodniu temperatura w stolicy może spaść do –18°C. Oznacza to, że mieszkańców Kijowa czeka jeszcze kilka bardzo trudnych, zimnych dni.
„Myślę, że Rosjanie celowo zaczęli uderzać w naszą infrastrukturę właśnie teraz, gdy nadeszły mrozy. Być może liczą na to, że cywile nie wytrzymają i zaczną domagać się od ukraińskiego rządu rozpoczęcia negocjacji pokojowych” – mówi 35-letnia prezenterka radiowa Wiktoria, kupując kawę w kijowskiej kawiarni działającej dzięki generatorowi. „Ale oni nas słabo znają. Te ostrzały tylko jeszcze bardziej wzmacniają w nas pragnienie zwycięstwa”.
