Superbohater kieruje lornetkę na lodowce. Superbohater zeskakuje na śnieg z kabiny wielkiego Kamaza. Superbohater wychodzi przez właz okrętu podwodnego wynurzonego na Oceanie Arktycznym. To Hulk? Kapitan Planeta, Iron Man? Nie! To on, przecież jest napisane na czerwonej termicznej kurtce „W.W. Putin”.
Powyższe obrazy prezydenta Rosji pokazują w jaki sposób oswaiwajet (opanowuje) Arktykę. Oswojenije Arktiki to wyrażenie powszechnie używane przez ludzi Kremla, które odzwierciedla rosyjskie cele i dokumenty strategiczne, dotyczące Arktyki i dalekiej północy.
Nawiązuje ono do historycznych wypraw Rosjan. Najczęściej Kozaków syberyjskich, nadwołżańskich i uralskich, którzy od XVI do XVIII wieku przeprowadzali brawurowe wypady, by dla rosyjskiego imperium zdobywać niezasiedlone, mroźne terytoria.
W XXI wieku Rosja również ma oswajiwat’ Arktykę, czyli pokonywać naturę i przyrodę, by udowodnić, że wciąż potrafi zagospodarować i przekształcać to, co niemożliwe. To, co wykracza poza granice ludzkich możliwości. Dlatego tak dziwne może się wydawać życzliwie podejście Rosjan do amerykańskich gróźb przejęcia Grenlandii.
Putinowskie błogosławieństwo dla grenlandzkiej awantury Trumpa
Kiedy Donald Trump na początku swojej drugiej kadencji zapowiedział, że Grenlandia – najlepiej z Kanadą – musi należeć do Stanów Zjednoczonych, większość zachodnich przywódców uznała to za przejaw jego ekscentrycznej osobowości. Ewentualnie za megalomanię i kreowanie kolejnego show. Zupełnie inaczej niż Putin.
Ten w marcu, podczas Arktycznego Forum w Murmańsku, powiedział: „To poważny błąd sądzić, że to jakieś ekstrawaganckie twierdzenia nowej amerykańskiej administracji. Nic podobnego. Ich plany posiadają głębokie korzenie historyczne. I jest oczywiste, że Stany Zjednoczone będą nadal systematycznie realizować swoje geostrategiczne, militarno-polityczne i gospodarcze interesy w Arktyce” – powiedział Putin. I teraz uwaga! Chwilę później dodał: „Jeśli chodzi o Grenlandię, to sprawa dwóch konkretnych krajów. To nie ma z nami nic wspólnego”.
Słowa te padły w arktycznym Murmańsku, mieście-symbolu Oswaiwanija Arktiki, mieście-zapleczu dla Floty Północnej Federacji Rosyjskiej, mieście, gdzie znajduje się największy arktyczny port Rosji i stacjonują w nim atomowe lodołamacze. Stąd też putinowskie błogosławieństwo dla grenlandzkiej awantury Trumpa nabrało wręcz sakralnej mocy.
Oczywiście wypowiedź Putina można uznać za wyciągniętą rękę w kierunku Trumpa, bo przecież minął już wtedy miesiąc od niesławnego spotkania Zełenskiego w Fight House i stało się oczywiste, że Ameryce bliżej do Rosji niż do Ukrainy. Tylko że od tamtego czasu prawie cała rosyjska machina państwowa empatycznie podchodzi do planów Trumpa wobec Grenlandii i pęka od schadenfreude nad bezsilnością Europejczyków.
Rosyjska machina ramię w ramię z MAGA
Jeden z ważniejszych propagandzistów telewizyjnych, Dmitrij Kisielow, uznał niemal za pewne, że Trump zrealizuje swoje plany, ponieważ „Dania zrzekła się suwerenności Grenlandii na długo przed bajkami Andersena”. Margarita Simonjan, redaktorka naczelna telewizji RT i Radia Sputnik, ucieszyła się, że wreszcie z flagi amerykańskiej opadła tęcza i pokazała swą prawdziwą twarz. Twarz brutalną, lecz odzwierciedlającą prawdę o siłowym tworzeniu historii i polityki.
Jak zwykle najdalej poszedł teatralny Władimir Sołowjow, kochający entourage doktora zło. Zadeklarował, że Rosja jest gotowa pomóc Trumpowi „w wyzwoleniu Grenlandii”, bo doprowadzi to do wojny między Stanami Zjednoczonymi i Europejczykami, którzy są wyłącznie „ogłupiałymi zwierzętami”.
Właściwie tylko środowiska nacjonalistyczne, prawosławne i ultrakonserwatywne w rodzaju telewizji Cargrad, należącej do Konstantina Małofiejewa, nawoływała do ratowania Grenlandii przed Ameryką. Dołączyła do nich część społeczności wojenkorów, ludzi prowadzących kanały na Telegramie, którzy albo relacjonują działania wojenne z Ukrainy, albo się na tematy wojenne wypowiadają. Często krytykują państwo za opieszałość, nieużycie broni jądrowej przeciwko Ukrainie i nieogłaszanie powszechnej mobilizacji wojskowej.
Państwo pozwala im krytycznie komentować działania Rosji – przynajmniej na razie – ponieważ kanalizują frustracje wojennych radykałów i mobilizują do dalszego wysiłku na froncie. Część z nich chciałaby obrony Grenlandii i wszystkiego, co możliwe, przed Amerykanami, Europejczykami, Chińczykami, a najlepiej przed całym światem.
Zakusy Amerykanów wobec Grenlandii to prezent dla Rosji
Z kilku powodów i w kilku wariantach.
Nawet nie będąc fanem spisków i tajnych umów, jako jedną z opcji można przyjąć, że na Alasce Trump i Putin zawarli nieformalne porozumienie:
Wy, Amerykanie, bierzecie Grenlandię i macie swoją sferę wpływów na zachodniej półkuli. My zabieramy Donbas, Ukraina nie wchodzi do NATO i zostaje strefą zdemilitaryzowaną, a w zasadzie większość obszaru byłego ZSRR pozostaje pod naszą jurysdykcją.
Co więcej, amerykańskie koncerny, zwłaszcza Exxon Mobil, wracają do rosyjskiej Arktyki, aby z rosyjskimi korporacjami wydobywać gaz, ropę, a przede wszystkim minerały ziem rzadkich. Dla Rosji byłaby to wymarzona opcja, ponieważ jako dostarczyciel minerałów wchodzi w łańcuch produkcji i dostaw nowoczesnych technologii. Być może nawet uzyskuje dostęp do technologii wydobywczych i przywraca relacje gospodarcze z wieloma państwami Unii Europejskiej. A już na pewno wraca na światowe salony jako zwycięzca i zyskuje lewar wobec Chin, od których jest uzależniona.
Siłowa kradzież terytorium swojego sojusznika z NATO z automatu postawiłaby USA obok Rosji czy Izraela, które napadają na sąsiadów i siłą wymuszają na nich, co im się żywnie podoba. Ale i bez aneksji oficjalnie upada mit mocarstwa amerykańskiego, które jako jedyne posiada sojuszników, a nie wasali, i które działa według prawa – nawet jeśli była to jedynie softpowerowa mitologia.
Najlepiej określił to rosyjski ekspert wojskowy i dyżurny propagandzista Michaił Chodariоnok, odnosząc się do opcji siłowego przejęcia Grenlandii:
„Możemy teraz uznać specjalne operacje wojskowe za normę rozwiązywania sporów między krajami. Milczenie europejskich przywódców w tej kwestii wyraźnie to potwierdza”.
Słowem, wizja relacji międzynarodowych, o które zabiega putinowska Rosja, stałaby się faktem. Jej konstrukcja jest dosyć prosta: Strefa wpływów mocarstw i prawo silniejszego, to raz. Jeśli silniejszy czegoś od słabszego „potrzebuje”, słaby nie ma nic do gadania, to dwa. Trzy, jeśli słabszy nie schowa mordy w kubeł, przejdzie przymusowe leczenie „specjalną operacją wojskową”.
Poniżyć, skompromitować i zgnieść słabą Europę (we współpracy z USA)
Europejczycy, będący ostatnią przeszkodą na drodze oswojenija Ukrainy, by stała się podległym, bezbronnym państwem, to kolejny puzzle grenlandzkiej układanki. Mimo deklarowanej gotowości Putina i kremlowskiej wierchuszki do ponownego nawiązania relacji z państwami UE, Europa stała się dla nich insektem, którego należy zdeptać.
Właściwie cała machina informacyjna została nakierowana na pogardę, poniżanie i dyskredytowanie Europy. Od rządowej „Rossijskoj Gaziety” czy Radia Sputnik (tu swoje programy mają na przykład rzeczniczka MSZ Marija Zacharowa czy Władimir Miediński, odpowiedzialny za kulturę w administracji prezydenta), poprzez wojenkorów i rutuberów (w Rosji działa Rutube zamiast YouTube’a), skończywszy na dawnych politologach okcydentalistach typu Fiodor Łukjanow, Dmitrij Trenin czy Aleksandr Girinskij (młodsze pokolenie, prowadzi laboratorium badań nad rosyjsko-europejskim intelektualnym dialogiem w Wyższej Szkole Ekonomii, niegdyś oazie wolnych badań). Wszyscy oni uważają Europę za martwą, żałosną oraz zacofaną wobec Azji i USA.
We współpracy z Amerykanami, Rosjanie powinni Europę zgnieść, by nauczyć ją rozumu. Relatywnie wpływowy politolog Siergiej Karaganow (szef Rady Polityki Zagranicznej i Obronnej, think tanku doradzającego organom państwa, w tym administracji prezydenta), średnio raz w tygodniu nawołuje do użycia broni jądrowej przeciwko Europejczykom, tak aby przywrócić tym zdehumanizowanym, rozleniwionym i głupim ludziom strach przed wojną. Dla rosyjskich elit Europa jest upośledzona, tak samo zresztą jak dla sporej części amerykańskiej altprawicy.
Rozpad NATO na horyzoncie
W kontekście Grenlandii sprawa jest zatem jasna. USA zrobią z nią, co zechcą, a Europejczycy, z którymi Rosja nie ma nawet o czym rozmawiać, będą się jedynie przyglądać i postąpią jak im Ameryka zagra. W końcu zawsze byli tylko pieskami na smyczy wielkiego brata zza Atlantyku. Nie trzeba chyba dodawać, że siłowe przejęcie Grenlandii doprowadziłoby do dezintegracji NATO, a być może rozbicia Sojuszu, czego życzy sobie wielu polityków MAGA, a z pewnością cała Rosja. Mniej więcej od 1949 roku.
Nawet sam kryzys grenlandzki wystawia Sojusz Północnoatlantycki na ciężką próbę. Po drugiej wojnie światowej zdarzył się konflikt zbrojny między członkami NATO – Grecją i Turcją o Cypr – ale z ograniczonym użyciem środków zbrojnych.
Jednak roszczenia terytorialne wobec Danii ze strony najsilniejszego członka NATO, który powinien to wszystko trzymać w ryzach, zamiast atakować swoich sojuszników, stawia pytanie o sens istnienia Sojuszu. Pytania o sens istnienia tak zwanych zachodnich wartości nawet nie stawiam, te umierają na naszych oczach.
W dalszej perspektywie, grabież na państwie europejskim dokonana przez USA otwiera Rosji drogę do ataku na państwa UE. Skoro Waszyngton może, to dlaczego nie Moskwa? A przy tak trzeszczącym w szwach NATO Putin i różne „karaganowy” doprawdy mają prawo oczekiwać, że natowscy sojusznicy nie pospieszą sobie nawzajem na ratunek. Skoro Waszyngtonowi dogadanemu z Moskwą nie będzie śpieszno do obrony Polski czy Finlandii trafionymi pociskiem Orieszkin, wątpliwe, by paliły się do tego Holandia czy Portugalia.
Marnym, a właściwie żadnym pocieszeniem jest to, że Rosjanie nigdy nie odpuszczą Amerykanom. Ich obecna życzliwość wobec aneksji Grenlandii wynika z taktycznego ustawienia się wobec Trumpa, z którym mogą naprawdę wiele wynegocjować. Jednak kiedy odzyskają siły, znowu będą Amerykanom rzucać kłody pod nogi, gdzie tylko się da, włącznie z ich strefą wpływów. Teraz jednak znajdują się bardzo bliscy fundamentalnego zwycięstwa – oficjalnego ustanowienia świata, o który walczyli.