Rada Pokoju z udziałem Putina i Łukaszenki? Ze stałym członkostwem dla tych, którzy zapłacą miliard dolarów? A czym się to właściwie różni od Rady Bezpieczeństwa z udziałem Rosji, Chin – i USA, ze stałym członkostwem dla tych, którzy 81 lat temu wygrali drugą wojnę światową?
Zgoda, w ONZ nie ma dożywotniego przewodniczącego, który jako jedyny ma prawo ustalać zasady funkcjonowania organizacji i je zmieniać, oraz mianować swego następcę. Przynajmniej, należy rozumieć, do momentu osiągnięcia przez prezydenta USA osobistej nieśmiertelności. Ale może właśnie dlatego w ONZ nie sposób niczego ustalić, a Trump przynajmniej byłby decyzyjny?
Narada nad Radą
Nowa Rada, o ile w ogóle powstanie, zapewni zapewne tyle pokoju, ile ONZ-owska zapewniła bezpieczeństwa. Raczej jednak spotka ją podobny los, co Wspólnotę demokracji, powołaną do życia 26 lat temu w Warszawie. Ta szlachetna inicjatywa miała nie tyle zastąpić, co uzupełnić ONZ, zastrzegając członkostwo dla tych państw, które założyciele – Polska i USA – uznali za demokracje.
Ta selektywność także przypomina zasadę konstytutywną Rady Pokoju, do której Trump zaprasza, kogo chce, według tylko sobie znanych kryteriów. Do Wspólnoty zapisało się w końcu pół ONZ, w Radzie akces potwierdzili na razie Orbán i Łukaszenka. Pełna lista uczestników ogłoszona będzie w czwartek w Davos. Make Earth Great Again. MEGA sukces?
Państwa mają, rzecz jasna, prawo dowolnie się zrzeszać; potwierdził to właśnie sekretarz generalny ONZ. Problem z takimi inicjatywami jak Wspólnota czy Rada polega na tym, że to, co jest ich siłą, czyli dobór podobnie myślących, jest zarazem słabością – bo reszta świata może myśleć inaczej. Wspólnota nadal wydaje czasem oświadczenia i proponuje inicjatywy – ich los zależy jednak także od tych państw, które do niej nie zgłaszały akcesu czy nie mogłyby być przyjęte.
Z Radą podobnie – Emmanuel Macron zaproszenie odrzucił. Xi Jin Ping nie został zaproszony, choć zapewne zaproszenie by przyjął – tak jak przyjmą je zapewne i Władimir Putin, i Keir Starmer, obaj zaproszeni. Ale i Chiny, i Francja pozostają członkami Rady Bezpieczeństwa. Bez nich rozwiązywanie światowych problemów będzie trudne, niezależnie od tego, że do Trumpowskiej arbitralności mają różny stosunek. Xi by ją chętnie zaakceptował, na zasadzie wzajemności. Macron już w sprawie Grenlandii pokazał, że gotów jest bronić zasad prawa międzynarodowego.
Nieustanna samokrytyka tylko sprawia wrażenie słabości
Tej postawie Francji łatwo zarzucić hipokryzję, wskazując choćby niektóre przeszłe francuskie interwencje w Afryce. Ale hipokryzja niekoniecznie jest czymś wyłącznie złym: jak mawiał La Rochefoucauld, hipokryzja to hołd, jaki występek składa cnocie. Hipokryci wiedzą, jak należy postąpić, nawet jeśli czynią co innego. W końcu Wspólnocie można postawić ten zarzut. Ci poza Wspólnotą, w tym zwłaszcza część wybrańców Trumpa, jak Łukaszenka czy Erdoğan, demonstracyjnie z występku czynią cnotę. Mamy więc do wyboru między jawnym bezprawiem a udawaną czasem praworządnością. Sądzę, że preferować należy tę ostatnią – ale Trump i jego doradcy rzekliby zapewne, że nieskrywana przemoc jest uczciwsza.
Rzecz w tym jednak, że społeczność międzynarodowa składa się i z jawnych bandytów, i z podmiotów starających się działać uczciwie, a przynajmniej tak o sobie twierdzących. Testem tych twierdzeń jest, czy potępiają one swą nieuczciwość minioną – i tu skłonność Zachodu do samobiczowania się za niedawne zbrodnie, od niewolnictwa przez kolonializm i rasizm, seksizm, ageism i izmy inne rozmaite, godna jest uznania – nawet jeśli czasem wydaje się groteskowa czy wręcz samobójcza.
Tak jak zadufanie Trumpa i pomniejszych Łukaszenków tylko pozornie jest przejawem siły, tak owa nieustanna samokrytyka tylko sprawia wrażenie słabości – o czym zadufani często się ku własnemu zaskoczeniu przekonują.
Zaś owa złożoność społeczności międzynarodowej jest źródłem i słabości, i siły ONZ – jedynej organizacji niemal wszystkich państw świata. Reprezentuje ona bowiem rzeczywistość polityczną planety taką, jaka ona jest – a nie taką, jaką chcieli by widzieć idealiści albo cynicy. To prawda, w tej rzeczywistości niemal nie sposób przeprowadzić do końca jakieś rozwiązanie. Tyle że rozwiązania, które akceptują jedynie ci, którzy zgadzają się z ich aksjologicznymi założeniami albo mogą konkretnie skorzystać na ich praktycznych konsekwencjach, z reguły mają krótkie terminy ważności.
Dowody szaleństwa Trumpa
Niezależnie od tego, propozycja Trumpa, by się mianować monarchą absolutnym świata – bo do tego się sprowadza funkcja przewodniczącego Rady – jest kolejnym dowodem jego szaleństwa, o ile takie dowody są potrzebne.
Do uznania, że prezydent USA popadł w obłęd, wystarczyłyby jego deklaracje wcześniejsze, jak ta, że nie potrzebuje prawa międzynarodowego, bo wystarcza mu jego własna moralność, albo że po odmowie Norwegii przyznania mu pokojowego Nobla mniej chętnie myśli o pokoju w ogóle. Co gorsza, za słowami idą czyny – jak w Wenezueli czy na Grenlandii i na ulicach amerykańskich miast.
Zgodnie z punktem czwartym 25. poprawki do Konstytucji USA, prezydenta niezdolnego do pełnienia swoich funkcji można usunąć ze stanowiska zwykłą większością głosów członków gabinetu, z kontrasygnatą wiceprezydenta – który wówczas zostaje prezydentem.
Parytet najgorszych i dobrych wiadomości
Ale nominaci Trumpa nie są chyba bardziej niż on zdolni do pełnienia swych funkcji, a tym bardziej do oceny jego zdolności, zaś ewentualna prezydentura JD Vance’a sprawiłaby, że zatęsknilibyśmy za Trumpem. Co więcej, usunięty prezydent ma prawo odwołać się do obu izb Kongresu, gdzie wniosek o usunięcie musiałby zyskać poparcie dwóch trzecich. Słowem, już bardziej prawdopodobne jest, że Trump sam oprzytomnieje.
Ale wiemy, że to też się nie wydarzy. Jego Rada zapewne powstanie, a wystarczająco wielu przywódców albo boi się narazić amerykańskiemu prezydentowi, albo pragnie skorzystać z okazji, by pojawić się na światowej scenie, albo po prostu zgadza się z jego pomysłem.
Dodatkowa zła wiadomość jest taka, że trudno sobie wyobrazić, że tak arbitralnie dobrane ciało mogło coś osiągnąć. Dobra wiadomość jest taka sama.