Pod koniec grudnia 2025 roku Tajlandia i Kambodża podpisały porozumienie, wstrzymujące ich konflikt graniczny. News ten nie przedarł się jednak na nagłówki gazet i portali internetowych.

Po pierwsze dlatego, że trwał sezon świąteczny. Po drugie, póki trwały walki, mogące wielu osobom pokrzyżować plany wakacyjne, a w ich zakończenie zaangażował się Donald Trump, temat wojny granicznej w Azji Południowo-Wschodniej pozostawał silnie obecny w mediach – nawet w Polsce. Gdy zaś oba państwa wreszcie podpisały wstrzymanie ognia – i to same – zainteresowanie z dnia na dzień wyparowało. Choćby z tego powodu, na przekór trendom, warto przybliżyć, co było przyczyną konfliktu.

Walcząc o azjatycką kapliczkę

Na pierwszy rzut oka przyczyna konfliktu tajlandzko-kambodżańskiego wydaje się błaha. Sąsiedzi kłócą się o fragmenty liczącej 817 kilometrów granicy, której większość jest wzajemnie uznana. Drobne części jednak – wzgórze, rów czy pole – pozostają kością niezgody. Idąc środkowoeuropejskim porównaniem, wygląda to mniej więcej tak, jakby Polska postanowiła siłowo odbić kilkaset hektarów terenu, które Czechy przywłaszczyły sobie za czasów demoludów. Moglibyśmy na przykład na stałe zaanektować słynną kapliczkę przejętą omyłkowo w trakcie pandemii. Co doprowadziłoby do wojny, bezskutecznie gaszonej przez UE.

Tajlandia i Kambodża, dwa państwa członkowskie ASEAN-u (czegoś w rodzaju południowo-wschodnioazjatyckiej Unii Europejskiej), starły się zbrojnie w 2025 roku. Do pierwszych walk doszło latem, do kolejnych jesienią – na noże (czy raczej karabiny i moździerze), doprowadzając do wybuchu ostrego sporu granicznego z użyciem artylerii i lotnictwa. W ich wyniku zginęło ponad 100 osób, a prawie milion zostało wysiedlonych. ASEAN na chwilę zdołał rozdzielić walczące strony, dopraszając do rozjemczej roli Donalda Trumpa.

Prezydent USA w przewidywalny sposób skradł show, przypisując sobie sukces i zaliczając wygaszenie walk do swej listy zakończonych wojen (do których należy między innym rozdzielenie „Albanii i «Aberbajdżanu»”).

Gdy mimo to w grudniu 2025 walki wznowiono i to z równą intensywnością, Trump – niczym Andersenowski król – okazał się (politycznie) nagi, niezdolny do rozwiązania tego węzła gordyjskiego, czy raczej khmerskiego.

Pisząc „khmerskiego” nie sugeruję bynajmniej, że sporne ziemie powinny przypaść Kambodży. Sprawa przynależności tak istotnych dla świata punktów jak wzgórze nr 641 czy wzgórze 745 jest mi, podobnie jak chyba wszystkim czytelnikom, absolutnie obojętna. Chodzi mi o „pierwotne źródła konfliktu”, by użyć modnej ostatnio frazy.

Od Rzymu do Trianon

Wszystkie te obszary należały ongiś do Imperium Khmerskiego, potężnego królestwa, dominującego od IX do XV wieku w regionie kontynentalnej Azji Południowo-Wschodniej, u nas dawniej zwanej Indochinami. Rządzone z Angkoru imperium było nie tylko regionalnym mocarstwem, podbijającym niemal cały Półwysep Indochiński. Stało się również potężnym ośrodkiem cywilizacyjnym, tworzącym i narzucającym normy, od irygacji po kosmologię – takim miejscowym odpowiednikiem starożytnego Rzymu.

Niemal wszystkie dzisiejsze państwa regionu czerpią z dziedzictwa Angkoru, od Kambodży przez Laos i Birmę, na Tajlandii skończywszy. Ta ostatnia zaczynała jako wasal imperium. O tym może się przekonać każdy zwiedzający Angkor Wat, gdzie na płaskorzeźbach przedstawiono syjamskich wojów jako bandę dzikusów, wyraźnie odróżniającą się in minus od elitarnych, eleganckich oddziałów khmerskich (ten średniowieczny przykład lokalnego „orientalizmu” dobrze oddaje wzajemną sympatię Khmerów i Tajów, trwającą jak widać od wieków).

Potem karta się jednak odwróciła i Tajowie, ściślej królestwo Ajjuthai, najechało w XV wieku Angkor, niszcząc Imperium Khmerskie i zagarniając jego dziedzictwo. Kambodża z nową stolicą w Phnom Penh przetrwała, ale jako ogryzek, któremu sąsiedzi, Syjam (dawna Tajlandia) i Wietnam, zabrali najlepsze kawałki (ten pierwszy między innymi Angkor, ten drugi – Dolną Kambodżę, czyli obszar, gdzie potem założono Sajgon). Z kolei terytorium które się ostało – zwasalizowali.

„Jesteśmy dla Kambodży jak ojciec i matka”, pisał tajski król do cesarza wietnamskiego w XIX wieku, co przypominało jako żywo konsultacje Berlina z Petersburgiem na temat rozbieranej Rzeczypospolitej. Pewnie Kambodża skończyłaby podobnie, gdyby nie „cud zza oceanu”.

W połowie XIX wieku przywiało na dobre do Azji Południowo-Wschodniej Francuzów. Europejscy goście mieli dużą chrapkę na podboje kolonialne i wyraźną przewagę technologiczną. To doprowadziło do podporządkowania Kambodży, podboju na raty Wietnamu i wyrwania mu – oraz Syjamowi – części dawnych kambodżańskich ziem, w tym Angkoru (nowo założone miasto nieopodal jego ruin uroczo nazwano Siem Reap, czyli „Syjam pokonany”, to jakby przemianować Szczecin na, powiedzmy, „Germanozgliszczsk”).

Francja stała się więc dla Kambodży „tą siłą, co zła pragnąc, dobro czyniła”. Gdyby nie Paryż, to pewnie Kambodżę pamiętaliby dziś tylko historycy – jak na przykład Lannę. Jednak to, co Francuzi (od)zyskali dla (siebie w imieniu) Kambodży, stanowiło tylko część dawnych ziem Imperium. Na resztę nie starczyło już sił.

W efekcie Kambodża dziś wobec Imperium Khmerskiego jest niczym Węgry po Trianon wobec Korony świętego Stefana: ma Angkor, tak jak one Budapeszt, oraz rdzeń kraju. I to tyle. Reszta dawnych ziem imperium khmerskiego została w Tajlandii, Wietnamie, a nawet Laosie (Champasak). Tego zaś Khmerzy, podobnie jak Węgrzy, nie mogą przeboleć. I nie mogą z tym nic zrobić, bo są wśród najsłabszych państw regionu, daleko za Tajlandią i Wietnamem.

Kto tu jest ofiarą?

Khmerską postawę łatwo zrozumieć, bo Kambodża jako następczyni Imperium Khmerskiego jest niczym Włochy jako dziedzic Rzymu. Dużo ciekawej się robi, gdy przedstawi się stanowisko Tajlandii. Bangkok wbrew pozorom wcale nie uważa się za agresora i najeźdźcę, a wręcz przeciwnie: za ofiarę. I to nie tylko dlatego, że we współczesnym świecie bycie poszkodowanym jest w cenie (ongiś opłacało się być zwycięzcą, dziś ofiarą), lecz z przyczyn zupełnie odmiennego odczytania dziejów.

W ujęciu tajskim Imperium Khmerskie jest wspólnym dziedzictwem regionu, poprzednikiem wszystkich, a nie wyłącznie Khmerów. Z kolei Kambodża, ściślej Phnom Penh, jest takim samym państwem postangkoriańskim jak Ajjuthaja. Bliżej tej postawie do czegoś w rodzaju azjatyckiej wersji Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego albo uznania Rzymu za wspólne dziedzictwo całej Europy, a nie tylko Włoch.

Zgodnie z tym ujęciem Ajutthaja jako następczyni Imperium zajęła, bo mogła, połacie jego ziem i Phnom Penh nic do tego. I wszystko by się odbywało zgodnie z pożądaną logiką dziejów, gdyby nie ci Francuzi. Przybyli i zabrali Tajom część ich ziem i narzucili niesprawiedliwą granicę w traktach z 1904 i 1907 roku.

W efekcie do dziś w Tajlandii silne jest poczucie krzywdy z rąk kolonizatorów.

Zaś po internecie krążą mapki „utraconych ziem”, obejmujące spore części Kambodży, kawałek Birmy i niemal cały Laos. Tak więc, jakby się ktoś pytał, to Tajlandia jest ofiarą, a sprawcami są kolonialiści. Quod erat demonstrandum.

Komu się (nie) powiodło

Jakby tego wszystkiego było mało, doszła do tego trudna historia najnowsza. W okresie powojennym Tajlandia, skądinąd jedyne nieskolonizowane ongiś państwo regionu, poradziła sobie dobrze, stając się silnym azjatyckim średniakiem i rozpoznawalnym globalnie państwem. Kambodży poszło znacznie gorzej – dostała rykoszetem w drugiej wojnie indochińskiej (tak fachowo nazywa się wojnę w Wietnamie), Czerwoni Khmerzy zafundowali jej ludobójstwo, sprowokowali inwazję Wietnamu i kolejną wojnę domową. Ta ostatnia zakończyła się na dobre dopiero w 1999 roku po ostatecznej klęsce zmarłego rok wcześniej Pol Pota i dogadaniu się zwycięzców z resztą czerwonokhmerskich bojowników.

Kambodża to dziś państwo słabe, biedne i zdominowane przez Chiny (co i tak jest per saldo dla Khmerów lepsze niż poprzednie podporządkowanie znienawidzonemu Wietnamowi). W żaden sposób nie może się równać zamożnej i stabilnej – mimo nieustannej wewnętrznej politycznej nawalanki – Tajlandii. Miarą wzajemnej asymetrii i najbardziej dojmującym przykładem losu Kambodży jest fakt, że do wybuchu ostatnich starć granicznych w Tajlandii pracowało około miliona khmerskich gastarbeiterów.

Mamy więc dwa sąsiadujące ze sobą od wieków, nielubiące się narody z trudną historią i nieustaloną do końca granicą. A to dopiero początek kłopotów.

Strzelając do świątyni

W grudniu 2008 roku, podczas mojego pierwszego z prawie dziesięciu wyjazdów do Kambodży, wybrałem się do (nie)sławnej świątyni Preah Vihear. Nie było to proste: w Anlong Veng, gdzie znajduje się miejsce kremacji Pol Pota, kończyła się normalna droga. Dalej trzeba było jechać kilka godzin motocyklem po żwirze, z pyłem wdzierającym się w każdą część ciała (po dotarciu zrobiłem sobie zdjęcie, służące mi potem za backpackerski skalp), a następnie wjechać stromą ścieżką w górę, by ujrzeć położoną na samym szczycie wzgórza świątynię. Tam powitały mnie banery z propagandowymi hasłami typu „zjednoczeni w obronie khmerskiej suwerenności” czy „z dumą urodziłem się Khmerem” oraz wojsko kambodżańskie w pozycjach bojowych.

Wszystko przez to, że niedługo wcześniej doszło tam do kolejnej strzelaniny o kontrolę nad angkoriańską świątynię. W 1962 roku Kambodża i Tajlandia próbowały rozwiązać spór w sposób kompromisowy, zwracając się o mediację do ONZ. Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości w Hadze, z Polakiem w składzie, przyznał świątynię Kambodży. Wyrok wywołał furię Tajlandii.

Dla Bangkoku stanowiąca podstawę orzeczenia trybunału granica zapisana w traktatach syjamsko-francuskich jest niesprawiedliwa, bo narzucona siłą przez kolonizatorów.

A skoro tak, to „prawo (międzynarodowe) prawem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie”. Tajlandia po prostu uznała, że wszystkie te międzynarodowe mediacje i oenzetowskie sądy nie mają sensu, skoro przyznają rację Kambodży. Stanęła na stanowisku, trwającym do dziś, że spory trzeba rozwiązać bilateralnie. To oczywiście ją premiuje, bo jest silniejsza pod każdym względem. W ten sposób kwestii granicy nie rozwiązano do dziś.

Długo leżała odłogiem, bo obie strony miały ważniejsze sprawy, takie jak ludobójstwo i wojna domowa w Kambodży czy pomniejsze zawieruchy w Tajlandii. Dopiero jak sprawy w miarę się uspokoiły, sprawa granicy wróciła, wypadając jak trup z szafy. Po raz pierwszy w owym 2008 roku, gdy Kambodża postanowiła wpisać świątynię na listę UNESCO. To rozwścieczyło tajską opinię publiczną. Będące wówczas w Bangkoku u rządowego żłobu „czerwone koszule” (patrz niżej), walczące o polityczne przetrwanie, musiały zareagować asertywnie. Efekt? Trwające naprzemiennie kilka lat walki, z ponad trzydziestoma zabitymi, co jak na dzisiejszą skalę trzeba uznać za wersję light.

Potem długo był spokój. W 2023 roku, po 15 latach wróciłem do świątyni Preah Vihear i nie mogłem jej poznać. Po żołnierzach nie było śladu. Na górę prowadziła teraz nowa droga, a świątynię częściowo odrestaurowano, naprawiając szkody wyrządzone w czasie walk (strzelanie do niej jej nie służy). Można było napawać się zachwycającym widokiem – świątynia leży na szczycie ostrego klifu, odsłaniając panoramę na ciągnące się po horyzont równiny – i dojść do błędnych wniosków, że historia się skończyła.

Wujek…

Jednak w 2025 roku sprawa granicy powróciła z przytupem. W czerwcu wybuchły starcia, które usiłowali zatrzymać przywódca Kambodży Hun Sen i premierka Tajlandii Paetongtarn Shinawatra. Tu trzeba zrobić przerwę w opowieści, by przedstawić protagonistów oraz wprowadzić kluczową zmienną, czyli sytuację wewnętrzną.

Hun Sen pochodzi ze zbombardowanej przez Amerykanów w latach sześćdziesiątych XX wieku prowincjonalnej wsi. Bliskie zetknięcie się z amerykańskim eksportem demokracji doprowadziło go do przystąpienia do Czerwonych Khmerów. Walcząc w ich szeregach, stracił oko, zyskał żonę i zdobył Phnom Penh. Po zwycięstwie piął się w górę w szeregach ludobójczego reżimu, aż… w pewnym momencie uciekł do Wietnamu. Przeszedł na stronę przeciwników Pol Pota i wrócił do Kambodży wraz wojskami wietnamskimi obalającymi czerwonokhmerskich ludobójców. Słowem, dzięki opanowaniu najważniejszej w życiu każdego polityka umiejętności, jaką jest zmiana barw, okazał się wyzwolicielem, a nie zbrodniarzem.

Pozostał lojalną marionetką Wietnamczyków. W 1985 roku mianowano go przywódcą Kambodży, sądząc, że da się go kontrolować. Do czasu: w 1989 roku Hun Sen wykiwał swoich patronów, wykorzystując pierwszą okazję, do emancypacji z ich czułego uścisku. Podobnie wykolegował innych rywali, chociażby księcia (potem króla) Sihanouka, ongiś wyzywającego Hun Sena od „jednookich bandytów”, a kończącego swą barwną karierę jako bezwolny monarcha zamknięty w złotej klatce.

Hun Sen przeczekał również ONZ, próbujący wprowadzać w Kambodży demokrację. Gdy zorganizowane przez oenzetowców wybory przegrał, po prostu odmówił ustąpienia z urzędu. Doprowadził wówczas do kuriozum w postaci… powołania dwóch premierów (oraz kilku wicepremierów, kilkudziesięciu ministrów, ponad setki wiceministrów i dwóch sekretariatów). To unikatowe systemowe rozwiązanie, przy którym polska kohabitacja to szczyt efektywnego administrowania krajem, skończyło się po kilku latach obaleniem przez Hun Sena swego współpremiera, księcia Ranariddha (syna Sihanouka).

Wreszcie, bohater tej opowieści doszedł do porozumienia z częścią, swoich byłych kolegów – czyli walczącymi wciąż Czerwonymi Khmerami – gwarantując im bezkarność i możliwości biznesowe w zamian za złożenie broni. Zaprowadził tym wreszcie pokój, skutecznie hamując próby rozliczenia ludobójczych zbrodni (skazano tylko kilku liderów Czerwonych Khmerów, dalsze zaprowadzanie sprawiedliwości mogące doprowadzić na korytarze obecnej władzy przyblokowano). Obraz uzupełnia podporządkowanie się Chinom, w których Hun Sen znalazł znacznie wygodniejszego od Wietnamu, USA czy ONZ patrona, i to zarówno politycznie, jak i korupcyjnie.

Umęczonej nieszczęściami Kambodży Hun Sen dał wytchnienie, a nawet pewien (zależny) rozwój, za cenę (bardzo) grubej kreski, korupcji i autorytaryzmu.

Wpierw dość umiarkowanego, stopniowo twardniejącego, dziś już o wyglądzie prawdziwej satrapii, nieudolnej, skorumpowanej i rodzinnej. Będąc dwa miesiące temu w Phnom Penh po kilkuletniej przerwie, z fascynacją odkryłem nieobecny tam do tej pory kult jednostki. Portrety Hun Sena, w tym w wojskowym mundurze na tle armii, widnieją teraz nad głównymi ulicami miasta, spoglądają również z sal hotelowych i restauracyjnych, do tej pory zarezerwowanych dla wizerunków obecnego króla Norodoma Sihamoni i świętej pamięci księcia Sihanouka.

Prawdziwa polityczna dynastia w kraju rodzi się dziś nie w pałacu królewskim, tylko w familii Hunów. W 2023 roku Hun Sen przeprowadził sukcesję, mianując premierem swojego syna, Hun Maneta. Jednak dopóki żyje ojciec, syn może sobie objąć każde kierownicze stanowisko w państwie, a i tak to do „wujka” Hun Sena wszyscy będą zwracać się o radę.

…i córka

Rozmówczynią Hun Sena była Paetongtarn Shinawatra, córka Thaksina Shinawatry, znana z bycia… córką swego ojca. Thaksin to jedna z najważniejszych postaci politycznych dziejów Tajlandii przełomu wieków. Członek rządzącego establishmentu, który po kryzysie 1997 roku przeistoczył się w trybuna ludowego i rzucił wyzwanie „starym pieniądzom”, jak czule nazywa się rządzące w królestwie elity.

Przez kilka lat swego premierowania pomnażał wpływy polityczne i majątek własny oraz zwolenników, zwanych „nowymi pieniędzmi”. Aż wreszcie został obalony w zamachu stanu w 2006 roku. Chwilę potem uciekł z kraju, między innymi do Kambodży (tak, tak!), a następnie do Dubaju, skąd przez swoich awatarów, takich jak siostra czy zięć, kierował partiami i ugrupowaniami.

Miały one wiele nazw i kilka inkarnacji, lecz powszechnie nazywano ich „czerwonymi koszulami”, reprezentującymi (w uproszczeniu) prowincjalne północnowschodnie elity, biedniejszą część kraju i oczywiście lud (stąd ten kolor czerwony). Walczyły one z „żółtymi koszulami”, czyli starymi elitami dworsko-armijno-biznesowymi i w ogóle wyższymi sferami z Bangkoku. Jak u władzy byli „żółci”, to „czerwoni” robili masowe demonstracje i wygrywali organizowane dla uspokojenia sytuacji wybory; wtedy „żółci” ich obalali (za pomocą niezależnego sądownictwa lub wojska), na co „czerwoni” odpowiadali masowymi protestami i tak w kółko. Wreszcie armia, niby niezależna, a w istocie bardzo „żółta”, weszła na dobre, w 2014 roku dokonując kolejnego zamachu stanu, pisząc pod siebie nową konstytucję i przeprowadzając na jej podstawie wybory w 2019 i 2023 roku.

Te ostatnie, mimo wyjątkowo kreatywnego systemu politycznego (wybory odbywają się do izby niższej parlamentu, izbę wyższą mianuje dwór królewski, a następnie obie izby głosują nad premierem i rządem), wygrali nie ci, co mieli: trzecia siła z partii Phak Kao Klai (Move Forward), domagająca się radykalnych zmian w państwie. Na to zgody być nie mogło. Zwycięskim przywódcom nie pozwolono utworzyć rządu (niezależne sądownictwo kolejny raz zdało egzamin), w zamian montując koalicję… „czerwonych” z „żółtymi” [sic!], czyli walczących ze sobą od dwóch dekad na śmierć i życie wrogów.

To mniej więcej tak, jakby w Polsce, jak gdyby nigdy nic KO dogadało się dziś z PiS-em i stworzyło koalicję PO–PIS-u. W Tajlandii było to jak najbardziej możliwe.

Społeczeństwo jest tam przyzwyczajone do pragmatycznego rozumienia polityki i ma cyniczny, czyli zdrowy, stosunek do niej.

W wyniku układu zawartego przez dawnych wrogów Thaksin wrócił z banicji do kraju. Został pro forma aresztowany na lotnisku, ale szybko ułaskawiony przez króla. Z kolei na czele rządu stanęła jego córka, Paetongtarn. W opowieści tej nie ma jednak happy endu, by tak to ująć, bo złączona uniwersalną maksymą „wróg mojego wroga jest moim przyjacielem” koalicja od początku była niestabilna, wstrząsana wojnami podjazdowymi dwóch wciąż nieprzyjaznych sobie obozów.

A rozmowa telefoniczna Paetongtarn Shinawatry z Hun Senem tylko dolała oliwy do ognia.

Burza po ciszy

Początkowo telefon uspokoił sytuację, co okazało się ciszą przed burzą. Gdy strona kambodżańska upubliczniła [sic!] rozmowę (umieszczając ją na facebookowej stronie Hun Sena), Tajlandia eksplodowała. Okazało się bowiem, że Paetongtarn nie tylko była wobec Hun Sena (zbyt) grzeczna, nazywając go „wujkiem” i prowadząc rozmowę w tonie podporządkowania.

To by jeszcze uszło – jest w końcu młodszą kobietą rozmawiającą ze starszym mężczyzną, dodatkowo dawnym kolegą politycznym jej ojca (tak, tak, Thaksin i Hun Sen byli kumplami, nieprzypadkowo to właśnie do Kambodży Thaksin wpierw uciekł). W Azji Południowo-Wschodniej polityczka tak właśnie powinna się zachowywać. Nawet jeśli jest formalnie szefową rządu silniejszego kraju.

O wiele gorsze było to, że Paetongtarn winę za starcia graniczna zwaliła na… własnego generała, wyrażając się o nim nieprzyjaźnie i lekceważąco. To też politycznie nie dziwi: Hun Sen to przywódca sprzymierzonego, zagranicznego klanu, a wojsko tajskie to tradycyjni wrogowie familii Thaksina. Tyle że brzmiało to mniej więcej tak, jakby polski premier po hipotetycznej wymianie ognia na granicy polsko-rosyjskiej knuł z Putinem przeciwko krajowym przeciwnikom z wrogiego plemienia. Wybuchł gigantyczny skandal. Zaś „żółci” nie przepuścili okazji: niezależne sądownictwo kolejny raz wkroczyło do akcji, usuwając Paetongtarn z urzędu.

Jej miejsce zajął Anutin Charnvirakul z partii Bhumjaithai. Ten objął urząd tylko pod warunkiem… że zrobi to na chwilę, by przeprowadzić wybory. Na razie słowa dotrzymał, rozwiązując izbę niższą, co toruje drogę do elekcji. W nich wszystkie główne ugrupowania liczą na wycięcie swoich wrogów. Zaś pokazywanie twardości w kwestii granicy to w tych warunkach oczywista oczywistość.

„Zwęszyli kasy pełne”

Najciekawsze w tym wszystkim jest pytanie, dlaczego Khmerzy opublikowali to nagranie? Dało ono chwilowego wizerunkowego kopa Hun Senowi. Cena jednak okazała się wysoka. Starć w czysto militarnym sensie Kambodża nie wygrała, był raczej remis ze wskazaniem na Tajlandię. Afera osłabiła także klan Thaksinów i uderzyła w Kambodżę oraz jej mieszkańców. Tajlandia zamknęła granicę i wygoniła khmerskich gastarbeiterów, bijąc przy okazji rykoszetem w turystykę – ważną gałęź gospodarki kambodżańskiej.

Będąc w listopadzie 2025 roku w obu tych krajach wyraźnie odczułem asymetrię skutków. W Bangkoku turystów było (prawie) tyle co zawsze, zaś w Kambodży pustki. Po Ta Phrom i innych porośniętych dżunglą świątyniach Angkoru można sobie było chodzić niemal jak dwadzieścia lat temu. Chińscy, japońscy czy koreańscy uczestnicy masowych wycieczek zniknęli, ku rozpaczy miejscowych, tracących podstawowe źródło dochodu.

No więc czemu Hun Sen to zrobił? Nie ma jednej odpowiedzi. Zetknąłem się z wersjami od przekalkulowania po próbę legitymizacji rządów syna, co jest w ograniczonym stopniu przekonywające. W listopadzie w kręgach dyplomatycznych Bangkoku usłyszałem jeszcze inną, skłaniającą do myślenia spekulację.

Upublicznienie rozmowy telefonicznej miało być zemstą.

Thaksinowie obiecać mieli Hun Senowi udziały w Bangchak, tajskim potentacie naftowo-energetycznym, oczywiście „na słupa” (miał być nim Benjamin Mauerberger alias Ben Smith, powiązany z szemranymi biznesami kambodżańskich centrów oszustw internetowych). Ale dealu nie dowieźli, zostawiając kambodżańskiego przywódcę na lodzie. Hun Sen miał odpłacić się im, „zatapiając” Paetongtarn.

Jakkolwiek nie sposób zweryfikować tej wersji, brzmi ona wiarygodnie. W Kambodży i Tajlandii tak jak w innych krajach można – jak to ongiś ujął nieśmiertelny Tuwim – „na tysięczną modłę Ojczyznę szarpać deklinacją” i „judzić «historyczną racją» o piędzi, chwale i rubieży”, że „za ojczyznę bić się trzeba”, a tak naprawdę chodzi o to, że tym „królom z panami brzuchatemi […] gdzieś im nafta z ziemi sikła i obrodziła dolarami”, że „coś im w bankach nie sztymuje” i „zwęszyli kasy pełne […] tłuste szuje”.

Bez względu na to, jak było, po wybuchu walk Hun Sen, podobnie jak jego tajscy odpowiednicy, nie miał już drogi odwrotu i musiał bronić „piędzi, chwały i rubieży”, bo przegrana oznaczałaby nici z sukcesji, jeśli nie gorzej.

Nietrwały pokój

W tę niesamowicie skomplikowaną układankę historyczno-nacjonalistyczno-sąsiedzko-emocjonalno-klanowo-korupcyjną wszedł z charakterystycznym dla siebie taktem i umiarem Donald Trump. Poproszony przez liderującego wówczas ASEAN-owi premiera Malezji Anwara Ibrahima o dołączenie do wysiłków na rzecz pokoju, nakazał zwaśnionym stronom zaprzestanie walk, bo jak nie, to uderzy w nich cłami. Azjaci zareagowali przewidywalnie, czyli unikiem. Pod koniec października 2025 roku niby się pogodzili, walki chwilowo ustały, a Trump ogłosił sukces i zakończenie kolejnej wojny. Jednak po ledwie miesiącu spór odżył, w takiej samej, jeśli nie jeszcze brutalniejszej formie.

Starcia trwały niemal cały miesiąc, do 27 grudnia, gdy Tajowie i Khmerzy podpisali wreszcie porozumienie o wstrzymaniu ognia, które o dziwo utrzymało się do dziś. Co doprowadziło do tego nieoczekiwanego pokoju – do końca nie wiadomo. Jedni przypisują to Trumpowi, który niczym sienkiewiczowski Tuhaj-bej „rozsierdiłsja” i pogroził Bangkokowi i Phnom Penh za ich recydywę. Inni przypisują tę rolę Chinom, mającym zakulisowo przymusić oba państwa do zatrzymania walk. Do tego nurtu interpretacji dopisać można jeszcze naciski krajów ASEAN-u, zmęczonym i zirytowanym trwającym pół roku konfliktem między dwoma członkami stowarzyszenia. Ten regionowi zdecydowanie nie służy – ani jego kręgom biznesowym, ani branży turystycznej. Swoją rolę odegrać mógł wreszcie fakt administrowania Tajlandią przez odchodzącego premiera Anutina – tymczasowość rządu sprzyja zawieraniu niepopularnych społecznie decyzji. A może adwersarze doszli do porozumienia wreszcie w innych, kluczowych, a niewidocznych sprawach?

Wszystkie te wersje, zresztą wzajemnie się niewykluczające, są tyleż wiarygodne, co niesprawdzalne. Słowem, nie wiadomo ani czemu zaczęli się bić, ani czemu skończyli. Jednak „pierwotnych źródeł konfliktu” nie usunięto, bo tego się zrobić nie da. Taka przerwa to i tak najlepsze, na co można w tym wszystkim liczyć.