Do Kijowa po raz pierwszy od dłuższego czasu przyszła prawdziwa zima – znana z dziecięcych wspomnień, kiedy pierwszy śnieg wyciąga wszystkich na ulice, od dzieci po dorosłych. Rzucaliśmy się śnieżkami, podczas gdy w mieszkaniach okresowo wyłączano prąd w wyniku rosyjskich ataków. Wtedy wydawało się, że opady śniegu to te ciepłe, dobre chwile, których tak bardzo nam brakuje. Jednak radość nie trwała długo.

Gdy w pierwszych tygodniach stycznia temperatura spadła do –10°C, surowa pogoda stała się bronią w rękach wroga. Rosja rozpoczęła zmasowane uderzenia w infrastrukturę krytyczną: ucierpiały Dniepr, Zaporoże, Odessa, Charków i Chersoń. Kijów zamarł w oczekiwaniu.

8 stycznia ostrzeżenia napłynęły jednocześnie z kilku źródeł, w szczególności z Ambasady USA oraz od prezydenta Wołodymyra Zełenskiego. Komunikat był lakoniczny – dziś i w najbliższych dniach nie ignorujcie alarmów przeciwlotniczych. Sytuacja wyglądała poważnie.

Presja zamiast pokoju

W nocy z 8 na 9 stycznia zeszłam do metra, które już od czterech lat pełni funkcję schronu. Było tam wielu ludzi: z rozkładanymi łóżkami, torbami, zwierzętami domowymi. Położyłam się obok kobiety z dzieckiem. Dziecko długo płakało, ale nikt nie zwracał na to uwagi – w takich miejscach obowiązuje niepisana solidarność. Być może wielu z nas w tamtym momencie chciałoby znów stać się dzieckiem, przytulić do mamy i po prostu popłakać.

Jeszcze przed północą pojawiła się informacja o uderzeniu rosyjskiej rakiety balistycznej średniego zasięgu Oriesznik w pobliżu Lwowa – około 80 kilometrów od granicy z Polską. Natychmiast napisałam do przyjaciół ze Lwowa: „Wszystko OK?”. Na szczęście obyło się bez ofiar. Celem były magazyny gazu. Rosja nazwała atak „odwetem” za rzekomy ukraiński zamach na rezydencję Putina. To narracja całkowicie oderwana od rzeczywistości, ale typowa dla rosyjskiej propagandy.

Tej nocy nie spałam. Metro drżało – raz od przejeżdżających pociągów, innym razem od odległych eksplozji. Alarm przeciwlotniczy trwał ponad pięć godzin. O 4.36, gdy ogłoszono odwołanie alarmu, wróciłam do domu.

Rano z wiadomości dowiedziałam się, że w wyniku ataku w Kijowie zginęły cztery osoby, a 25 zostało rannych. Ponad pół miliona mieszkańców zostało bez prądu, a sześć tysięcy budynków bez ogrzewania. W wielu miejscach brak dostępu do wody. Przez cztery dni nie było ciepła, a energię elektryczną włączano według harmonogramu 8/2 – osiem godzin bez prądu, dwie z nim. W moim bloku temperatura spadła do 11°C, podczas gdy na zewnątrz, nocą, utrzymywała się na poziomie –17°C. Ogrzewanie przywrócono dopiero 12 stycznia.

13 stycznia doszło do kolejnego ataku: 25 rakiet balistycznych uderzyło jednocześnie w kilka regionów Ukrainy. Część z nich udało się zestrzelić, jednak trafienia w podstacje ponownie sparaliżowały system energetyczny. Prąd w moim mieszkaniu pojawiał się na kilka godzin, po czym znikał na ponad dobę. Stacja zasilania, kupiona specjalnie na takie sytuacje, całkowicie się rozładowała. Pracując zdalnie, byłam zmuszona szukać miejsca z generatorem.

Z czasem zaczęły zamykać się nawet duże supermarkety, bo ich infrastruktura energetyczna nie była przystosowana do tak długich przerw. Z półek zniknęły chleb i woda, choć ogólnie sytuacja pozostawała pod kontrolą. Produkty o największym popycie wróciły na półki następnego dnia.

Kijów – społeczeństwo pod presją

18 stycznia sytuacja w części Kijowa zaczęła się stabilizować. Jednak wiadomość o budynku wielorodzinnym, w którym temperatura spadła poniżej zera, wstrząsnęła opinią publiczną. W jednym z takich bloków mieszka między innymi weteran wojenny poruszający się na wózku inwalidzkim.

Dla wielu jedynym ratunkiem stały się tak zwane Punkty Niezłomności – publiczne ogrzewane przestrzenie – namioty stworzone przez władze lokalne.

Małe i średnie przedsiębiorstwa nadal funkcjonują, choć kosztem wzrostu cen. Restauracje i sklepy działają na generatorach dieslowskich. W warunkach wojny kwestie ekologii schodzą na dalszy plan, priorytetem staje się przetrwanie.

Wszyscy pozostają w „trybie oczekiwania”: w najbliższych dniach możliwe są kolejne ataki, w tym na podstacje ukraińskich elektrowni jądrowych, czyli największego źródła energii elektrycznej w kraju, zapewniającego 50–55 procent produkcji. Kolejne trafienia mogą pogorszyć sytuację. Dlatego każdy, kto ma taką możliwość, szuka „planu B” – wyjazdu za granicę do przyjaciół lub rodziny albo przynajmniej na zachód Ukrainy, gdzie sytuacja jest mniej krytyczna.

Te ataki nie są przypadkowe. Ich celem jest wywarcie presji społecznej i wymuszenie ustępstw politycznych związanych z punktem negocjacji pokojowych, co do którego strony wciąż nie osiągnęły porozumienia, czyli kwestią ustępstw terytorialnych. Jednak według badania Kijowskiego Międzynarodowego Instytutu Socjologii przeprowadzonego w dniach 9–14 stycznia, 54 procent Ukraińców uważa przekazanie całego obwodu donieckiego Rosji – nawet w zamian za warunkowe gwarancje bezpieczeństwa – za całkowicie nieakceptowalne. Zaledwie 8 procent byłoby gotowych łatwo zgodzić się na taki warunek.

Dane te są kluczowe dla zrozumienia nastrojów społecznych. Ukraińcy postrzegają presję energetyczną nie tylko jako zagrożenie humanitarne, lecz także jako próbę złamania politycznej woli społeczeństwa. To z kolei wywołuje efekt odwrotny – większą mobilizację i jedność.

Dlaczego się „trzymamy”

W społeczeństwie, w którym wojna dotknęła niemal każdą rodzinę, stanowisko wojskowych ma szczególną wagę i to ich opinii w dużej mierze słuchają cywile, oceniając możliwe decyzje polityczne. Ukraińcy doskonale zdają sobie sprawę, że żołnierz na froncie nie ma ani metra, ani punktów ogrzewania, ani aplikacji ostrzegających przed atakami. Jednocześnie to właśnie wojskowi – jako główni uczestnicy wojny – artykułują kluczowe rozumienie jej istoty: jest to wojna egzystencjalna, której konsekwencje będą kształtować przyszłość na dekady. To zrozumienie porządkuje społeczną hierarchię lęków.

Dlatego dziś nie dominuje panika, lecz cierpliwość. Ciepłe koce, termosy, plan awaryjny. I oczekiwanie aż miną mrozy. Bo po każdej zimie przychodzi wiosna.