Pamiętają Państwo intrygę przeciw rodzinie Corleone w „Ojcu Chrzestnym”? Pozostający w cieniu don Barzini rękami Virgila Sollozzo i rodziny Tattaglia chciał zamordować niechętnego do zawarcia porozumienia w sprawie handlu narkotykami Vita Corleone. Zuchwałe zabójstwo miało osłabić resztę rodziny pozbawionej swojej głowy. Ta jednak, bardziej niż starzejący się ojciec chrzestny, była otwarta na rozwój nowej gałęzi przestępczej działalności. Akt przemocy miał więc wymusić na niej zawarcie nowego mafijnego układu.

Mafijny tryb działania

Czyż nie przypomina to tego, co wydarzyło się w Wenezueli? Administracja Donalda Trumpa od dłuższego czasu wywierała presję na Nicolasa Maduro. Sięgając po różnorakie preteksty i narzędzia, „zachęcała” wenezuelskiego dyktatora do podporządkowania się i ustąpienia. Ten jednak ugiąć się nie chciał.

Efekt znamy: Maduro został porwany przez amerykańskie siły specjalne i będzie sądzony w Stanach Zjednoczonych za handel narkotykami.

W przeciwieństwie do planu Barziniego z „Ojca Chrzestnego”, plan Trumpa się powiódł.

W Wenezueli nie doszło jednak do wewnętrznego przewrotu – władzę w dalszym ciągu niepodzielnie dzierżą dawni stronnicy Maduro. Urząd prezydenta piastuje więc była zastępczyni dyktatora, Delcy Rodríguez. Do utrzymania się u władzy wystarczyła deklaracja, że wenezuelskie władze będą teraz bardziej otwarte na amerykańskie wpływy. Tamtejszej opozycji zostały upokarzające hołdy poddańcze składane w nadziei, że amerykański prezydent spojrzy na nią przychylniejszym okiem. María Corina Machado przekazała Trumpowi nawet swoją pokojową nagrodę Nobla. Cnotę straciła, rubelka nie zarobiła.

Oferta nie do odrzucenia

Albo czy pamiętają państwo historię, którą Michael Corleone w trakcie wesela siostry opowiada swojej narzeczonej? Tę o propozycji nie do odrzucenia, którą Vito złożył szefowi orkiestry. Ten miał zwolnić z kontraktu przed terminem piosenkarza Johnny’ego Fontane’a – syna chrzestnego mafijnego bossa. Na dokumencie rozwiązującym rzeczoną umowę znalazł się podpis kapelmistrza – albo jego roztrzaskany przez kulę pistoletu mózg. Czy dziś ktokolwiek zdziwiłby się, gdyby Donald Trump złożył Danii podobną ofertę nie do odrzucenia w sprawie zakupu Grenlandii?

Być może przesadzam, porównując błahostkę, jaką jest kariera spokrewnionego z mafiosem piosenkarza, do Grenlandii, mającej, jak przekonuje Trump i jego akolici, kluczowe znaczenie dla bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych. Jednak przejęcie Grenlandii jest dla USA sprawą tak pilną, że w nowej narodowej strategii bezpieczeństwa opublikowanej zaledwie kilka tygodni temu jej nazwa wymieniona jest całe… zero razy. Natomiast w amerykańskiej bazie Pituffik stacjonuje obecnie 150 żołnierzy, podczas gdy w czasie zimnej wojny ta liczba sięgała nawet dziesięciu tysięcy.

Powrót koncertu mocarstw

Przejęcie wyspy to więc w rzeczywistości raczej nie sprawa najwyższej wagi bezpieczeństwa, o którą warto zaryzykować wojnę celną z Unią Europejską albo podważyć sens istnienia NATO. To pretekst do wysłania mającego efekt mrożący sygnału amerykańskim sojusznikom i skłócenia ich ze sobą, by dzięki temu móc wywierać większy nacisk na każdego z nich z osobna. Albo sposób na ułatwienie ekspansji gospodarczej zaprzyjaźnionym z prezydentem USA biznesmenom?

Donald Trump wyobraża sobie regulowanie relacji pomiędzy państwami, jak robiło to pięć przestępczych rodzin z „Ojca Chrzestnego”, które podzieliły Nowy Jork na swoje terytoria.

Nowa amerykańska strategia bezpieczeństwa wyraźnie przecież rysuje obraz świata podzielonego przez największe mocarstwa na wyłączne strefy wpływów. Na swoich terytoriach mocarstwa panować mają niepodzielnie, nieskrępowane niczym poza – jak ujął to Trump – „własną moralnością”.

Nowa rzeczywistość

Zapomnijmy więc o przewidywalności i stałości. Ulica, a wraz z nią lokalny capo, może w mafijnym świecie zmienić swojego właściciela (albo jak Maduro swoją ulicę stracić i zostać zastąpiony innym namiestnikiem). Tak samo w nowej rzeczywistości międzynarodowej żaden sojusz nie będzie stały i pewny. Natomiast sami sojusznicy mają być nimi tylko z nazwy. Nie mają być przecież partnerami, ale wasalami. Takimi, których do porządku przywołuje się cłami – lub pałką.

Zapomnijmy też o deklaracjach, podobnych do tej, jaką Barack Obama złożył na placu Zamkowym w Warszawie, mówiąc, że artykuł 5 Traktatu Północnoatlantyckiego wyryty jest w skale. Zamiast tego Trump oferuje członkostwo w „Radzie Pokoju” za jedyny miliard dolarów. Brzmi jak haracz? Ma brzmieć.

Nie zarysowałem tych analogii, aby romantyzować politykę Donalda Trumpa.

„Ojciec Chrzestny” nie jest barwną historią o szlachetnym mafiosie motywowanym troską się o swoją rodzinę – tę prawdziwą i tę mafijną. Jest historią upadku i degeneracji.

Upadku, którego największe koszty ponoszą najbliżsi capo di tutti capi dona Corleone, padając ofiarą mieszanki jego rzekomo chłodnych kalkulacji biznesowych, nieskrępowanych namiętności i osobistej vendetty. Światem „Ojca Chrzestnego” nie rządzą zasady i moralność, ale brutalna siła.

Wizja Trumpa jest niekorzystna dla Polski

Upada liberalny, oparty na prawie porządek międzynarodowy. Wielce niedoskonały, mający swoje ograniczenia, ba! – często fasadowy, podtrzymywany dzięki zgniłym kompromisom i solidnej dawce hipokryzji. Ale przy tym być może będący jednym z największych osiągnięć cywilizacyjnych ludzkości. Dzięki któremu najpotężniejsi nałożyli na siebie pewne ograniczenia w imię większego dobra.

Z polskiej perspektywy był to porządek, który stał się fundamentem złotej ery w dziejach naszego kraju w ostatnich trzech dekadach.

Jego alternatywą jest rywalizacja mocarstw. Nie przesądzam, czy w nowej rzeczywistości Polskę spotka katastrofa. Być może uda nam się nawigować przez te wzburzone wody w taki sposób, który pozwoli nam dobić szczęśliwie do kolejnego portu. Ale naiwnością byłoby ignorowanie sytuacji, w której strukturalne ramy rozwoju Polski ulegają osłabieniu. Tak samo jak wiara, że poddaństwo wobec protektora i mrzonka pełnej autonomii zapewnią nam spokój i przetrwanie.

Wyzwanie dla elit

Wystarczy rzut oka na historię. Era rywalizacji mocarstw przyniosła nam pod koniec XVIII wieku rozbiory. Z kolei pójście za „dającym nam przykład, jak zwyciężać mamy” Napoleonem pokazało, jak kruche jest pokładanie nadziei w zewnętrznych protektorach. Dopiero po pierwszej wojnie światowej objawienie się, choć jeszcze nieśmiałe, świata opartego nie tylko na sile, lecz także na zasadach, dało nam niepodległość.

Kolejny rozdział rywalizacji mocarstw i jego zakonserwowanie w formie zimnowojennego podziału świata przyniósł tragedię drugiej wojny światowej oraz lata zniewolenia w bloku wschodnim. Przełom roku 1989 i pełen rozkwit liberalnego porządku światowego dały nam wolność, suwerenność i stworzyły cieplarniane warunki do rozwoju.

Nie ma gotowych recept i odpowiedzi na postępującą brutalizację rzeczywistości międzynarodowej. Stworzenie ich to pokoleniowe wyzwanie dla naszych elit politycznych. Jeśli szukają oni inspiracji, powinni uważnie wsłuchać się w przemówienie kanadyjskiego premiera Marka Carneya na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos [tekst dostępny tutaj – przyp. red.]. Czas na równie odważną wizję z naszej strony.