W średnim filmie „Civil War” Alexa Garlanda jest scena wybitna. W trakcie wojny domowej pojmani dziennikarze są przesłuchiwani przez jednego z bojowników. Żołnierz, grany przez Jesse’ego Plemonsa, właśnie zastrzelił jednego z nich. Inny reporter stara się uspokoić sytuację i mówi: „Jesteśmy Amerykanami”. Na to żołnierz, stojący na tle masowego grobu, mierzy do niego z karabinu i nonszalanckim tonem pyta: „Ale jakimi Amerykanami jesteście?” [What kind of American are you?].

W świecie Garlanda to, kto, o co i dlaczego walczy, jest drugorzędne. Nie ma momentu, w którym gasną światła i zaczyna się nowy ustrój. Jest ciąg drobnych zdarzeń, z których każde da się jeszcze wytłumaczyć: „procedura”, „zagrożenie”, „błąd”, „samoobrona”. W pewnym momencie jest za późno na to, żeby się wycofać, i kraj pogrąża się w bratobójczej walce.

Kadry z Minneapolis wyglądają jak jeden z tych momentów, kiedy jeszcze wszystko dało się wytłumaczyć.

Władza głosi prawdę

Alex Pretti, 37-letni pielęgniarz, z telefonem w ręku nagrywał interwencję funkcjonariuszy, którzy zaczęli brutalnie pacyfikować obecnych na ulicy ludzi. Jeden z agentów kilkakrotnie użył wobec nich gazu pieprzowego. Pretti próbował zasłonić się przed strumieniem i pomóc przewróconemu człowiekowi wstać. Został otoczony przez kilku agentów i powalony na ziemię. Jeden z funkcjonariuszy wyjął mu z kabury broń i oddalił się od szamotaniny. Pretti obezwładniony leżał na ulicy. Wtedy inny agent wyciągnął broń i oddał pierwszy strzał w plecy z bardzo bliskiej odległości. Po chwili dołączył kolejny funkcjonariusz. W leżące na ulicy ciało wystrzelono 10 pocisków. Wszystko trwało mniej niż minutę.

Renée Good, równolatka Prettiego i matka trójki dzieci, została zastrzelona w tym samym mieście kilka tygodni wcześniej. Jej ostatnie słowa, skierowane do przyszłego mordercy, brzmiały: „Spoko, nie jestem na ciebie zła”. Po oddaniu trzech strzałów z bliskiej odległości w stronę odjeżdżającego samochodu, agent nawet nie podszedł w stronę jadącego bezwładnie pojazdu. Odwrócił się, rzucając: „głupia suka”, wsiadł do auta i odjechał. 

W takich sytuacjach zazwyczaj uruchamia się znany zestaw słów: procedury, śledztwo, dochodzenie, domniemanie niewinności. Nie tym razem. Donald Trump i jego ludzie przedstawili jedyną słuszną interpretację wydarzeń. Renée Good stała się „wewnętrzną terrorystką”, która miała „celowo wjechać w funkcjonariusza ICE”. Alex Pretti – „zamachowcem”, planującym „masakrę funkcjonariuszy”, mimo że nawet nie sięgnął po swoją legalnie posiadaną broń.

Cel był jeden – zdefiniować rzeczywistość, zanim zrobią to inni. 

Władza najpierw ogłasza wersję wydarzeń, a potem sprawdza, kto ośmieli się ją podważyć.

Orwell jednak nie pisał o lewakach? 

Przez lata George Orwell funkcjonował w prawicowej debacie jako straszak: metafora cenzury, poprawności politycznej i „lewackiej nowomowy”. Tymczasem sam Trump sugerował, że nie powinno wierzyć się temu, co widać na ekranie. Bohater prawicowego uniwersum sparafrazował więc diagnozę Orwella dotyczącą władzy: „Partia kazała ci odrzucić dowody własnych oczu i uszu”.

Kiedy więc nagrania są „niepełne”, świadkowie „stronniczy”, a rzeczywistość „wymaga kontekstu”, tak naprawdę chodzi o narzucenie narracji. Masz widzieć to, co władza mówi, że widzisz. Albo wypad. 

Władza, która działa w ten sposób, nie opiera się już na instytucjach, lecz na relacjach. Liczy się dostęp, rozpoznawalność i okazywana publicznie lojalność. Komunikaty wyprzedzają decyzje, a decyzje – możliwość sprzeciwu. Kto potwierdza wersję wydarzeń, zostaje w obiegu. Kto ją kwestionuje, natychmiast z niego wypada. W takim układzie procedury stają się przeszkodą, a prawo – narzędziem używanym wybiórczo. Najważniejsze jest to, czy potrafisz odczytać sygnał wysyłany z góry i odpowiednio wcześnie się do niego dostosować. 

W tej logice funkcjonariusze federalnej agencji ICE [Immigration and Customs Enforcement] i Straży Granicznej stają się czymś więcej niż tylko służbą walczącą z nielegalną imigracją. Reakcje administracji i jej sojuszników złożyły się w narrację, w której brutalność nie jest błędem, lecz instrumentem. Wiceprezydent J.D. Vance publicznie mówił, że agentów przed konsekwencjami prawnymi chronią immunitety. Później podkreślał, że nie mówił o „absolutnej” ochronie, ale sygnał był jasny – odpowiedzialność jest względna, jeżeli cele będą zrealizowane.

Federalna formacja nie jest już chaotyczną grupą „zepsutych”, słabo wyszkolonych funkcjonariuszy, która ma walczyć z nielegalną imigracją. W praktyce zaczęła funkcjonować jako instrument systemowej przemocy. 

ICE oraz funkcjonariusze Straży Granicznej wielokrotnie wykazali się brakiem profesjonalizmu i moralności. Ale to wcale nie znaczy, że ma być inaczej. Ma być tak, jak jest. 

Są to elementy spektaklu, który ma zastraszyć, sparaliżować i ustalić granice dopuszczalnego sprzeciwu. Przekonać, że prawda, którą wszyscy widzieli na dziesiątkach nagrań, nie ma znaczenia. Że nie ma żadnych reguł i nikt nie jest bezpieczny. Że każdy, kto próbuje kontrolować władzę, nawet z telefonem w ręku, może zostać zastrzelony w biały dzień na środku ulicy, a sprawcy pozostaną bezkarni. 

Kamera, która w liberalnej wyobraźni miała być mechanizmem kontroli władzy, staje się elementem inscenizacji. Rejestruje nie nadużycie, ale sygnał dawany społeczeństwu przez władzę stosującą systemową przemoc. Nagrania nie są więc problemem do wyciszenia, lecz materiałem do przemyślenia, czy warto się buntować.

Przemoc musi być widoczna

To, co wydarzyło się w Minneapolis, można by opisać jako serię nadużyć: błędy funkcjonariuszy, zbyt agresywną interwencję, fatalne decyzje podejmowane pod presją. Taki opis pozwala wierzyć, że problem da się rozwiązać korektą procedur, szkoleniem albo wymianą kadr. Tyle że w tej historii nic nie wskazuje na to, by system zawiódł.

Przeciwnie: wszystkie elementy zadziałały szybko, spójnie i bez wahania. Strzały padły. Narracja została ogłoszona. Wątpliwości unieważnione. Trump twierdzi, że ogranicza go jedynie jego własna moralność. A Gregory Bovino, w coraz bardziej przekonującym cosplayu wannabe-nazisty, dodaje, że jedynymi ofiarami są agenci. 

W tej logice przemoc ma być widoczna i bezkarna. Jak w przypadku Trumpa, który nigdy nie zaakceptował porażki w 2020 roku, nawoływał do puczu, a następnie ułaskawił prawie 1600 osób, które brały udział w szturmie na Kapitol. Instytucje państwowe nie znikają, ale zmieniają rolę: z arbitra stają się zasobem. 

Takim, który można wykorzystać punktowo, selektywnie, personalnie – na przykład odsuwając lokalne władze i służby od śledztwa.

To instrument wykorzystywany nie tylko w kraju, ale i za granicą. Nie podoba się? Uważaj, bo kończysz jak Maduro. Nie chcesz oddać części swojego kraju? Czas na mafijne groźby i szantaże.

Biały Folwark

Oprócz przemocy i manipulacji funkcjonuje jeszcze jeden mechanizm, który stał się znakiem rozpoznawczym drugiej kadencji Donalda Trumpa: uczynienie z państwa rodzinnego folwarku. Coś, co w Polsce znamy z lokalnej skali, w Stanach Zjednoczonych przybrało rozmiar stereotypowo amerykański.

Ustalenia „New York Timesa” pokazują, że w ciągu roku Trump i jego najbliżsi wzbogacili się o co najmniej 1,4 miliarda dolarów.

Poprzez licencje, ugody w procesach wytaczanych mediom (coraz częściej stosujących autocenzurę), kryptowaluty, kontrakty technologiczne oraz prezenty od obcych rządów. Na czele z Boeingiem 747 wartym 400 milionów dolarów, złotym a skromnym, podarunkiem od Kataru, który prezydent planuje zatrzymać po zakończeniu urzędowania.

Nie jest to ani przypadek, ani efekt uboczny próżności. To prosty komunikat: dostęp do władzy kosztuje. A granica między tym, co publiczne, a tym, co prywatne, przestaje obowiązywać, ponieważ sam prezydent definiuje swój interes jako rację stanu.

Szyld MAGA? Ty też możesz go mieć

Państwo niby dalej działa, ale na zasadzie franczyzy. Jej pozyskanie nie daje bezpieczeństwa, prędzej chwilę spokoju. Funkcje uznane za zbędne, na czele z kontrolą wybranych podmiotów, wyłącza się wprost, usuwając konkretne urzędy lub ludzi, albo pośrednio – przez cięcia budżetów i masowe zwolnienia urzędników. Zyski są prywatne, ryzyko publiczne, a lojalność ważniejsza od prawa.

Jeśli któryś z zagranicznych przywódców chce znaleźć się bliżej centrum decyzji, na przykład zostając członkiem Rady Pokoju, miliard dolarów wystarczy. A jeśli nie – zawsze można kupić bluzę z kolekcji Kai Trump, wnuczki prezydenta, promowanej w sesji zdjęciowej z ogrodów Białego Domu.

Instytucje nie znikają, ale są coraz wyraźniej pozbawiane autonomii, stając się narzędziami kar i nagród. Stopniowo są wykorzystywane przeciwko rywalom Trumpa. A jeśli są niewygodne, to po prostu się je pomija.

Ten sam mechanizm widać w relacji tej władzy z mediami. To nie tylko walka o narrację i zastraszanie pozwami. To wprost ograniczenie dostępu prasy do miejsc, w których zapadają decyzje – eliminowanie z nich niepożądanych redakcji, selektywne przyznawanie akredytacji, wiz i przepustek. Dziennikarze nie są już przeciwnikami w debacie, lecz przeszkodą logistyczną. Jeśli nie ma ich na miejscu, nie ma pytań. Jeśli nie ma pytań, nie ma problemu.

Dwór bez króla

W tym układzie media się uczą, kiedy lepiej nie zadawać pytań; urzędnicy – kiedy lepiej nie podpisywać dokumentów; politycy – kiedy lepiej pojechać z wizytą, złożyć hołd albo zamilknąć. Nie liczy się to, co zapisane, lecz to, kto jest czyj. 

Sposób podejmowania decyzji w administracji Donalda Trumpa często wygląda na pozbawiony sensu. I zapewne taki bywa w praktyce, ale w tym pozornym nieładzie jest metoda. Politolodzy Stacie E. Goddard i Abraham Newman proponują dla tego porządku nazwę: neo-royalism.

To system funkcjonujący jak dwór: realna sprawczość znajduje się w rękach rywalizujących koterii i klik, a państwo staje się infrastrukturą obsługującą ich interesy. W zamian oczekuje jednego – bezwarunkowej lojalności. Okazywanej publicznie i na czas.

Jedną z takich kluczowych klik są dziś technooligarchowie – dawni beneficjenci liberalnego ładu, którzy coraz jawniej dystansują się od jego norm, celebrując „męską energię” i niechęć wobec kontroli. Zniechęceni wizją regulacji ze strony demokratów, gremialnie poparli Trumpa, prężąc się w pierwszym rzędzie podczas inauguracji. Narracja o wolności słowa staje się tu wygodnym alibi dla braku odpowiedzialności nad działaniem algorytmów.

Platformy technologiczne nie są w tym układzie neutralnymi pośrednikami, lecz maszynami dystrybucji przychylności i gniewu. Kapitał nie lobbuje już po cichu – demonstruje lojalność publicznie, wiedząc, że w zamian otrzyma ochronę i wsparcie.

Wydrążone imperium 

W takim świecie nie trzeba niszczyć filarów państwa prawa ani zmieniać konstytucji. Wystarczy je wydrążyć. Zostawić fasadę, ale przejąć środek. ICE, media publiczne, sądy, regulatorzy, a nawet słabsze państwa o sprzecznych interesach – wszystkie te elementy mogą dalej funkcjonować, o ile wpisują się w logikę kar i nagród. Gdy nie chcą, pojawia się presja: finansowa, personalna, symboliczna. A gdy to nie wystarcza – przemoc.

System władzy Trumpa to klasyczny układ dworski: oparty na dostępie do ciała władzy, osobistej łasce, rywalizacji klik i permanentnej niepewności.

To forma znacznie starsza niż faszyzm, o który Trumpa coraz częściej się oskarża – i właśnie dlatego tak skuteczna jako jego wehikuł przejściowy.

W późnej republice rzymskiej instytucje formalnie istniały: senat obradował, urzędy działały, prawo było cytowane. Ale realne decyzje zapadały w otoczeniu princepsa, w sieci patronów, faworytów i wykonawców. Wersal Ludwika XIV nie zlikwidował szlachty; zamknął ją w pałacu i uzależnił od audiencji oraz drobnych gestów łaski. Postsowieckie autokracje poszły jeszcze dalej: państwo pozostało na papierze, lecz władza skupiła się w wąskim kręgu ludzi połączonych lojalnością, strachem i wzajemnym szantażem. 

Pytanie o faszyzm nie ma sensu 

Sam prezydent, którego fizyczny i psychiczny stan zdrowia pogarsza się coraz szybciej, jest tu drugorzędny. Donald Trump nie musi być ideologicznym faszystą, by tworzyć warunki, w których faszyzm staje się możliwy. 

Wystarczy, że systematycznie usuwa ograniczenia: podważa niezależność instytucji, unieważnia fakty jako punkt odniesienia, nagradza brutalność i bezkarność, a przemoc przedstawia jako konieczność. Przekracza kolejne granice i przeciera szlak dla swojego znacznie bardziej radykalnego otoczenia i potencjalnych następców.

Faszyzm zaczyna się od praktyk władzy, które stopniowo czynią opór kosztownym, a lojalność racjonalną strategią przetrwania. Dlatego tak istotne jest to, że przemoc – ta uliczna, policyjna, administracyjna – nie jest tu anomalią ani „błędem systemu”. Jest jego testem. Sprawdza, kto się podporządkuje, kto odwróci wzrok, kto uzna, że to nie jego sprawa. Nie potrzeba tu powszechnej zgody. Wystarczy powszechna adaptacja.

W klasycznych analizach faszyzmu powraca jeden motyw: polityka przestaje być sporem o interesy i rozwiązania, a zaczyna być walką o dominację. Nie chodzi już o to, kto ma rację, lecz kto ma siłę. Prawo nie znika, a staje się narzędziem. Media nie są cenzurowane wprost, a uczą się same, gdzie leży granica. Władza nie ogłasza stanu wyjątkowego, a po prostu zaczyna działać tak, jakby obowiązywał.

Mechanizm już działa? 

Porządek dworski tylko w tym pomaga. Nie narzuca ideologii, lecz dyscyplinuje zachowania. Nie wymaga wiary, tylko lojalności. Nie potrzebuje masowego entuzjazmu. Wystarcza mu strach, oportunizm oraz rachunek zysków i strat. W takim układzie faszyzm nie musi wyważać drzwi, które właśnie są otwierane.

I to jest zasadnicza różnica między pytaniem „czy Trump jest faszystą” a tym, co naprawdę powinno nas dziś interesować: czy system, który buduje, potrafi funkcjonować bez przemocy, bez wroga i bez permanentnego stanu mobilizacji. Jeśli odpowiedź brzmi „nie”, etykieta jest bez znaczenia. Mechanizm już działa.

Nikt nie ogłosi tego wprost. Będą za to kolejne „incydenty”, „procedury”, decyzje, które da się jeszcze osobno wytłumaczyć. Do czasu.

Władza, która musi codziennie demonstrować siłę, lojalność i bezkarność, nie robi tego dlatego, że jest pewna siebie, lecz dlatego, że wie, jak krucha jest jej pozycja.

Taki porządek opiera się na nieustannym napięciu. Pęka nie w chwili wielkiego buntu, lecz wtedy, gdy coraz więcej osób dostrzeże logikę jego działania.

Jeśli ten moment nadejdzie za późno, pytanie o etykiety straci sens. Zostanie tylko system, który zadziałał zgodnie z planem. I ludzie, którzy nauczyli się w nim żyć.