
Pod koniec 2025 roku w wydawnictwie Filtry ukazała się głośna i nagradzana (Książka Roku według „The Sunday Times”, „The Independent”, „The Irish Times” oraz „Granta”) książka autobiograficzna cenionej poetki Amy Key. „Aranżacje w kolorze Blue. Notatki o miłości i budowaniu sobie życia” [tłum. Agnieszka Pokojska] to autobiograficzna opowieść o tym, jak zbudować dobre życie poza granicami romantycznych relacji.
Sylwia Góra: Czy myślisz, że w naszej kulturze jedynym akceptowanym sposobem bycia singielką/singlem jest szukanie romantycznej miłości za wszelką cenę – chodzenie na randki i praca nad sobą po to, żeby stać się „najlepszą wersją siebie”, a znalezienie miłości to nagroda, która na ciebie czeka, jeśli tylko wystarczająco się postarasz?
Amy Key: Tak, sama dokładnie tak się czułam. Czułam, że moje życie jest w gruncie rzeczy porażką, bo nie „poprawiłam się” wystarczająco, żeby być pożądaną, godną miłości, jakby było we mnie coś zepsutego. I myślałam, że jedyny alternatywny sposób, który inni zaakceptują, to uczynić z bycia singielką coś w rodzaju „tożsamości”. Odrzucić miłość i mówić, że mnie ona nie obchodzi. Miałam wrażenie, że są tylko dwa przeciwstawne stany, w których ludzie potrafią sobie wyobrazić osobę samotną: albo taką, która desperacko chce związku i cierpi z powodu jego braku, albo taką, która odrzuca miłość i deklaruje, że jej nie potrzebuje. A ja byłam gdzieś pomiędzy.
Bywały momenty, kiedy czułam, że moje życie nie jest „pełne” i bolał mnie brak miłości. A innym razem czułam się zupełnie dobrze – nie myślałam o sobie jako o „osobie samotnej”. Myślałam o sobie po prostu jako o człowieku żyjącym swoim życiem, tak samo jak żyją ludzie w parach. Ale myślę, że działa tu wykluczające etykietowanie, bo tak wiele osób mówi o sobie „my”, „nam”, „u nas”, kiedy ty mówisz: „ja”.
Nie lubię interpretować wszystkiego przez pryzmat dzieciństwa, ale to ważny wątek w twojej książce: jak model rodziny, który widzimy jako dzieci, wpływa na nasze dorosłe życie. Nie piszesz dużo o rodzicach i ich relacji, ale jednak w książce jest ona obecna.
Tak – i tak naprawdę nie miałam w dzieciństwie wzorców romantycznej miłości, do których mogłabym aspirować. Wspominam w książce, że być może najbardziej pozytywną relacją, jaką widziałam, była relacja moich dziadków – piękna, oparta na byciu ze sobą. Ale z drugiej strony, z tego co potrafiłam ocenić, była całkowicie pozbawiona zaskoczenia czy pożądania. Za to była w niej cudowna, pełna współczucia miłość. Dziadkowie stworzyli wokół siebie poczucie bezpieczeństwa i stabilności.
Natomiast w późniejszych latach mojego życia romantyczna miłość to był chaos, oparty głównie na namiętności, która jest nie do utrzymania na dłuższą metę. I trochę żałuję, że nie widziałam więcej dobrych, jakościowych relacji romantycznych, bo to zawsze pokazuje także umiejętność radzenia sobie z konfliktem i dobrą komunikację w związku. Myślę, że gdybym widziała takie relacje, to byłabym dużo pewniejsza siebie w moich wczesnych związkach. I być może nie godziłabym się na takie „prawie-związki” i niedookreślone relacje, w których się znajdowałam albo w które sama się pakowałam.
Ważne jest też to, jak od dzieciństwa, zwłaszcza jako dziewczynki, uczymy się mierzyć życie tak zwanymi „kamieniami milowymi”, takimi jak: poważny związek, małżeństwo, dziecko. Nasi dziadkowie i rodzice to pokolenia, które właściwie nigdy tego nie kwestionowały. Po prostu tak „miało być”. My jesteśmy za to pokoleniem, które chyba po raz pierwszy naprawdę zadało sobie pytanie: czy ja na pewno tego chcę?
Absolutnie tak! I myślę, że to, co może nam bardzo pomóc spojrzeć na to inaczej, to dostrzeganie ludzi, którzy decydują się wybierać zupełnie inne rodzaje „kamieni milowych” w swoim życiu. Myślę o takich rzeczach jak na przykład sytuacja, gdy ktoś potwierdza swoją tożsamość płciową, zostaje obywatelem nowego kraju, zdobywa uprawnienia w nowym zawodzie, ma usuniętą macicę z powodu choroby. Jest mnóstwo rzeczy głęboko dla nas znaczących, a jednak nie ma wokół nich takiego „karnawału”, powszechnej celebracji, oprawy.
A gdybyśmy poświęcili czas na to, żeby te rzeczy nazwać i je celebrować, to myślę, że czulibyśmy mniejszy ciężar porażki wtedy, gdy tradycyjne „kamienie milowe” nie pojawiają się w naszym życiu. Bo zobaczylibyśmy inne drogi i inne rzeczy, które warto świętować –więcej różnorodności w okazjach, które tworzą dobre i satysfakcjonujące życie, w wyborach, jakie możemy podejmować.
Jednym z tych „kamieni milowych” jest macierzyństwo. Jednak wciąż jest ono pełne mitów i tematów tabu: nie rozmawiamy o depresji poporodowej ani o tym, że kobiety nagle zdają sobie sprawę, że spełniły wszystkie kulturowe oczekiwania, ale na przykład nienawidzą bycia matką. Ty piszesz o tym otwarcie: o aborcji, o swoich odczuciach związanych z możliwością zostania matką.
Zastanawiam się, czy częścią tego tabu nie jest też to, że rodzice, zwłaszcza matki, tak naprawdę nie mają prawa mówić o tym, jak trudne jest dla nich przejście do rodzicielstwa. To też jest temat tabu. I myślę, że to może prowadzić do poczucia „my” i „one”: ta dobra kobieta, która zostaje matką, i ta samolubna, która matką nie zostaje.
Mam wrażenie, że po obu stronach istnieje mnóstwo założeń na temat motywacji ludzi, zarówno tych, którzy decydują się na rodzicielstwo, jak i tych, którzy się na nie nie decydują. Na przykład dość często jestem pytana, czy „dołączę do rozmów” o byciu „child-free”, jakby to była jakaś odznaka honorowa. Dla mnie nie jest. I nie postrzegam siebie jako bezdzietnej w sensie tragicznym – sugerującym pragnienie bycia matką i niemożność jego spełnienia.
Ja byłam w zupełnie innym miejscu: po prostu nie wiedziałam, czy chcę być matką. W końcu „przegapiłam” moment tej decyzji i zrozumiałam, że to też będzie w porządku – że będę żyć obok ciekawości i sporadycznej żałoby po tym, że matką nie jestem. Ale jednocześnie cenię wszystko w moim życiu, co mam bez tego doświadczenia.
Wstyd to kluczowe słowo dotyczące kobiet, wszystkie dobrze znamy to uczucie. Piszesz o nim w różnych kontekstach: wygląd, posiadanie lub raczej nieposiadanie rzeczy, które wskazywałyby, że jesteśmy wystarczające i tak dalej.
I wciąż się z tym zmagam. Wiem, że moje zdrowie psychiczne się pogarsza, kiedy zaczynam wydawać pieniądze na rzeczy typu: makijaż, ubrania, pójście do salonu na jakiś zabieg. Bo jest w tym poczucie: „jeśli tylko naprawię mój zewnętrzny wygląd, to naprawi się coś we mnie”. A oczywiście nigdy się tak nie dzieje, więc próbujesz dalej. Ale ja mam tę lekcję nieodrobioną. Po prostu brnę w to dalej. Ale przynajmniej teraz jestem świadoma tego zachowania w sposób, w jaki wcześniej nie byłam.
Z drugiej strony, nie ma w tym nic złego, że chcemy wyglądać ładnie, jeśli robimy to dla siebie. Jednak skąd pewność, że robimy to tylko dla siebie, a nie dla innych, choć nie chcemy tego przyznać nawet przed sobą.
Są rzeczy, które zawsze sprawiają, że czuję się dobrze, a nie mają nic wspólnego z tym, czy czuję się atrakcyjna, czy nie. Na przykład czysta pościel w łóżku, kąpiel z bąbelkami i tak dalej. Wszystkie te małe sposoby dbania o siebie. Wyjście na zewnątrz i pozwolenie, żeby słońce przez chwilę ogrzało mi twarz. Posadzenie czegoś w ogrodzie. Te wszystkie rzeczy niezawodnie sprawiają, że czuję się dobrze. Ale czasem wydawanie pieniędzy też sprawia, że czuję się dobrze [śmiech].

Wiele kobiet pozostaje w związkach, które ich nie uszczęśliwiają, ponieważ boją się być same. Mam przyjaciółkę, która kończyła jeden związek i od razu wchodziła w kolejny. Kiedy zapytałam ją, dlaczego nie chce spędzić trochę czasu sama i przemyśleć, co poszło nie tak w związku, który zakończyła, oraz zastanowić się, co przynosi jej radość, szczęście i spełnienie, odpowiedziała, że musi być „czyjaś”.
Myślę, że to bardzo powszechne: ludzie boją się samotności i mają poczucie, że muszą być przed kimś „rozliczani”, być za kogoś odpowiedzialni, być w przestrzeni współzależności. Jednak niesamowicie wartościowe jest to, by nauczyć się lubić własne towarzystwo i czuć się bezpiecznie samemu ze sobą. I myślę, że poczucie bezpieczeństwa w pojedynkę może tylko pomóc twoim relacjom, również tym najbliższym – czy to przyjaźniom, relacjom rodzinnym, czy związkom romantycznym.
A relacje romantyczne, które najbardziej podziwiam, to te, w których ludzie pozostają niezależni. Pielęgnują przyjaźnie, rzeczy, które kochają i które sprawiają im przyjemność. Są naprawdę szczęśliwi, gdy spędzają czas osobno, a potem bardzo świadomie planują czas razem. I to jest taki rodzaj relacji, jaki chciałabym mieć. Byłoby mi naprawdę smutno, gdybym znalazła się w związku, który by się skończył, a ja musiałabym natychmiast zastąpić go kimś innym. Jak mogłabym mieć pewność, że to dobra motywacja, by z kimś być?
Jest też druga strona tego medalu: trend bycia singielką, ale bardzo konkretnego typu – taką, która gardzi miłością. O tym też piszesz w swojej książce, ale nie utożsamiasz się z nią.
Dokładnie, nie utożsamiam się z takim modelem. Jednak czułam, że jedną z motywacji do napisania tej książki było to, że naprawdę nie chciałam być osobą, która stała się tak przestraszona, krucha i lękliwa, że nie jest gotowa podjąć żadnego ryzyka. Bo myślę, że aby dążyć do miłości, albo po prostu mieć dobre, sensowne życie, trzeba żyć, a życie wiąże się z ryzykiem porażki. I myślę, że to strach przed tym zamienia ludzi w osoby, które gardzą miłością i ją odrzucają. Bo łatwiej jest być defensywnym niż dopuścić możliwość, że może ci się przydarzyć coś bolesnego. Teraz próbuję więc być kimś, kto jest gotów ryzykować i stawiać się w sytuacjach, w których jest się bezbronnym.
Znów zaczęłam randkować. I to jest naprawdę przerażające, zwłaszcza jeśli ludzie znają moją książkę, bo ona nie jest najlepszą reklamą tego, żeby się ze mną umawiać [śmiech]. Wcześniej po prostu nie byłam gotowa znów wystawić się na zranienie, ale teraz zrozumiałam, że to coś, co muszę zrobić, jeśli chcę żyć życiem, jakiego pragnę. A życie, którego pragnę, zakłada możliwość posiadania partnera romantycznego. Choć nie jest to konieczność. Bez partnera też będzie OK.
Ale ta książka nie jest tylko o relacjach romantycznych. Bycie singielką wpływa na różne sfery życia, ale coś, co wydaje mi się szczególnie ważne, widać na przykładzie związanym z pracą. Często przychodzi taki moment, kiedy singielka/singiel muszą się dostosować, bo inni mają rodziny i związane z tym obowiązki, a w powszechnym przekonaniu ty masz czas i mniej odpowiedzialności.
Doprowadza mnie to do szału, bo w gruncie rzeczy oznacza, że twój czas jest mniej wartościowy niż ich czas. Ustawia nas w hierarchii i utrwala stygmat osób samotnych.
Długo zmagałam się poczuciem, jakbym nie była „poważną, dorosłą osobą” w taki sam sposób, jak ludzie, którzy mają partnera albo partnera i dzieci. I myślę, że osoby w związkach powinny być o to pytane i konfrontowane. Jest coś takiego jak „przywilej pary”, o którym ludzie w ogóle nie chcą mówić ani go zauważać.
Na przykład w mojej pracy naprawdę opierałam się przed proszeniem o elastyczne godziny, bo myślałam: „no wiesz, nie mam dziecka, które muszę odebrać ze szkoły, nie potrzebuję tej elastyczności”. Osoba, która ma dziecko – i najpewniej podjęła decyzję, żeby je mieć – ma obowiązki, które są dla niej ważne. Ale ja też mam w życiu rzeczy, które są dla mnie ważne, które wnoszą do mojego życia dużo. Dlatego powinnam móc mieć taką samą elastyczność pracy, bez tego ciągłego tłumaczenia się i nadmiernego uzasadniania.
Twoja książka jest też o klasie społecznej i o tym, że posiadanie mieszkania jest przywilejem. Opisujesz swoje doświadczenia związane ze współdzieleniem mieszkania z różnymi osobami, a przy okazji budujesz też definicję intymności.
Myślę, że to była kolejna rzecz, która dokładała się do poczucia porażki – nie byłam bogata, nie miałam nawet stabilnego domu, który by sprawił, że poczułabym się jak dorosła osoba, która „osiągnęła swój cel”. Myślałam, że będę miała 60 czy 70 lat i nadal będę dzielić mieszkanie z innymi ludźmi, zamiast mieć własną przestrzeń.
Ta walka jest oczywiście jeszcze trudniejsza, gdy jest się singlem i nie ma się kogoś, kto pomaga współtworzyć upragniony styl życia, kto dzieli koszty, ale też napięcie związane z próbą znalezienia domu. Dla wielu młodych ludzi marzenie o własnym mieszkaniu jest kompletnie poza ich zasięgiem. Jest czymś niemal legendarnym, bo tak działają gospodarka i rynek nieruchomości.
Kiedy udało mi się wreszcie zdobyć mieszkanie, a mieszkam tu już prawie sześć lat, poczułam ogromny spokój, że nie będę musiała znowu się przeprowadzać i że ktoś nie będzie kontrolował najważniejszej części mojego życia. To przecież jedna z naszych podstawowych potrzeb – dach nad głową, który również daje poczucie bezpieczeństwa.
Ważnym elementem tej książki jest Joni Mitchell. Tytuł „Aranżacje w kolorze Blue” to nawiązanie do jej płyty. Czy powinniśmy czytać twoją książkę, słuchając w tle jej albumu?
Niektórzy mówili mi, że tak właśnie robili, inni, że nie znali wcześniej muzyki Joni, a dzięki książce po nią sięgnęli – i to mnie naprawdę cieszy. Mitchell była dla tej książki czymś w rodzaju ducha przewodniego – czułam, że prowadzę z nią rozmowę przez całą książkę. I bardzo interesował mnie sposób, w jaki żyła, szczególnie jako młoda kobieta. Miała dziecko, które oddała do adopcji. Wybrała bycie bardzo podatną na zranienie w swojej muzyce, sztuce i relacjach. I była za to karana. Ale sposób, w jaki komunikowała się z ludźmi, był dla mnie niesamowicie inspirujący. I wydawała mi się idealnym źródłem inspiracji do zadawania pytań, które stawiam w tej książce.
Książka:
Amy Key, „Aranżacje w kolorze Blue. Notatki o miłości i budowaniu sobie życia”, tłum. Agnieszka Pokojska, wyd. Filtry, Warszawa 2025.