Zwycięzcy zaczęli dziesięć dni temu od obalenia pomnika kurdyjskiej żołnierki, który stał na rondzie w sercu miasta. Lokalizację wybrano nieprzypadkowo. Rondo używane było jako miejsce publicznych egzekucji za czasów rządów ISIS, którym kres położyła dopiero w 2014 roku kurdyjska ofensywa.
Odtąd aż do połowy bieżącego miesiąca władzę w syryjskiej prowincji Rakka oraz w sąsiednich Dajr az-Zaur i Hasaka sprawowały wspierane przez USA Syryjskie Siły Demokratyczne. To zdominowana przez Kurdów polityczna koalicja YPG (milicji kurdyjskiej działającej na terenie Syrii) i lokalnych arabskich plemion.
Nowe władze Syrii
W syryjskiej wojnie domowej Kurdowie starali się stać na uboczu. Niczego dobrego się nie spodziewali po władzach w Damaszku. Te w końcu część z nich pozbawiły obywatelstwa i prześladowały samo użycie kurdyjskiego języka. Ale Kurdowie obawiali się również antyassadowskiej opozycji, zdominowanej przez sunnickich islamistów.
Wprawdzie jej przywódca i były szef syryjskiej al-Kaidy, Ahmad al-Szara, był z sunnickimi islamistami z ISIS śmiertelnie skłócony. Jednak rządy silnej ręki, jakie zaprowadził w Aleppo, nie wróżyły nic dobrego.
Obawy potwierdziły się, gdy islamiści obalili dyktaturę Assada, zaś al-Szara mianował się nowym prezydentem. Masakrę alawitów w Latakii tłumaczono jeszcze tym, że to z nich pochodził obalony dyktator, a w Latakii miały się organizować niedobitki jego reżimu. Ale już późniejsze rzezie druzów, zainicjowane przez beduinów, lecz następnie kontynuowane przez przybyłe z Damaszku oddziały podlegające nowej władzy, pokazały jasno kierunek jej działań. Ofiarą miały paść wszystkie społeczności Syryjczyków, które nie są sunnickimi Arabami.
Niepewne sojusze
Już sam fakt, że patronem nowego prezydenta jest Turcja, napawał Kurdów głębokim niepokojem. Ankara od dziesięcioleci toczy ze swoimi Kurdami z PKK (Partii Pracujących Kurdystanu) krwawą wojnę, a po wyparciu z nich sił YPG, okupuje spore przygraniczne obszary w Syrii.
Kurdowie liczyli jednak, że jako sojusznicy USA w wojnie z ISIS, w której ponieśli wielotysięczne ofiary, będą nadal mogli liczyć na wsparcie Waszyngtonu. Przeliczyli się.
Prezydent Trump nakazał wycofanie z Rożawy – syryjskiego Kurdystanu – niemal wszystkich amerykańskich żołnierzy. Następnie entuzjastycznie poparł al-Szarę, za którego głowę Amerykanie wcześniej wyznaczyli nagrodę 10 milionów dolarów.
Nietrwałe porozumienia
Przywódca YPG Mazlum Abdi zawarł z al-Szarą w marcu ubiegłego roku porozumienie o stopniowej integracji Rożawy w struktury państwa syryjskiego, zaś YPG w skład syryjskich sił zbrojnych. Nie spieszył się jednak z jego wprowadzeniem w życie. Mimo że Turcja, która uważa YPG za część PKK, groziła kolejną wojną, jeśli porozumienie nie zostanie zrealizowane. YPG wprawdzie nie dąży do oderwania Rożawy od Syrii, ale pragnęła zachować jak najwięcej autonomii, wywalczonej podczas wojny domowej.
Jej administracja miałaby więc nadal rządzić trzema północno-wschodnimi prowincjami, acz we współpracy z władzami w Damaszku. Z kolei jej żołnierze mieli, owszem, wejść w skład syryjskich sił zbrojnych – ale w zwartych batalionach, dyslokowanych nadal na terenie tych prowincji. Było to dla nowego prezydenta Syrii, nie do przyjęcia.
Al-Szara pragnie bowiem odbudować unitarny model państwa z czasu rządów obalonej dynastii Assadów.
Gdy porozumienie między Szarą a Abdim wygasło 31 grudnia bez rezultatów, wszyscy spodziewali się kolejnych negocjacji i utrzymania status quo.
Syryjska ofensywa
Tymczasem Szara uderzył. Jego wojska najpierw zaatakowały kurdyjskie dzielnice Aleppo. W nich YPG, wówczas sprzymierzona lokalnie z islamistami obecnego prezydenta, sprawowała władzę od wybuchu wojny. Zaskoczone i nieprzygotowane siły kurdyjskie się wycofały, a wraz z nimi sto tysięcy przerażonych syryjskich cywili. Uciekali na tereny na wschód od Eufratu, do trzech prowincji Rożawy.
Pospiesznie podpisano zawieszenie ognia, w którym Kurdowie godzili się wycofać z i tak już utraconych terenów na zachód od Eufratu. W transmitowanym na cały kraj dwa tygodnie temu przemówieniu prezydent obiecał Kurdom przywrócenie obywatelstwa, uznanie kurdyjskiego Nowego Roku, Nourouzu, za święto państwowe, a języka kurdyjskiego za państwowy na równi z arabskim. W zamian żądał natychmiastowego wprowadzenia w życie marcowego porozumienia. Kurdowie tę ofertę odrzucili. Uznali, że ustępstwa Szary jedynie sankcjonowałyby prawa, które w demokratycznym państwie mniejszościom winny przysługiwać.
W odpowiedzi Szara uderzył ponownie. Jego wojska przekroczyły Eufrat i ze zdumiewającą łatwością pokonały Kurdów w Dajr az-Zaur – zajęły tym samym złoża ropy naftowej będące podstawą kurdyjskiej gospodarki – oraz Rakce. To wówczas obalono tam trzymetrowy pomnik kurdyjskiej żołnierki, faktycznie imponująco brzydki.
Klęska Kurdów
Ale to nie względy estetyczne zdecydowały o jego obaleniu. We wszystkich trzech prowincjach Rożawy i w ich stolicach Kurdowie stanowią co najwyżej niewielką większość, proporcjonalnie najliczniejszą w Hasace. Dokładnych danych brak. Wynika to z tego, że w niepodległej Syrii nie przeprowadzono dotąd ani jednego spisu powszechnego, ze względu na polityczną wybuchowość etnicznych i religijnych tożsamości zbiorowych.
Arabskie plemiona współpracowały ze zwycięską YPG, wspieraną i uzbrojoną przez USA. Robiły to, ponieważ podobnie jak Kurdowie obawiały się powrotu ISIS, i często nie wiązały w syryjskiej wojnie domowej nadziei ani z rządem w Damaszku, ani z islamistami Aleppo. Teraz obozy, w których więzieni byli członkowie ISIS, przejęła armia syryjska. Nie jest jasne, czy islamiści Szary przejmą rolę strażników więziennych innych islamistów, czy też raczej dopomogą im w ucieczce.
Kurdyjska dominacja bywała jednak brutalna. Z kolei obowiązująca w szeregach organizacji równość płci – nieprzypadkowo w Rakce wystawiono pomnik żołnierki, nie żołnierza – głęboko szokowała konserwatywnych Arabów. W ofensywie sił rządowych Arabowie widzieli szansę na obalenie władzy Kurdów i przywrócenie tradycyjnych porządków. Jedynie nieliczne plemiona uznały, że islamiści, nawet ci od Szary, nie od ISIS, stanowią jednak większe zagrożenie.
W efekcie YPG poniosła spektakularną klęskę. Kurdowie kontrolują dziś jedynie trzy duże miasta: Hasakę oraz przygraniczne Kamiszli i Kobane. Siły tureckie zablokowały dostęp do tych dwóch ostatnich miast, a Kamiszli ostrzelały. Do Kobane, które Turcy blokowali także podczas historycznej obrony miasta przed ISIS w 2014, władze w Damaszku obiecały otworzyć korytarz humanitarny. Miały również zapewnić, że ich wojska nie wejdą do kurdyjskich wsi. Spodziewać się należy, że obietnice te zostaną na papierze – podobnie jak te składane wcześniej alawitom i druzom. Dochodzą już informacje o pierwszych masakrach.
Dziś jedynym przyjacielem Kurdów są góry
Katastrofa Rożawy to kolejna historyczna klęska Kurdów. Rok temu PKK zgodziła się złożyć broń, w zamian za nieokreślone i do dziś niesformułowane ustępstwa polityczne Ankary. Osiem lat wcześniej iracki Kurdystan, po przeprowadzeniu referendum, ogłosił niepodległość, rychło zmiażdżoną przez wojska irackie, z poparciem i Turcji, i Iranu. W Iranie Kurdowie stanowią nieproporcjonalnie dużą część ofiar kolejnych powstań przeciwko władzy ajatollahów, lecz żadna irańska siła polityczna nie poparła choćby ich dążeń do autonomii.
Zagraniczni sojusznicy zdradzają ich z godną podziwu konsekwencją. I tak w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych szach Iranu wspierał, przy udziale Izraela, Kurdów irackich. Z kolei Saddam Husajn, pomagał Kurdom irańskim. Poparcie to skończyło się nagle, gdy obaj dyktatorzy osiągnęli porozumienie. Na początku lat dziewięćdziesiątych Syria Assada seniora wspierała PKK, lecz poparcie się skończyło, gdy Ankara zagroziła wojną. YPG cieszyło się poparciem Rosjan i Amerykanów, ale Moskwa porzuciła ich bez żalu, zaś Waszyngton uznał, że ich islamistyczni wrogowie lepiej rokują.
Kurdyjska walka zbrojna okazała się daremna – przy absolutnej i całkowicie spodziewanej obojętności świata.
Podobnie daremne są lokalne sojusze: w żadnym z krajów, które zamieszkują, nie są na tyle liczni, by być niezbędnym elementem politycznej układanki; mogą co najwyżej być przydatni do czasu. Można argumentować, że Kurdowie, zamiast walczyć, winni dążyć do uzyskania demokratycznych praw w państwach szanujących prawa mniejszości. Tyle tylko, że państwa, które zamieszkują, takimi nie są i nic nie wskazuje, by miało się to zmienić.
Pozostaje więc Kurdom powtarzane przez nich do znudzenia przysłowie, że jedynym ich przyjacielem są góry. Tak długo, w każdym razie, aż ktoś im nie złoży lepszej oferty.