Przede wszystkim, to dzieje się już poniewczasie. Z widmem kar od Komisji Europejskiej za opóźnienia w implementacji. Ostateczne brzmienie DSA unijne organy prawodawcze (a więc, dla porządku: Rada, Komisja i Parlament, w których skład wchodzą również reprezentanci Polski) uzgodniły w kwietniu 2022 roku. Do 17 lutego 2024 roku państwa członkowskie miały obowiązek wdrożyć niezbędne elementy do swoich procedur.
Co należy podkreślić, i co wydaje się po ponad dwudziestu latach Polski w UE nadal nie dla wszystkich jasne: DSA to rozporządzenie. A to oznacza, że już obowiązuje.
Polska, a także wszystkie inne kraje członkowskie musiały dostosować przepisy w zakresie klauzul delegujących niektóre kompetencje na poziom narodowy. Przede wszystkim w zakresie procedur administracyjnych, by uszanować autonomię proceduralną i tradycje konstytucyjne państw członkowskich.
Karol Nawrocki odkrywa koło na nowo
Tymczasem posłowie i prezydent próbują regulować internet od zera. Grzmią o cenzurze internetu, ochronie dzieci i regulacji platform. Tak jakby przespali ostatnie osiem lat dyskusji w tym temacie. I to, jak należy regulować internet w świecie, w którym większość danych (a zatem i władzy) należy do kilku amerykańskich hegemonów. A Europejczycy są w nim głównie dostarczycielami kontentu generującego zysk.
Nie jest też jasne, który projekt ustawy czytał i zawetował prezydent. W uzasadnieniu odwołuje się do przepisów, które w przedstawionej mu wersji się nie znalazły.
Uzasadnienie weta odwołuje się do polskiego orzecznictwa i źródeł akademickich na temat wolności słowa z wczesnych latach 2000. Czyli sprzed wprowadzenia przez Telekomunikację Polską usługi pod nazwą Neostrada. I też wydaje się, że z takiej epoki pochodzi rozumowanie stojące za tą decyzją.
To podejście wyrasta z tęsknoty za mrzonką o wolnym internecie z lat dziewięćdziesiątych i wczesnych dwutysięcznych, gdy jeszcze wydawało się, że będzie to ogólnodostępna agora wolnego, niczym nieograniczonego słowa. Problem w tym, że komercjalizacja oraz uplatformowienie (oraz idąca za tym oligopolizacja rynku) szybko zweryfikowały te ideały.
Cenzura internetu już istnieje
O tym, jakie treści możemy zamieszczać, decydują platformy w nieefektywnych i nieprzejrzystych procedurach, od których nie ma jasnej ścieżki odwoławczej.
Algorytm Facebooka bez wyjaśnienia blokował obrazy Rubensa jako pornografię, posty potępiające nazizm jako jego apologię i grupy wspierające wychodzenie z uzależnienia jako platformy sprzedażowe z narkotykami.
Google tak manipulowało wynikami wyszukiwania, by wyświetlać nie odpowiedzi najskuteczniejsze, ale na tyle niedokładne, by użytkownicy wklepywali zapytanie ponownie i dzięki temu eksponowani byli na większą liczbę reklam. Z kolei Amazon windował wyniki produktów w zależności od tego, ile zapłacili mu sprzedawcy.
Choć monopole nie są zjawiskiem nowym, to pierwszy raz do tak niewielkiej grupy platform należało podejmowanie decyzji dotyczących fundamentalnych wolności obywatelskich. Najpierw RODO, a później DSA i DMA (Akt o Rynkach Cyfrowych) miały być odpowiedzią na nieuregulowane, zdominowane przez kilku największych graczy zasady cyfrowej rzeczywistości.
DSA to kontrolowana rewolucja
Jeżeli chodzi o moderację treści, to DSA samo w sobie tylko do pewnego stopnia rewolucjonizuje dotychczasowe zasady. Przede wszystkim, nie podważa obowiązującej i inspirowanej amerykańskim prawem zasady nieodpowiedzialności platform za publikowane nielegalnych treści. Na platformach nie ciąży żaden obowiązek prewencyjnej kontroli.
DSA wprowadza ograniczenie: platformy muszą reagować na zgłaszanie nielegalnych treści, moderować je z uwzględnieniem środków odwoławczych, a także prowadzić systemową analizę ryzyka.
Jeżeli zaś chodzi o definicję „nielegalnych treści”, to odwołuje się ona do tego, co jest nielegalne w danym państwie członkowskim. W przeciwieństwie do dotychczasowego rozumienia „nielegalnego” przez platformy jako „niezgodnego z regulaminem”. To zasadnicza zmiana: platforma traci monopol na definiowanie „nielegalności”.
Różnice między państwami członkowskimi bywają kluczowe. Przykładowo, flaga z sierpem i młotem niesiona na demonstracji w Polsce przyniesie inne reperkusje niż we Włoszech. Na Węgrzech ustawy dyskryminujące mniejszości seksualne również określają pewien rodzaj treści za nielegalny – a więc również w rozumieniu DSA.
Od początku było więc jasne, że zakres tego, co może być uznane za „nielegalne”, musi być doprecyzowany, by prezes Urząd Komunikacji Elektronicznej nie miał dowolności w podejmowaniu decyzji.
Czy prezydent wie, co wetuje?
W projekcie ustawy wdrażającej DSA zaproponowanym przez polski rząd znalazły się elementy, których samo rozporządzenie nie wymagało. Na przykład procedura, zgodnie z którą UKE (albo w kontekście platform wideo – Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji) miałby kompetencję nakazu platformie społecznościowej zablokowania (albo odblokowania) treści.
Prezydent uważa, że to kompetencja zbyt daleko ingerująca w zakres wolności słowa, by mogła przysługiwać organowi administracyjnemu, a nie sądowi. Co do zasady, trudno nie przyznać mu racji – UKE nie ma poziomu niezależności i niezawisłości, który mają sądy i chociażby Urząd Ochrony Danych Osobowych (UODO).
Dlatego w celu ograniczenia kompetencji UKE projekt wdrożeniowy (po poprawkach) zakładał 27 czynów zabronionych, na podstawie których urząd mógłby nakazywać blokowanie treści. Są to czyny już teraz zabronione w polskim prawie przez kodeks karny. Wbrew temu, co twierdzi prezydent, nie obejmują kwestii dóbr osobistych czy znieważania.
Poza przestępstwem mowy nienawiści – pojęciem dużo węższym niż hejt czy ataki słowne – projekt ustawy nie sugerował, że UKE mógłby mieć kompetencje w zakresie wolności wypowiedzi. Blokada UKE byłaby też ograniczona proceduralnie tak, by uniemożliwić decydowanie o publikowanych treściach na zasadzie prezesowskiego widzimisię.
DSA zakłada więc wielopoziomową kontrolę administracyjną oraz sądową – krajową i unijną – której brak w prywatnej moderacji platform.
Prezydent ma zarzuty do tej procedury, ale bez konkretów. Czytając uzasadnienie prezydenckiego weta, można odnieść wrażenie, że dotyczy zupełnie innego projektu ustawy.
„Wolność słowa”, czyli ucieczka od odpowiedzialności
Kolejna kwestia, która nie spodobała się prezydentowi, dotyczyła regulacyjnej innowacji. DSA, uchwalono już po wejściu w życiu w RODO i ze świadomością obciążeń, jakie nakłada to na organy administracyjne.
Dlatego rozporządzenie umożliwiło udział organizacji pozarządowych zajmujących się ochroną wolności słowa we flagowaniu nielegalnych treści i informowaniu o tym platform. Propozycja wdrożeniowa do prawa polskiego zakładała, że organizacje takie finansowane byłyby ze środków publicznych.
Jednak, jak zauważa Panoptykon, wcześniej podobne organizacje korzystały ze wsparcia platform. Było tak, dopóki władzy w USA nie przejął Donald Trump, a prezesi nie ogłosili zwrotu w stronę „wolności słowa” rozumianej jako zupełny brak moderacji.
Najsmutniejsze jest w tej debacie to, że odbywa się tak późno i powiela narrację, na której najbardziej zyskują amerykańskie platformy cyfrowe.
Nie pierwszy to raz. Politykom PiS-u już zdarzyło się za Google’em i Facebookiem grzmieć o „ACTA2”, przeciwko dyrektywie, która z cenzurą internetu nie miała wiele wspólnego, a która miała chronić media przed zakusami platform.
Tym razem wydaje się, że walka równocześnie toczy się na kilku frontach: o rzekomą cenzurę w internecie narzuconą przez DSA, o identyfikację użytkowników i weryfikację wieku oraz o ochronę dzieci.
Efekt jest taki, że narracja o „cenzurze DSA” wzmacnia dokładnie tych aktorów, którzy dziś arbitralnie ograniczają widoczność treści bez jakiejkolwiek odpowiedzialności.