Najpierw trzy wyimki, jeszcze spoza „Obywatela…”. Pierwszy: „[…] Adaś był sercem KOR-u. A kiedy Kuroń zostanie premierem, to […] posadzi Adasia. Bo Adaś nie zniesie najmniejszej niesprawiedliwości”. Drugi: „Ze sprawy lustracji uczynił Michnik problemat moralny – wałkowane po tysiąc razy pytania, czy godzi się, czy mamy prawo, czy to etycznie – oraz spór estetyczny […]. Michnikowszczyzna nie przyjmuje oczywistego argumentu, że lustracja to kwestia bezpieczeństwa państwa, że były TW na wysokim stanowisku daje możliwość wpływania na najważniejsze decyzje tym, którzy mają w ręku dowody jego agenturalności”. Trzeci: „Aby wymusić swoje zdanie w bieżącej polityce, Michnik problemy polityczne przerabiał na moralne, różnice zdań w kwestiach taktycznych zamieniał w konflikt dobra ze złem, a potem oskarżeniami o zdradę lub niegodziwość próbował wymusić swoją linię”. To odpowiednio Rymkiewicz („Rozmowy polskie latem roku 1983”, s. 10 [1]), Ziemkiewicz („Michnikowszczyzna. Zapis choroby”, s. 261) i Krasowski („O Michniku”, s. 108).

Różne podejścia tych autorów do szefa „Gazety Wyborczej”, jak i różne koncepcje na temat motywacji jego najgłośniejszych gestów nie zmieniły najważniejszego – oglądanemu przez ponad czterdzieści lat Michnikowi zawsze towarzyszyła aura strażnika moralności, publicznego arbitra sporów etycznych (względnie monopolisty udzielającego na te tytuły czasowych koncesji) [2] Co więcej, gotowego (niejasne tylko, czy z przekonania, czy z cynizmu), by właśnie na język aksjologii, wierności i dobrego obyczaju przetłumaczyć każdą zbiorową wątpliwość. Utrwalana przez Michnika i środowisko „Wyborczej” niechęć do polityczności (mylonej z zaproszeniem do radykalizmu) oraz alergiczna reakcja na głos polemiczny (mylony ze złą wolą lub potajemną skłonnością do endeckich duchów) znacznie przyczyniły się do uwiądu debaty po stronie sił postępu, z którego wychodzimy być może dopiero teraz – głównie przy udziale średniego i młodszego pokolenia ideowej lewicy.

Michnik – pedagog i erudyta

Michnik-pedagog mas legitymujący się kartą dysydenta i Michnik-erudyta, przyjaciel nowych wieszczów, znajdujący w kulturze i „Kulturze” klucz do kolejnych współczesności – to dwie opowieści, które zdominowały jego wizerunek tak silnie, że muszę się napracować, by podczas ich streszczania nie powtórzyć żadnej z dyżurnych klisz (choć „aura strażnika moralności” jest już na granicy, wiem). Dlatego po „Obywatela…”, wydany przez Instytut Narutowicza krytyczny wybór tekstów poprzedzony rozbudowanym wywiadem przeprowadzonym przez Michała Siermińskiego i Przemysława Witkowskiego sięgnąłem z zaciekawieniem. 

Trudno o lepszą okazję, by w przyjaznej atmosferze nieco ten obraz odświeżyć, dorzucić do niego opowieść nową, niezgraną, ustawiającą Michnika w rolach, o których nie dyskutują raczej mu przychylni. Wreszcie – zagadnąć Michnika nie tylko o literaturę i historię, ale i o polityczne wybory, jakie podejmowała jego gazeta po okresie przemian, skonfrontować z wypaczeniami i przestrzelonymi diagnozami, dopytać: z którym z dwóch, młodzieńczym radykałem czy dojrzałym teoretykiem narodowego (choć nie tak znowu uniwersalnego) przebaczenia, gotów jest dziś bardziej polemizować. 

I choć Redaktorzy „Obywatela…” zdradzili te ambicje tylko częściowo, nie znaczy, że z opracowania nie wyłania się nic interesującego.

Solidarność

Z rzeczy ciekawych najważniejsze jest może to, że opracowanie w ogóle powstało. Historia polskiej opozycji antykomunistycznej wciąż domaga się opowiedzenia jako historia idei. Jeden Siermiński, nawet z przenikliwą „Dekadą przełomu” i odważną intelektualnie „Pękniętą Solidarnością”, nie starczy. Nieprzyzwoita to strata potencjału – mało mamy w historii procesów i zdarzeń, które tak zachęcają materiałem. Licznym i nieźle zachowanym tekstom oraz relacjom towarzyszy nieustanna praca „tradycyjnych” historyków, a wielu bohaterów wciąż trzyma się w zdrowiu; nie brak więc kontekstu i źródeł historii mówionej. Nic tylko czytać, rozmawiać i spisywać, tak by lata KOR-u i „Solidarności” przestały być tylko krynicą biogramów, a stały się też propozycją intelektualnego dziedzictwa dla współczesnych ruchów, organizacji i autorów. Instytut Narutowicza włączył się w powolne nadrabianie tej potrzebnej pracy. „Obywatela…” poprzedził chociażby przedruk pracy Jana Lityńskiego poświęconej powojennym losom stronnictwa ludowego.

Najwcześniejsze teksty ze zbioru datowane są na lata siedemdziesiąte, najpóźniejsze napisano już w trzeciej dekadzie XXI wieku. Chronologiczny, co do zasady, układ pozwala przyjąć, że dobór głównych tematów pisarstwa nastąpił u Michnika dość wcześnie, a autor pozostał im wierny przez wszystkie lata aktywności. Wiele jest więc o autorytaryzmie, nacjonalizmach, Rosji, Kościele katolickim, stosunkach polsko-żydowskich, sporo też psychologizowania – zwłaszcza (a zdarza się to często), gdy w grę w chodzi etyka, a wraz z nią namysł nad możliwością usprawiedliwienia branych na warsztat postaci. Teksty potwierdzają też tezę samego Michnika wyrażoną w wywiadzie, że język marksowskiej krytyki rzeczywistości bardzo szybko został u niego wyparty przez siatkę pojęciową liberalizmu, formalnej praworządności i praw człowieka traktowanych jako minimum moralne. Lektura tekstów i wywiadu skomplikuje też pewnie obraz tym, którzy – zgodnie z popularnym przekazem – zechcą widzieć w Michniku najprzedniejszego alarmistę polskiego antysemityzmu.

Polski intelektualista

Jeśli wierzyć samemu Michnikowi, nie widział się on był ani jako polityk, ani nawet dziennikarz, a raczej był „eseistą piszącym o literaturze, polityce, historii”. „[…] Zawsze [więc był – przyp. RS] przede wszystkim intelektualistą” [3] w stanie czystym, zaczytanym w Pomianach i Kołakowskich, który kapelusz społecznika wdział na dobre tylko na skutek okrutnej kpiny złośliwych bogów historii; wyrzucających go ze studiów, ładujących do więzień i pozwalających na partnerskie zjednoczenie sił z Kuroniem – idolem wczesnej młodości, „najwybitniejszą postacią w moim [(tj. Michnikowym) – przyp. RS] życiu” [s. 225] i zarazem klinicznym przypadkiem politycznego praktyka. 

Ten, powracający w „Obywatelu…” rozdźwięk najpełniej ujawnia się w przypadku relacji Michnika, zainteresowanego „wierszami i powieściami”, oraz Lecha Wałęsy, którego nade wszystko „fascynowała władza”, a który na widok tekstów tego pierwszego „znudziłby się po trzech akapitach” [s. 169].

Nie mam zamiaru spekulować o intencjach Michnika, nie sposób jednak przeoczyć, że utrwalona w „Obywatelu…” figura jest tytułowemu bohaterowi niezmiernie na rękę – uwiarygadnia deklaracje o sprawczości i przebłyskach profetycznego geniuszu, rozgrzeszając zarazem błędy, nieścisłości i przeoczenia. Kiedy więc Michnik jako jedna z trzech osób w Polsce przewiduje pierestrojkę na podstawie sprawozdania zjazdu radzieckich literatów [zob. „Obywatel…”, s. 187–188], zdaje się to czynić dzięki tym samym cechom, które dziś pozwalają mu przymykać oko na wady struktur kościelnych. Zaczytanie, idealizm, dążność do analizy tyle szerszej, co uogólnionej, inteligencka apologia tego, co niepraktyczne, przekonanie o wartości tez, które w momencie stawiania znaczą niewiele, ale przekroczą swój czas.

To wszystko przy świadomej, przywoływanej jakby za Wittlinem, bezsilności intelektualisty – „trudno [przecież – przyp. RS] gasić płonący dom atramentem” [s. 675]. Wreszcie więc i zgoda na konieczność zaspokojenia się z poczucia moralnej wyższości, stanu, w którym poświęca się swoje na wierzchu, by otrzymać nagrodę sumienia i liczyć na łaskawe osądzenie przez historię. Michnik nie jest głupi i w odróżnieniu od części naszych liberałów pewnie przeczuwa, że ani za „Kościół, lewicę, dialog”, ani za uwielbienie dla papieża (najpełniej spisane w tekście „Lekcja godności” [s. 411], dziś zaś posunięte tak daleko, że w sprawie wiedzy Jana Pawła II o nadużyciach seksualnych w Kościele Michnik daje wiarę kardynałowi Dziwiszowi), ani nawet za obronę prałata Jankowskiego i krytykę kobiet zakłócających nabożeństwa w 2020 roku nie dostąpi obłaskawienia przez prawicę i zachowawczych katolików. Dla tych do końca pozostanie szatanem, przyrodnim bratem zbrodniarza, synalkiem komunisty, przyjacielem Urbana. 

Czymże są jednak kwestie wizerunkowe, gdy stawką jest spójność społeczna zagrożona przez antyklerykalizm i odrzucenie rytuału – straceńcza nieomal obrona Ewangelii, „jedynego zasobnika wartości” [s. 149], choć chyba przede wszystkim symbolu, wyrasta z tego samego korzenia, co poruszająca deklaracja składana Kiszczakowi w 1983 roku z celi na Rakowieckiej – „[s]obie […] życzę, abym […] umiał być na miejscu w samą porę, gdy Pan będzie zagrożony i zdołał także Panu dopomóc. Abym umiał raz jeszcze być po stronie ofiar, a nie wśród oprawców. Choćby potem nadal miał mnie Pan zamykać w więzieniu i nadal zdumiewać się swoją głupotą” [s. 522]. 

Michnik ma więc rację – pokrętne ścieżki myślenia i emocji, które odciskają się w jego dawnych tekstach i obecnych wypowiedziach mogą inspirować wyłącznie kogoś, kto nie chce (lub już nie musi) wyszarpywać sobie przestrzeni wpływu w zastanej rzeczywistości; zafascynowany polityką atleta władzy w typie Wałęsy skazany jest zaś na nudę albo głośny śmiech już po trzech akapitach.

Dziejowa konieczność

Być może właśnie z wymienionych wyżej powodów bohater „Obywatela…” tak ofiarnie broni własnego dorobku, czym różni się od mistrzów, Kuronia i Modzelewskiego (w zbiorze umieszczono zresztą obszerne i interesujące szkice poświęcone obu opozycjonistom, odpowiednio [s. 763] oraz [s. 781]). Reagując na stawiane mu zarzuty, Michnik przypomina ojca, który przez całe rodzicielskie życie pielęgnował – uzasadnioną skądinąd – wiarę, że jego oceny i metody wychowawcze były na tle pokolenia w miarę liberalne. „Chcieć dobrze” to niestety zwykle za mało, dorosłe już dzieci w końcu wyjawią skrywane urazy i pretensje – „[…] żeby […] mieć taką fantazję, że ja odpowiadam za to, że w Polsce jest restrykcyjne prawo aborcyjne, to trzeba odwagi”, konstatuje gorzko zrezygnowany Michnik i gestem rzeczonego ojca dorzuca – „[…] ja już wiem, że jestem wszystkiemu winien, już się tego nauczyłem” [s. 154].

W interesujący sposób – choć nadużywam tu już może interpretacyjnego aparatu – wychodzi to też przy rozmowie o Marcu i ówczesnej postawie robotników. Oto Michnik, wbrew ustaleniom badaczy (choćby cenionego przez siebie Andrzeja Friszkego [4]) i podsuwanym przez Siermińskiego wspomnieniom świadków historii, utrzymuje z uporem godnym lepszej sprawy, że tamten sprzeciw był „ruchem studentów i intelektualistów”, a wystąpienia robotnicze, nawet jeśli jakieś były, to na pewno nie masowe [zob. „Obywatel…”, s. 70]. 

Każdy, kto oglądał „Człowieka z żelaza” Wajdy i pamięta wetknięty tam niedyskretnie prosty wykład najnowszej historii Polski, wie, co było dalej – zniechęceni biernością ludu intelektualiści odwrócili się od robotniczych protestów roku 1970, by lekcję z bolesnych doświadczeń nieskoordynowanego oporu obie strony miały odrobić dopiero dziesięć lat później, gdy prawdziwy sojusz ludu i elit pozwolił na rewolucję „Solidarności”. Czytałem wywiady, słuchałem świadectw, byłem w ECS-ie, toteż znam tę dialektykę doskonale. Lektura „Obywatela…” umacnia moje przeczucie, że nie o prosty sentyment do czasów gówniarskiej rewolty albo, co gorsza, o chęć jej zawłaszczenia tu idzie, a właśnie o obronę trajektorii, którą obrała formacja Michnika. Tylko dziejowa konieczność sierpniowego zwycięstwa pozwala pielęgnować tezę o końcu historii. Wzięta stąd prawomocność wyłonionych wówczas elit promieniuje natomiast na przyjęty model transformacji – zdaniem Michnika, bezalternatywny [zob. „Obywatel…”, s. 203].

Redaktor 

Problem oczywiście w tym, że Michnik nie był wyłącznie, zwłaszcza na przełomie wieków, jakimś tam sobie gazecianym eseistą, a twórcą ośrodka, który jak żaden – może poza tym toruńskim – kształtował światopoglądy i postawy. Ten wątek redaktorzy podejmują jednak niechętnie, ciekawsze są dla nich protokoły rozbieżności dotyczące kwestii materialnych – głównie stosunku do Kościoła rzymskiego, papieża Polaka, Jana Tomasza Grossa, realności współczesnego antysemityzmu nad Wisłą i filozoficznego statusu aborcji. Gdyby „Obywatela…” wziął do ręki czytelnik zagraniczny, nie czułby wagi postaci, z którą ma do czynienia. 

A może to zabieg celowy? Może popularny filtr demiurga, przez który patrzymy na Michnika, nie powinien zniekształcać odbioru tekstów dysydenckich? Może tak, bardziej jednak skłaniałbym się ku tej odpowiedzi, gdyby tematy do rozmowy urywały się na Okrągłym Stole, a sam Michnik nie był indagowany o współczesność.

Skoro o współczesności mowa, milczeniem zbyty zostaje przy okazji gospodarczy kurs „Wyborczej”, która w ostatnim dziesięcioleciu licytowała się z Forum Obywatelskiego Rozwoju na niespełnione katastrofizmy snute wokół podwyżek w budżetówce i transferów socjalnych. Mniejsza jednak o to, bo wobec pozycji, w której – za przyzwoleniem rozmówców – ustawia się Michnik, kwestia tematów pozostaje wtórna. Gdy jest się myślicielem, a nie politykiem, każdą ujawnioną lukę zbyć można przecież pogodnym wzruszeniem ramion i przypomnieniem, że „Kołakowski napisał piękny esej «Pochwała niekonsekwencji»” [s. 218]. Uczciwe omówienie i rozliczenie dorobku Michnika z czasów wolnej Polski pozostaje więc chyba przed nami. Do studiów nad tym wcześniejszym „Obywatel…” jest najciekawszym zaproszeniem od dawna.

Przypisy:

[1] W tekście korzystałem z następujących wydań cytowanych książek: J.M. Rymkiewicz, „Rozmowy polskie latem roku 1983”, wyd. Świat Książki, Warszawa 1996 (pierwsze wydanie z 1984); R.A. Ziemkiewicz, „Michnikowszczyzna. Zapis choroby”, wyd. Red Horse, Lublin 2006; R. Krasowski, „O Michniku”, wyd. Czerwone i Czarne, Warszawa 2022; „Obywatel Michnik. Myśl polityczna Adama Michnika”, red. M. Siermiński, P. Witkowski, wyd. Instytut Myśli Politycznej im. Gabriela Narutowicza, Instytut Wydawniczy Książka i Prasa, Warszawa 2025. Odwołania do książki „Obywatel Michnik” według wzoru [s. X].
[2] Pełną skalę tego skojarzenia uświadomił mi dopiero systematyczny przegląd tekstów pomieszczonych w tomie „Spór o Polskę 1989-99. Wybór tekstów prasowych”, wyd. Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2000 (wybór – Paweł Śpiewak). Na podstawie lektury można powziąć przypuszczenie, że jeśli ktoś, nie będąc przy okazji antysemitą, chciał w latach dziewięćdziesiątych Michnika zaczepić, robił to właśnie pisząc o „naszym etyku” [Cz. Bielecki, s. 244] czy kimś „roszczącym sobie prawo do stanowienia norm moralnych” [A. Wołk-Łaniewska, s. 307].
[3] A. Michnik, J. Tischner, J. Żakowski, „Między panem a plebanem”, wyd. Agora, Warszawa 2019 (pierwsze wydanie z 1995), s. 586. Za naprowadzenie na ten treściwy fragment dziękuję kol. Mateuszowi Winczurze.
[4] Zob. A. Friszke, „Opozycja polityczna w PRL 1945–1980”, wyd. Aneks, Londyn 1994, s. 247–248.

Książka:

Michał Siermiński i Przemysław Witkowski, „Obywatel Michnik. Myśl polityczna Adama Michnika”, Instytut Wydawniczy Książka i Prasa, Warszawa 2025.