Pod koniec 2025 roku w Iranie rozpoczęła się społeczna rewolta, która trwale wpisze się w historię tego kraju. Spiętrzenie katastrofalnych problemów gospodarczych (skutek wieloletniej degradacji instytucjonalnej, korupcji i sankcji) wraz z powszechną utratą nadziei na reformę systemu od wewnątrz – wyprowadziło masy na ulice.
Reżim, po około 10 dniach protestów, zablokował dostęp do internetu w całym kraju i przystąpił do pacyfikacji. Szacowana liczba ofiar śmiertelnych waha się między 6 a 36 tysiącami, co przebija wielokrotnie wszystkie dotychczasowe kampanie terroru.
Brutalność tej władzy nie jest niczym nowym
A jej totalistyczny charakter przejawia się też w tym, że w kraju nie zawiązała się żadna spójna opozycja. Długo nie mogła się ona też zawiązać w diasporze – skłóconej i rozdrobnionej. To jednak zmieniło się po wojnie dwunastodniowej, podczas której Iran został upokorzony przez Stany Zjednoczone i Izrael.
Kręgi skupione wokół Rezy Pahlawiego skutecznie stworzyły wrażenie, jakoby były w stanie zaproponować alternatywę dla islamskiego reżimu. Na wezwanie Rezy odpowiedziała część protestujących i wiele wskazuje na to, że między innymi z tego powodu reżim obszedł się z protestującymi z niewidzianą dotychczas brutalnością. Ta stanowi o jego słabości, choć upadek jeszcze nie nastąpił.
Szerzony przez rojalistów dyskurs jest wyraźny: apologia monarchii, nienawiść do irańskiego reżimu, płynnie przechodząca we wstręt do samego islamu oraz bezwarunkowe poparcie dla Izraela. Mało kto jednak brał dotąd na warsztat specyficzny składnik jej ideologii – mianowicie aryjski supremacjonizm.
Zdumiewające jest, że akurat ten aspekt umyka uwadze zachodniego medialnego mainstreamu. Jeszcze bardziej szokować powinno, że środowiska wyznające taką ideologię otwarcie deklarują się jako syjonistyczne, żarliwie dopingując Izrael w jego ludobójczych działaniach w Gazie oraz ataku na Iran.
Te wszystkie sprzeczności głoszone przez mniejszościowy segment diaspory irańskiej i jej operetkowego przywódcę, stają się jednak wtórne wobec finalnego efektu. Zyskują rozgłos i „zasięgi”, przyczyniają się wydatnie do rozsadzenia powojennej liberalnej aksjologii.
Mit aryjski
Przekonanie o pochodzeniu Irańczyków od starożytnych Ariów stanowi rdzeń współczesnego irańskiego nacjonalizmu. Jako formuła, której centrum stanowi wspólnota etniczna, rozwijał się on od drugiej połowy XIX wieku. Przypadek irański jest jednak na tle innych nowoczesnych nacjonalizmów szczególny.
To Ariowie, od których mają pochodzić w prostej linii Persowie, znaleźli się w samym sercu europejskich nowoczesnych teorii rasistowskich, które swoje apogeum znalazły w nazizmie. W Iranie natomiast mit aryjski odegrał zasadniczą rolę w budowaniu nowoczesnej tożsamości, odróżniającej Irańczyków od Arabów i Turków. Etniczny nacjonalizm zabarwiony był również erudycyjnymi dyskursami rasistowskimi (których ostrze wymierzone było przede wszystkim w Arabów jako „dzikich” „poganiaczy wielbłądów”).
Reza Szach, dziadek dzisiejszego emigracyjnego pretendenta do tronu, wspierał swoją modernizacyjną polityką upowszechnienie teorii o aryjskiej genealogii narodu i zapraszał do Iranu zachodnich uczonych parających się antropometrycznymi badaniami nad rasami ludzkimi. Ukoronowaniem była prośba skierowana do społeczności międzynarodowej, aby ta porzuciła grecką nazwę „Persja” na rzecz „Iranu” – „kraju Ariów”. Jego syn Mohammad Reza i ostatni szach, przyjął zaś wymyślony tytuł Âryâmehr – „Światło Ariów”.
W ideologii Pahlawich, świeckich modernizatorów, mit aryjski miał służyć legitymizacji świeckiego porządku poprzez odwołanie się do dziejów poprzedzających islam, który Irańczycy wyznają od podboju arabskiego w VII wieku. Należało zarchaizować etnogenezę, ale i tradycję państwową. Mit aryjski rozpowszechnił się we współczesnej kulturze irańskiej do tego stopnia, że zaadaptowali go nawet szyiccy rewolucjoniści – z ideologiem rewolucji Alim Szar’iatim na czele.
Nowoczesny mit polityczny, by istnieć i upowszechniać się, wykorzystuje zdobycze nowoczesności – narzędzia propagandy i instytucje, za pomocą których, w drodze metodycznych działań, promowana jest pożądana wizja rzeczywistości.
Ujęcie historyczne natomiast zakłada, że owszem – Ariowie byli ludem indoeuropejskim, ale na ich temat niewiele wiadomo na pewno. A tym bardziej, że cokolwiek z takiej genealogii – nawet jeśli zostałaby dowiedziona – wynika dla współczesnej kondycji Irańczyków.
Kręte drogi rasowej teorii
Iran zatem, w swoim długim trwaniu, jest produktem wielowiekowej i skomplikowanej dialektyki. Zderzeń tego co rodzime, z tym co zewnętrzne, za każdym razem przynoszących nową jakość. Islam, a także dziedzictwo innych ludów, należą do jego cywilizacji w takim samym stopniu i na takich samych prawach, jak przedmuzułmańskie dzieje.
W Iranie, inaczej niż na Zachodzie, gdzie po drugiej wojnie światowej doszło do zdyskredytowania aryjskiej teorii rasowej, ów mit początków rozwijał się w najlepsze, choć krętymi drogami. Reza Szach, choć zbliżył się do III Rzeszy, co przyniosło jego upadek, wewnątrz tępił to, co uznawał za „faszyzm”, a Narodowo-Socjalistyczna Partia Robotników Iranu (SUMKA), nawiązująca wprost do NSDAP, powołana została dopiero w 1952 roku.
Tak czy inaczej, szeroko rozpowszechnione w społeczeństwie irańskim przekonanie o wyższości nad Arabami i Turkami, czerpie wprost z mitu aryjskiego. Do dziś przyjmuje otwarcie rasistowskie formy: prymitywne żarty i nieco bardziej zawoalowane opowieści o wyższości nad „koczownikami z pustyni”.
Popularne przekonanie (szczególnie wśród nostalgików monarchii) głosi, że Irańczycy są wyspą Aryjczyków czystej krwi, otoczoną przez semicką „dzicz”, która w drodze podboju Iran zatruła. Największą zaś trucizną przyniesioną przez Arabów jest islam.
Aryjskie fantazje diaspory
Wszystkie tego rodzaju poglądy utrzymują się w diasporze, a szczególnie wśród jej rojalistycznych przedstawicieli. Główne skupiska irańskiej emigracji znajdują się w krajach anglosaskich, Niemczech, Skandynawii i Francji. Szczególnie w świecie anglosaskim, gdzie kwestie rasowe od dawna stanowią „sprawę”, Irańczycy pielęgnują swój mit pochodzenia.
W amerykańskich oficjalnych klasyfikacjach funkcjonują jako „biali”, lecz w społecznej praktyce zderzają się z popularnymi stereotypami. Socjolożka Neda Maghbouleh w książce „The Limits of Whiteness: Iranian Americans and the Everyday Politics of Race” podaje rażące przykłady. Jedna z jej rozmówczyń usłyszała w szkole uwagi na temat swojego wyglądu: „masz pojedynczą brew”, „jesteś włochata, wyglądasz jak goryl”, „twój ojciec to Bin Laden” etc. Przez matkę była jednak pocieszana, że przecież Irańczycy są „oryginalnie biali”, gdyż należą do „rasy aryjskiej”. Słowo „Iran” pochodzi przecież od „aryjski”.
Tego rodzaju przekonania – jak powiada Maghbouleh – są typowe dla Irańczyków w pierwszym pokoleniu mieszkających w USA. Formalna klasyfikacja nie wytrzymuje zderzenia z tym, jak postrzega ich biała większość.
Choć wśród młodszych pokoleń, bardziej zdolnych do niuansowania, odrzucających autopercepcyjny bagaż rodziców, wykształcają się inne, bardziej zróżnicowane postawy. Jednak w dalszym ciągu pewna część diaspory rozpaczliwie chwyta się aryjskiej dumy, mającej zrekompensować niemożność bycia uznanymi za białych. Na ten kompensacyjny charakter irańskiego rasizmu zwróciła uwagę także inna badaczka Shima Shahbazi, wskazując dodatkowo jeszcze jeden czynnik.
Wielu Irańczyków nie chce mieć nic wspólnego z Arabami, z którymi są myleni, ani z Bliskim Wschodem. Zatem wraz z przekonaniem o byciu „bielszymi” niż reszta społeczeństw, w których żyją (a czego te społeczeństwa uparcie nie chcą uznać), idzie wściekła nienawiść do Arabów i samego islamu, który trzeba całkowicie odrzucić.
„Uznajcie naszą białość!”
Republika Islamska nie ma właściwie na Zachodzie obrońców. Co najmniej od 2022 roku i protestów po zakatowaniu na śmierć przez policję obyczajową Żiny Mahsy Amini, z kraju płyną stale sygnały o postępującej delegitymizacji teokratycznego reżimu. Fala solidarności z protestującymi wyniosła wówczas do zachodniego mainstreamu część irańskiej opozycji, która wyżej przedstawioną mitologię przekuła w czyn, nadając jej wyjątkowo groźną formę.
Hałaśliwi monarchiści uznają Republikę Islamską za władzę okupacyjną. Nie jest ona irańska z samego tego powodu, że jest islamska. Islam bowiem do „natury” irańskiej nie należy. W myśl założeń aryjskiej mitologii, jest on obcą naroślą na „zdrowym” organizmie. Należy więc wyrzucić na śmietnik 1300 lat historii kraju, wraz z pomnikowymi dla cywilizacji islamu postaciami jak poeci Ferdousi i Rumi czy uczeni Awicenna i Omar Chajjam.
Niemożność doproszenia się o uznanie przynależności do „wysokiej rasy” w społeczeństwach Zachodu dodaje aktywności monarchistów żarliwości i fanatyzmu. I rodzi dalsze absurdy, które nie powinny dziwić, zważywszy że mamy do czynienia z myśleniem mitycznym. „Iran” kojarzy się z Bliskim Wschodem. Skoro tak, to należy wrócić do nazwy „Persowie” – ta bowiem przywodzi na myśl starożytną cywilizację (mimo że Reza Szach mówił odwrotnie).
Jeszcze gorzej sprawa ma się z islamem
Republika Islamska, właśnie ukazała swą represyjność w najbardziej ohydnej postaci. Nie powinno więc dziwić, że większość mieszkańców Iranu odrzuca ją jako formę rządów. Odgórnie narzucone normy religijne zniechęciły też samych Irańczyków do islamu. Według Instytutu Gamaan, choć wiarę w Boga w 2020 roku deklarowało 78 procent Irańczyków, to ponad połowa z nich nie praktykuje na co dzień.
W anglojęzycznych mediach społecznościowych aż roi się od kont gloryfikujących reżim obalonego szacha i „prawowitego następcę tronu”. Sam Reza Pahlawi jest w nich aktywny (bryluje także w konserwatywnych telewizjach), podobnie jak całe tabuny mniej lub bardziej rozpoznawanych aktywistów i niezliczona drobnica. W tym ostatnim przypadku często nie sposób odróżnić rzeczywistych kont od botów, będących produktem farm trolli samego Rezy Pahlawiego, wspomaganego przez Izrael i atakujących lewicową opozycję, na czele z Narges Mohammadi – laureatką Pokojowej Nagrody Nobla.
Antymuzułmańska narracja
Znajdujemy tam treści jawnie wpisujące się w antymuzułmański fanatyzm pleniący się w społeczeństwach Zachodu. Islam jest tam utożsamiany z barbarzyństwem i zacofaniem, opresją wobec kobiet i zniewoleniem.
W przypadku rozpoznawalnych osób, takich jak dziennikarka Masih Alineżad czy aktywistka Elaaleh Dżamali (Lily Moo), ten wstręt do islamu daje się wytłumaczyć osobistymi doświadczeniami życia w Iranie. Jest on też podzielany przez wielu innych przeciwników reżimu w kraju i poza jego granicami. Jednak zjawiskiem niemożliwym do wytłumaczenia tylko w ten sposób jest entuzjazm, z jakim traktuje się zbrodnie Izraela na Palestyńczykach.
Dobrym przykładem jest tutaj Goldie Ghamari – kanadyjska prawniczka, a w przeszłości polityczka Progresywno-Konserwatywnej Partii Ontario, z której została wyrzucona za kontakty z brytyjską gwiazdą skrajnej prawicy Tommym Robinsonem.
Ghamari zawsze występuje z naszyjnikiem przedstawiającym Farawahar – zaratusztriański amulet. Jego znaczenie jest bardzo szerokie: wyznawanie zaratusztrianizmu, przywiązanie do kultury perskiej oraz irański neonazizm (jak w symbolice partii SUMKA, gdzie zastępował swastykę). Jako wojująca ateistka, obrażająca się, gdy nazywa się ją „eksmuzułmanką” (bo islamu nigdy nie wyznawała), wyraża za to sympatię do zaratusztriańskiego dziedzictwa, dając upust swemu etnicznemu nacjonalizmowi. Zdążyła też zasłynąć gloryfikowaniem SAVAK-u (tajnej policji szacha), który chciałaby „uczynić ponownie wielkim”, czy pochwalenia Donalda Trumpa za jego niedawną szarżę na amerykańskich Somalijczyków w Minnesocie.
Problem w tym, że jest ona jedynie jedną z wielu przedstawicielek irańskiej diaspory, nie tylko jawnie kpiących z nędzy i krzywdy Palestyńczyków i żarliwie kibicujących Izraelowi, ale też pokazującą swoją satysfakcję. Zlepek gloryfikacji obalonej przez Rewolucję Islamską monarchii, perskiej „aryjskiej” dumy implikującej islamofobię i antyarabski rasizm oraz otwarty syjonizm obecne są w licznych wypowiedziach innych irańskich rojalistów, a nawet w materiałach nadającej z Londynu telewizji Iran International.
Za królem to znaczy za Izraelem?
Monarchiści z nieskrywanym entuzjazmem zareagowali na izraelską agresję z czerwca 2025 roku. Jako że reżim jest „okupantem”, działania Sił Obronnych Izraela przedstawiano jako „wyzwolicielskie”. Opozycja antyrządowa w samym Iranie gremialnie potępiła izraelską agresję, twierdząc, że nie taką drogą powinno nastąpić obalenie znienawidzonej dyktatury, Monarchistyczna machina od dawna działała już na pełnych obrotach.
Dlatego, gdy doszło do ostatniej fali protestów, diaspora zaczęła domagać się zagranicznej interwencji. Podobne postawy dało się zaobserwować w samym Iranie. Rozpacz i desperacja mieszkańców Iranu nie podlegają rzecz jasna ocenie. Nie ma też żadnych usprawiedliwień dla reżimu. Jednak ideowy bagaż rojalistów pogłębia zamęt wokół Iranu.
Na początku 2023 roku Reza Pahlawi odwiedził Izrael, gdzie promował „porozumienie cyrusowe”, nawiązując do szacha Cyrusa II Wielkiego – pierwszego władcy z dynastii Achemenidów, który wzmiankowany jest w Księdze Izajasza. Na micie starożytnej przyjaźni persko-żydowskiej zbudowano sojusz Izraela i irańskiej opozycji uważającej się za „prawowitą”. Po 7 października 2023 roku prominentne figury irańskiej diaspory, jak Masih Alineżad (ta – oddać trzeba – pokłóciła się z Rezą i nie wspiera idei restauracji) i Lilly Moo, zaczęły już na całego promować „zastępczy nacjonalizm”, priorytetyzując interesy polityczne Izraela, na którego plecach mają nadzieję wrócić triumfalnie do Teheranu.
Zaczadzone własną mitologią środowiska opozycji irańskiej dotarły do punktu szczytowego. Zdaniem Rezy Zia-Ebrahimiego – historyka badającego nacjonalizm irański, syjonizm diaspory stał się „drabiną do białości”. Jest to bowiem ideologia hiperzachodnia (powstała w reakcji na europejski antysemityzm), ustanawiająca państwo w drodze kolonializmu osadniczego i kosztem wysiedlonych Arabów. Z tego powodu okazywane jej oddanie stało się dla części diaspory irańskiej – ciągnie Zia-Ebrahimi – „ostatecznym egzaminem z białości”.
Atak Izraela na Iran nie obalił reżimu
Sama Republika Islamska, zanim doszło do ostatniej, krwawo stłumionej fali protestów zaczęła sięgać w swojej propagandzie do symboliki przedmuzułmańskiej i częściowo poluzowała dopuszczalne normy w zakresie kobiecego ubioru. Dziś już wiadomo, że w żaden sposób to nie zadziałało, a styczniowe wydarzenia jedynie umocniły porządek, w którym władza opiera się już tylko na brutalnej przemocy.
Wielu Irańczyków, którym nie podoba się teokracja, nadal mimo to potrafi patrzeć na walkę swoją i Palestyńczyków w sposób bardziej zniuansowany. W sekcji komentarzy pod filmem, w którym reporter Iran International, nagrywając materiał z Gazy, pisał antyrządowe hasło „Kobieta, Życie, Wolność” na gruzach palestyńskiego domu, wielu irańskich użytkowników wyraziło swoje zdegustowanie. Nie brakowało też głosów, że hasło zostaje w ten sposób przejęte. Jest też grono intelektualistów – wrogich reżimowi, ale i potępiających naganne moralnie, rasistowskie oraz pogłębiające chaos postawy monarchistów.
Oczywiście, są i tacy Irańczycy (i jest ich niemało), dla których każda władza będzie lepsza od obecnej teokracji. W związku z czym gotowi są wziąć restaurację monarchii z dobrodziejstwem inwentarza. Problem jest jednak znacznie poważniejszy i leży w dziwnym związku fanatycznej diaspory i Izraela. Izrael swoimi działaniami przyspiesza erozję powojennego ładu liberalnego. Aksjologia Zachodu, której aktem założycielskim była lekcja Zagłady, jest też rozsadzana przez zbrodnicze działania tego państwa.
Fantazja o demokracji
W tym sensie jego irańscy sojusznicy niosący ze sobą własny zacietrzewiony mit aryjski, dolewają benzyny do trwającego pożaru. Ich rodacy w kraju, walcząc ze wszech miar w słusznej sprawnie, pogrążeni są w desperacji i poczuciu beznadziei. Stawką są podstawy egzystencji – dostęp do jedzenia, wody, czystego powietrza oraz podstawowych wolności.
Cała tragedia jednak polega na tym, że dalsze aspiracje – te demokratyczne, mogą pozostać niespełnialne. Dlatego, że ideał społeczeństwa demokratycznego ulega erozji w wymiarze globalnym. Również za sprawą irańskich monarchistów, sytuujących się w jednym obozie antydemokratycznym.
Zwolennicy Pahlawiego, aspirując do – na swój sposób rozumianej – zachodniej kultury, eksponują jedynie wybrane przez siebie elementy – świeckość i równość płci. Jednocześnie przyjmują bagaż antyuniwersalistycznego dziedzictwa Zachodu – z etnicznym partykularyzmem, rasowym supremacjonizmem oraz pogardą dla świata niezachodniego na czele. W tym wszystkim zaś znajdują rzeczywiste uznanie części zachodniego mainstreamu.
Jeśli więc ktokolwiek jeszcze wierzył w ideę zachodniego uniwersalizmu, to irańscy monarchiści wbijają osinowy kołek w samo jej serce.