Współczesna polityka, a w ślad za nią medialny cykl informacyjny przyspieszyły do tego stopnia, że gwałtowne zmiany stanowiska, nawet w kwestiach fundamentalnych, dzieją się dzisiaj w trybie tygodniowym, czy wręcz kilkudniowym.

Po części spowodowane jest to logiką ekonomii atencji, w której wszyscy żyjemy. Po części też zmianą modelu politycznego na „kliktokrację” [clicktatorship], co niedawno na łamach magazynu „The Atlantic” zdefiniował politolog Donald Moynihan. W swoim eseju zauważył, że wymuszona przez platformy społecznościowe kontrowersyjna, wręcz pieniacka forma komunikacji przenika do logiki uprawiania polityki, do tego stopnia, że już nawet oficjalne dokumenty urzędowe zaczynają brzmieć jak wpisy z portali w stylu X, TruthSocial czy Threads.

Wreszcie – ostateczny schyłek powojennego porządku międzynarodowego i zaczynający się w tej chwili okres przejściowy premiuje aktywność, wręcz gwałtowność kosztem powściągliwości i namysłu. Wydaje się, że lepiej coś powiedzieć, a nawet zrobić, zamiast czekać. Bo komentarz zawsze można odwołać, decyzję odwrócić, ale trzymanie w ryzach instynktów wydaje się grzechem śmiertelnym.

Parlament w odpowiedzi na populizm

Z jednej strony mamy więc chaos informacyjny i decyzyjny. Z drugiej jednak nie wolno zapominać, że funkcjonujemy wciąż, przynajmniej w Polsce, w warunkach i ramach prawnych instytucjonalnej demokracji.

Oznacza to, że pomimo licznych triumfów populistów funkcjonowanie państwa wciąż dyktowane jest przez logikę biurokracji, instytucji, a przede wszystkim – głosowania jako instrumentu podejmowania decyzji.

Wprawdzie na całym świecie zyskuje zwolenników teoria unitarnej egzekutywy, w ramach której realnie rządzi władza wykonawcza, a parlament pomija się w dużej mierze, albo wręcz całkowicie – chociaż w krajach europejskich znacznie trudniej jest przeprowadzić taką rewolucję niż w Stanach Zjednoczonych. Nawet tam zresztą głoszący supremację woli nad prawem Donald Trump parokrotnie już, forsując tę teorię, przegrał.

W momencie, w którym nasi politycy krzyczą do nas z ekranów smartfonów, łamią kolejne normy etyczne, głosząc coraz bardziej kontrowersyjne tezy, łatwo zapomnieć, że jednak samym krzykiem świata nie zmienią. Żeby do tego doprowadzić, muszą wygrywać głosowania. A te, przynajmniej na poziomie parlamentarnym, są równe i jawne – co należy postrzegać jako doskonałe potencjalne antidotum na mgłę informacyjną czasów populizmu i radykalizmu.

Mocni w internecie?

O istnieniu transparentnego procesu głosowania należy przypomnieć sobie w kontekście rosnących podziałów, istniejących również w Polsce. Przebiegają one pomiędzy ugrupowaniami mniej lub bardziej, ale jednak przywiązanymi do wartości europejskich (w tym suwerenności narodów tego kontynentu)

oraz formacjami, które manifestują gotowość do wasalstwa wobec Stanów Zjednoczonych pod rządami Trumpa.

Do tej drugiej grupy bez wątpienia należy Prawo i Sprawiedliwość. Faktem jest jednak, że póki co owo patologiczne samoponiżanie się polityków polskiej prawicy populistycznej istniało w warstwie symbolicznej.

Amerykańska sekretarz Bezpieczeństwa Wewnętrznego Kristi Noem poparła Karola Nawrockiego przed drugą turą wyborów prezydenckich, a on sam budował kapitał polityczny na zdjęciach z amerykańskim przywódcą. Szef BBN-u Sławomir Cenckiewicz ubolewał w internecie, że pieniędzy z tanich pożyczek w ramach unijnego programu finansowania zbrojeń SAFE Polska nie będzie przeznaczać na sprzęt zza oceanu. Rozmaici politycy PiS-u, od Mateusza Morawieckiego po Janusza Kowalskiego, chwalili Trumpa w mediach polskich i zagranicznych. A Dominik Tarczyński celebrował nawet egzekucje amerykańskich obywateli przez ICE, policję imigracyjną eskalującą przemoc.

Ogólny wydźwięk i orientacja ideologiczna są więc doskonale znane. Tyle tylko, że w kliktokracji jeden krzykliwy wpis jest natychmiast przykrywany falą kolejnych i o wielu rzeczach zwyczajnie bardzo łatwo jest zapomnieć.

Inaczej ma się sprawa z proceduralnym aspektem demokracji – tym, który toczy się w ławach poselskich, a nie na platformach społecznościowych.

Tam pozostaje ślad, który potem trudno wymazać. Co więcej, jest to ślad całkowicie binarny, bo poddawane pod głosowanie rezolucje czy akty prawne można poprzeć albo odrzucić – wstrzymanie się od głosu w dzisiejszych czasach uznawane jest za objaw słabości, więc mało kto z internetowych krzykaczy zdecydowałby się na taką opcję.

Czas więc najwyższy zaprosić protrumpowską prawicę, zwłaszcza polską, wyróżniającą się na tle swoich europejskich pobratymców niesamowitym wręcz serwilizmem wobec Trumpa, do pokerowego stołu demokracji.

Zagrać z nimi w grę, której stawką jest ujawnienie prawdziwych intencji geopolitycznych. Taki poker pozwoli powiedzieć „sprawdzam”. A wynik owej zagrywki, o ile zostanie ona przeprowadzona w warunkach parlamentarnych, zostanie zapisany i przekazany opinii publicznej w trwałej formie.

Oficjalny hołd lenny?

Ostatnie dni na polskiej scenie politycznej zdominowała awantura wokół marszałka Sejmu Włodzimierza Czarzastego, który odmówił podpisania amerykańsko-izraelskiego gotowca będącego głosem poparcia dla noblowskich ambicji prezydenta USA. W reakcji na te słowa Tom Rose, nowy amerykański ambasador w Polsce, wyeskalował konflikt w sposób typowy dla kliktokracji – ogłosił w internecie, że zrywa stosunki z Czarzastym, co w praktyce oznacza dosłownie nic.

Aktywność międzynarodowa Marszałka Sejmu jest znikoma, Rose komunikuje się z MSZ-em i Pałacem Prezydenckim. Atak na polityka lewicy wyglądał bardziej jak umacnianie wiarygodności w oczach swojego pana feudalnego, jakim jest Trump, niż realna próba obrony amerykańskich interesów.

Następnie wszyscy przyjęli przewidywalne role: cała koalicja poparła Czarzastego, politycy PiS-u stanęli po stronie Rose’a. Choć w internecie dominowały głosy krytyki wobec poddaństwa partii Kaczyńskiego, a większość Polaków samego Trumpa ocenia krytycznie (choć w mniejszym stopniu niż inne europejskie narody – wynika z badań Europejskiej Rady Stosunków Międzynarodowych), PiS szło w zaparte. Te głosy nie ucichły nawet, gdy ambasador Rose, już z prywatnego konta na X, zapytał, czy Amerykanie mają w takim razie zabrać z Polski swoich żołnierzy.

Z tego powodu interesującym eksperymentem ze strony rządu byłoby poddanie pod głosowanie w Sejmie uchwały na temat pokojowej Nagrody Nobla dla Trumpa.

Albo na temat udziału Polski w jego Radzie Pokoju – co jest wprost sprzeczne z polskim interesem strategicznym. Może to być też pytanie o oddanie części naszego terytorium pod stałe amerykańskie bazy, w stylu Guantanamo lub tego, co Trump chciał rzekomo otrzymać na Grenlandii. Lub, a może przede wszystkim – udziału polskich żołnierzy w misjach wojskowych chroniących suwerenność i integralność terytorialną innych europejskich państw. Większość rządowa mogłaby taką uchwałę sformułować w dowolny sposób, używając jej wyłącznie w celach symbolicznych, ceremonialnych. A jednocześnie – użyć jej jako papierka lakmusowego o oficjalnej randze. Jeśli na platformach społecznościowych albo w przychylnych sobie mediach politycy populistycznej prawicy nie mają problemu z oddawaniem hołdu lennego Trumpowi, z chęcią potwierdzą swoje preferencje, wciskając odpowiednie guziki w Sejmie, prawda?

Czy prawica to nacjonaliści?

A może nieprawda – bo wtedy nie będzie można udawać, a pojawi się odpowiedzialność, zwłaszcza wyborcza, za swoje słowa. Zbyt długo tolerowaliśmy w naszych demokracjach rozdźwięk pomiędzy paplaniną w internecie i działaniem w ramach parlamentarnych funkcji. Nie możemy też chcieć bronić czy odbudowywać naszych demokracji, jeśli mamy we własnych szeregach sabotażystów biorących udział w międzynarodowym politycznym klientelizmie.

Pora się opowiedzieć: Europa albo Ameryka.

Znany bułgarski politolog Iwan Krastew często powtarza, że nacjonalista Trump nie rozumie i nie docenia nacjonalizmów w innych krajach. Dlatego tak zdziwiło go, iż ataki na Grenlandię skrytykowali Jordan Bardella, Robert Jenrick czy Piers Morgan. Politycy PiS-u tego nie zrobili. Być może dlatego, że nie są nawet polskimi nacjonalistami.