Gdzie Tusk nie może, tam Czarzastego pośle. W końcu znalazł kogoś, kto bez owijania w bawełnę wyrazi pogląd jego najbardziej oddanych zwolenników.
Jak ostatnio o Trumpie, że swoją awanturniczą polityką nie zasłużył na pokojowego Nobla. I jeszcze o tym, że dyplomatyczne naciski w tej sprawie to bezczelna prywata, której suwerenne i podmiotowe państwo nie ma obowiązku ulegać.
Albo też, jak nieco wcześniej, o nonsensie zatruwania polsko-niemieckich relacji naszą tyleż namolną, co jałową gadaniną o reparacjach za poprzednią wojnę, kiedy kolejna być może za pasem.
Zwolniony wakat
Premier zapewne też by tak chciał i nieraz już ewidentnie swędział go język. Cóż, pofolguje sobie w pisaniu wspomnień na emeryturze. Ale dzisiaj, niestety, zmuszony jest – i można z taką polityczną kalkulacją polemizować, ale nie sposób jej całkowicie odrzucić – miarkować się. Mówić naokoło, dobierać ostrożniejsze formuły.
To konieczne, żeby przypadkiem nie urazić drażliwego „sojusznika” zza oceanu i jego nadgorliwych akolitów. Albo krajowej opinii, której odporność na patriotyczne szantaże prawicy jest śladowa. W tym również niestety sporej części opinii liberalnej, co należałoby już potraktować jako zarzut wprost pod adresem samego Tuska.
Jako polityk zawsze wolał w końcu imitować patenty przeciwnika niż kreować własne. A jako premier rządzący łącznie już niemal dekadę nie zdradził nigdy potrzeby dostosowania programów edukacyjnych do wyzwań nowoczesnego liberalnego społeczeństwa.
Ale na szczęście ostało się trochę liberalnych obywateli, którzy coraz bardziej duszą się w tej prawicowej poprawności i męczą ich nasilające się flirty z populistami. To właśnie im głównie Tusk sprezentował – o tempora, o mores! – Włodzimierza Czarzastego.
Z partyjnej dziupli na środek sceny
A jeszcze nieco wcześniej to właśnie marszałek Sejmu pierwszy miał przecież odwagę poskromić apetyt Karola Nawrockiego na podporządkowanie sobie obozu rządzącego. Dając do zrozumienia, że – sorry, panie prezydencie, ale te wszystkie pańskie projekty to polityczna hucpa i legislacyjny bubel, na które szkoda czasu.
I nie będzie zgody na szantaż prezydenckim wetem, które nie po to wprowadzono do naszego systemu politycznego, żeby urządzać sobie naloty dywanowe na rząd. Od tej pory będzie obowiązywać reguła „weto za weto”, bo marszałek równie dobrze może wyinterpretować własne.
W sumie proste jak drut, tylko trzeba to było głośno powiedzieć, żeby sobie uświadomić, że tak można i że wcale nie jest to zamach na godność „najwyższego przedstawiciela narodu”, lecz właściwa odpowiedź na zaproszenie do politycznej ustawki.
Odpowiedź właściwa również w logice ustrojowej. Bo przecież już wiemy, że liberalna demokracja nie może sobie pozwolić na mechaniczne hołdowanie regułom w sytuacji nadzwyczajnej, kiedy jest od środka atakowana. Skoro prezydent uznał za stosowne reprezentować tylko jedną połówkę narodu i nawet nie próbuje udawać, że coś go łączy z drugą, to nie przysługuje mu godność należna reprezentantowi całej wspólnoty.
Odrzućmy zatem konwenanse ze starych dobrych czasów, wedle których prezydent uosabiał majestat Rzeczpospolitej i należało mu okazywać urzędowy szacunek. Ba, sam Karol Nawrocki próbuje takie postawy narzucać, kiedy z namaszczeniem mówi o sobie w trzeciej osobie, jakby był pomazańcem.
I nagle wychodzi ze swojej partyjnej dziupli Czarzasty, świeżo po konwersji ze swetra w garnitur, i nic sobie nie robiąc z tych sentymentalnych przesądów, oznajmia głowie połowy narodu, że jego wola też może być połowiczna.
Biorąc na klatę powszechne oburzenie, którego należało się spodziewać, chociaż – o dziwo – burza przeszła bokiem.
Miłe z pożytecznym
Tym sposobem znoszony lewicowy polityk z bardziej niż cynicznym podejściem do swojej profesji, zupełnie ni stąd ni zowąd stał się głównym rzecznikiem liberalnego społeczeństwa i jego wartości.
Już pal licho, że „stary komuch” (copyright Mateusz Morawiecki), bo to mało istotne, gdzie człowieka za młodu zaniosło. Ale gdyby w mniej odległych czasach, czyli dwie dekady temu z okładem, ktoś przewidywał taką właśnie przyszłość Włodzimierzowi Czarzastemu, zostałby niechybnie wysłany na badanie alkomatem.
Bo nie było po aferze Rywina większego szwarccharakteru. Nawet niezależnie od tego, czy istniała naprawdę „grupa trzymająca władzę” – bo obciążała przyszłego marszałka Sejmu już sama pogarda, którą okazywał publicznej moralności, przeciwstawiając ją interesom swej politycznej koterii. W jego butnej postawie było wręcz coś masochistycznego, bo przecież musiał sobie zdawać sprawę, iż skazuje się na banicję.
I te same cechy widać również dzisiaj, tyle że Czarzasty ujawnia je w służbie krańcowo odmiennych wartości. Niewątpliwie wykonał od tamtego czasu ogromną pracę nad sobą, ale nie róbmy mimo wszystko z Czarzastego demokratycznego idealisty. On toczy swoje obecne boje głównie dlatego, że mu się to politycznie opłaca.
Bo taki jest jego niepisany deal z Tuskiem, że ma zabezpieczać w imieniu rządzącej koalicji zaniedbaną lewicowo-liberalną flankę.
Przy okazji dostarczając sobie samemu niemałej frajdy, skoro właśnie awansował z wujaszka lewicowej młodzieży na osobistego wroga prezydenta RP oraz ambasadora USA.
Najważniejsze jednak, że nie robi tego wszystkiego wbrew sobie. Mówi, co myśli, i robi, co uważa za stosowne, nabierając zarazem politycznej wagi. Nie ma dla polityka bardziej wymarzonej sytuacji.
Ocalić busolę
Nie jest to zatem opowieść o nawróceniu Szawła, tylko o naszej przewróconej epoce, w której dotychczasowe normy stanęły na głowie. W wyłaniającym się nowym bezładzie niby wciąż jeszcze obowiązują stare pojęcia – takie jak demokracja, interes narodowy, racja stanu – tylko że znaczą już coś zupełnie innego.
A my tkwimy po uszy w tym chaosie poznawczym, w którym coraz trudniej się rozeznać, kto jakiej sprawie tak naprawdę służy, których wartości broni, o czyje interesy zabiega. Nie posiadamy już klucza, żeby te wielkie kategorie czytelnie definiować. Mylą nam się z meandrami taktycznymi, doraźnie konstruowanymi ideologiami, cyfrowymi afektami, kaprysami przywódców.
W sumie nie powinniśmy się zatem dziwić, że w tym gabinecie krzywych luster to właśnie dawny złoczyńca podjął się roli przewodnika.
Wszystko zrobiło się względne, również ciężar występku publicznego. Kiedyś afera Rywina mogła wywołać wstrząs, ale umieszczona w skali złodziejstwa ostatnich rządów PiS-u byłaby już tylko jedną z wielu. A przesłuchujący wtedy Czarzastego młody pomocnik szeryfa Zbigniew Ziobro dzisiaj sam jest uciekinierem politycznym.
Ot, ironia losu… Chociaż pokręcone losy ludzkie są tutaj najmniej istotne, bo chodzi o zachowanie ogólnej busoli. Ostatecznie człowiek jedynie strzela, a co lub kto jego kule nosi, to już temat na poważniejsze rozważania.