Nazywam go szajbusem, bo pamiętam, jak w sierpniu 2022 roku stał nad trumną córki, która w wieku 29 lat zginęła w zamachu bombowym, być może zorganizowanym przez Ukraińców, którego celem prawdopodobnie miał być jej ojciec.

Niezbyt normalny, ale też nie hipokryta 

Oglądam sobie retransmisję z pogrzebu, gdy w pewnym momencie na cerkiewną mównicę wchodzi Dugin. Z tym swoim wyglądem archimandryty, mówi łamiącym się głosem, że Daria zginęła w imię zwycięstwa Rosji i narodu rosyjskiego, że to ofiara złożona na ołtarzu ojczyzny. Niezbyt empatycznie pomyślałem wtedy: „No stary, grubo. Dojechali ci córkę, a ty jak w starorzymskim dramacie bierzesz to na klatę i łączysz swoje rozerwane na strzępy dziecko z własnymi poglądami. Normalny to ty nie jesteś, ale przyznaję, hipokrytą też cię nazwać nie można. Naprawdę wierzysz w to, co głosisz”.

Potem napisałem dla „Magazynu” TVN24: „Dugin to fanatyk idei i rosyjskie dziecko Platona, bo tak jak i starożytny filozof, Rosjanin poszukuje idealnego, a w gruncie rzeczy totalitarnego świata, gdzie mędrcy tacy jak on doradzają władcy wybranemu przez Boga, takiemu jak Putin, w imię skomponowania państwa dla piękna”. 

Przekonywałem, że Władimir Putin, Andriej Bielousow czy Aleksiej Gromow być może nigdy nie spotkali Dugina ani nie czytali jego książek, ale mówią nim i myślą. Może nawet nim czują. Dziś powiem to samo.

Dlatego, gdy Ameryka porywa Nicolasa Maduro – sojusznika Moskwy – czy grozi aneksją Grenlandii, z pominięciem rozpychającej się w Arktyce Rosji, reakcja Dugina jest prosta – „będziemy następni” oraz „mimo nadziei nie dogadamy się z Ameryką Trumpa”. 

Nie należy tych przemyśleń traktować jako wymysłów stukniętego profesora filozofii. W tym, co mówi, jak echo powraca ostatnie ćwierćwiecze putinizmu – nieustające mocowanie się z Amerykanami, którzy nie chcą uznać Rosjan za równych sobie.

Krótkowzroczne polskie Schadenfreude

W Polsce ostatnie niepowodzenia sojuszników Moskwy wywołały tradycyjne Schadenfreude wobec Rosji. Trudno się temu dziwić. Jednak ten mechanizm czasem sprowadza się do krótkowzroczności i braku refleksji nad własnym bezpieczeństwem. Tak było chociażby w przypadku inwazji na Irak czy ustanowienia półmafijnej Republiki Kosowa. Jedno i drugie bardzo nas ucieszyło, ponieważ odbyło się wbrew głośnym protestom Rosji.

Także widmo siłowej zmiany reżimu w Iranie raduje wiele polskich serc, bowiem pokazuje rosyjską słabość na Bliskim Wschodzie. Radości tej nie mąci seria katastrof, jakie w ciągu ostatniego ćwierćwiecza na region MENA (Middle East and North Africa, Bliski Wschód i Afryka Północna) ściągnęły ingerencje Zachodu – inwazja na Irak, arabska wiosna, ISIS, wojna w Libii czy Syrii.

Nikt o elementarnym poczuciu człowieczeństwa nie broni teokratycznej dyktatury ajatollahów, topiącej protesty Irańczyków we krwi. Jednak rewolucja, zrzucona do Iranu z pokładów samolotów z obcymi flagami, spowoduje erupcję przemocy i chaosu w całym regionie. Prędzej czy później dotrze ona również do Europy. 

A jednak w Polsce wciąż ma się dobrze Polska Partia Schadenfreudystów, a więc klasa polityków, komentatorów i ekspertów podnieconych na myśl o obaleniu przez Amerykanów szyickich ludojadów, sprzymierzonych z innymi orkami ludojadami, czyli Rosjanami. 

Wielu z tych ludzi ma problem z umiejscowieniem Iranu na mapie, ale zachwyca ich myśl o słabnącej Rosji.

Rosja słabnie, ale nie bankrutuje

Czy Rosja naprawdę ponosi porażkę w Iranie i na Bliskim Wschodzie? Owszem, ale nie w taki sposób, jak życzy sobie tego Polska Partia Schadenfreudystów. 

Według analityków Atlantic Council: „Strategiczne partnerstwo między Moskwą a Teheranem, miało obejmować energetykę i finanse, transport i przemysł. Chociaż nie zawierało klauzuli o natychmiastowej, wzajemnej pomocy w przypadku agresji (w przeciwieństwie do partnerstwa strategicznego Rosji i Korei Północnej), Irańczycy mieli nadzieję na przyspieszenie dostaw sprzętu wojskowego- zwłaszcza myśliwców Su-35, systemów obrony przeciwrakietowej S-400”. Gdy padli ofiarą izraelsko-amerykańskich ataków podczas wojny dwunastodniowej, w czerwcu 2025 roku, „Putin został sprowadzony do znienawidzonej przez siebie roli obserwatora”, udzielając ajatollahom jedynie wsparcia politycznego i dyplomatycznego. 

Natalie Szabanadze z Chatham House dodaje: „Wraz z upadkiem Asada [w Syrii], osłabieniem Iranu i odrodzeniem się dżihadystów w Sahelu, pomimo obecności tam rosyjskiego Africa Corps, Wenezuela pokazuje, jak słabnie globalna pozycja Rosji”.

Słowo „słabnięcie” jest tutaj kluczowe. Tak, jak zrozumienie, że to nie to samo co bankructwo.

Upadek sojusznika wpisany w koszty

Na dzisiaj z pełną odpowiedzialnością można założyć, że jeśli USA zaatakują Iran, Rosja niewiele zrobi. Po raz kolejny podzieli dyplomatyczną robotę wedle znanego schematu. 

Siergiej Ławrow, definitywnie zdegradowany do roli administratora polityki zagranicznej, przyjmie w nim maskę złego policjanta, krytykując Zachód i Amerykanów. Kiriłł Dmitrijew i Jurij Uszakow, negocjujący z Amerykanami, powiedzą kilka ciepłych słów o Donaldzie Trumpie. A Władimir Putin pomilczy. Jedynie propagandziści wezmą na siebie tyle orki prezydenta USA i jego ludzi, ile tylko uniosą.

Stanie się tak, mimo że jak napisał Siergiej Latyszew – publicysta ultrakonserwatywnej rosyjskiej telewizji i portalu Cargrad – zmiana reżimu może spowodować rozpad Iranu, odcięcie Rosji dostępu do ciepłych mórz przez Iran, zastopowanie wielkich rosyjsko-irańskich projektów nuklearnych, transportowych i energetycznych oraz rywalizację obu państw na rynkach ropy i gazu.

Prawda jednak jest taka, że Rosji nigdy nie zależało na wspólnych projektach surowcowych z Iranem. Zagospodarowanie tamtejszych złóż gazu i ropy jest dla niej zbyt kosztowne. 

Poza tym, Teheran kontroluje drugie największe złoża gazu ziemnego na świecie i trzecie ropy naftowej. Po co jej tak silna konkurencja? 

Wspólne projekty szlaków transportowych zostały w niewielkiej części zrealizowane, ale wymagają potężnych nakładów finansowych, którymi oba państwa nie dysponują. Wreszcie rosyjskie władze w przeszłości wielokrotnie poświęcały sojusz z Iranem na rzecz tymczasowych koncesji i umów z Zachodem, chociażby w kwestii irańskiego programu jądrowego oraz sankcji nakładanych na Iran.

Sam Latyszew podkreśla, że Putinowi i Xi Jinpingowi zależy na przychylności tego państwa – dlatego sekretnie wysyłają mu niewielkie wsparcie. Ale nie na tyle duże, żeby wejść w konflikt proxy ze Stanami Zjednoczonymi. Latyszew daje również do zrozumienia, że obecny reżim znalazł się pod tak silną presją zewnętrzną i wewnętrzną, że Pekin oraz Moskwa wkalkulowały w koszty jego upadek. 

Cokolwiek się jednak stanie, na pewno z Iranu nie znikną i z niego nie zrezygnują. Zwłaszcza jeśli scenariusz chaosu przyniesie izraelsko-amerykańska interwencja.

Uwaga na życzenia 

Dający do myślenia i obniżający poparcie Polskiej Partii Schadenfreudystów powinien być przykład Syrii. W grudniu 2024 roku Ahmed asz-Szara i jego Hajat Tahrir asz-Szam obalili prorosyjski, klientelistyczny reżim Baszara al-Asada w Syrii. Była to bolesna porażka Rosji i zmarnowanie „globalnej inwestycji”. 

Jednak w ciągu ostatnich trzech miesięcy asz-Szara dwukrotnie pofatygował się do Moskwy. Namawiał tam Putina do wydania mu Asada, udzielenia pomocy w odbudowie Syrii oraz wysłania dostaw żywności i pomocy humanitarnej. Co więcej, nadal możliwe jest zachowanie przez Rosjan wojskowej bazy lotniczej w Humajmim i morskiej w Tartusie, pozwalające na projekcję rosyjskiej siły w regionie MENA i dostęp do zasobów surowcowych Morza Śródziemnego.

W kwestii porwania Nicolasa Maduro członkowie Polskiej Partii Schadenfreudystów osiągnęli jeszcze silniejszą ekstazę. Jak w transie mówili, że Putin też by chciał wyłączyć w całym Kijowie prąd i porwać Zełenskiego, ale nie potrafi. Że rosyjskie systemy obrony przeciw powietrznej S-300 okazały się nieskuteczne wobec amerykańskich sił. A rosyjscy instruktorzy wojskowi będą się musieli z Wenezueli ewakuować. 

I właściwie większość z tego to prawda.

Tyle tylko, że żaden z członków partyjnego aktywu schadenfreudystów nie zadał pytania, czy w następstwie działań USA, rosyjskie i chińskie jednostki specjalne nie zaczną teraz porywać polityków mniejszych państw. Takich jak Polska czy Korea Południowa. 

Albo co się stanie, jeśli któregoś pięknego dnia Amerykanie uznają jednego z europejskich polityków za nienegocjowalnego, a więc nadającego się wyłącznie do odstrzału lub porwania? 

Wreszcie, co, gdy Trump lub jego dowolny sukcesor uzna, że na przykład holenderska firma ASML, jedyna na świecie wytwarzająca maszyny litograficzne niezbędne w produkcji półprzewodników, musi stać się ich własnością, bo inaczej przegrają konkurencję z Chinami?

Ale kto by się tym dzisiaj przejmował. Rosjanie dostali lanie, a jutro będzie futro.

Rosjanie nie wypadają z gry

Dzisiejsza słabość Rosji, spowodowana bezmyślną – z punktu widzenia zachowania wpływów globalnych – decyzją o inwazji na Ukrainę, nie oznacza, że Rosjanie wypadają z gry. Mogą na chwilę zostać odsunięci od stolika, ale nikt nie zajmie ich miejsca. Wybaczcie boomerską metaforę, ale jeśli pamiętacie filmowego Terminatora, który sklejał się w magmę po rozpadzie, to macie przed oczami właśnie Rosję.

To samo sklejanie dotyczy Wenezueli, a także Kuby i każdego innego państwa Ameryki Łacińskiej, które zechce utrzymywać strategiczną lub ograniczoną współpracę z Rosją i Chinami. Rosjanie do nich wrócą, mimo że porwanie Maduro może negatywnie wpłynąć na Kubę i Nikaraguę, również wieloletnich sojuszników Rosji. Bliskich relacji Związku Radzieckiego z Kubą i Wenezuelą nie warunkowała wyłącznie ideologia, ale wspólne interesy, antyamerykański azymut społeczeństw oraz sabotowanie przez Sowietów wpływów USA. 

Na tej samej zresztą zasadzie USA będą wracać do Europy, w tym być może do Ukrainy. 

Rosję i Stany Zjednoczone dzieli systemowa, globalna rywalizacja, niezależna od aktualnie rządzących przywódców. Dlatego Waszyngton i Moskwa nie mogą zrzec się wzajemnego podważania interesów i reputacji. 

Nawet w potencjalnie ustalonych przez siebie strefach wpływów. 

Choć nie przyjmuje tego do wiadomości trumpowska ekipa, doskonale zdają sobie z tego sprawę Rosjanie. Kremlowska wierchuszka osobiście przeżyła kilka zbliżeń rosyjsko-amerykańskich, sam Putin chciał dokonać jednego z nich tuż po ataku na World Trade Center, i każda próba w najlepszym razie kończyła się tym, że obu stronom opadały ręce.

„Jesteśmy po prostu następni w kolejce”

Niektórzy analitycy wskazują, że działania USA wobec Iranu i Wenezueli cieszą rosyjską elitę ponieważ w ten sposób realizuje się rosyjski postulat globalnej architektury podzielonej na strefy wpływów. 

Sam w tekście na temat trumpowskiej awantury o Grenlandię pisałem, że Rosjanom na rękę jest legitymizowanie przez Amerykanów terytorialnego szantażu, „specjalnych wojennych operacji”, rozbijanie jedności atlantyckiej, bo ostatecznie pozwala to na wydzielanie owych stref. Nie zmieniłem zdania w ciągu kilku tygodni, uważam jednak, że Iran i Wenezuela, to nie te przypadki. I dlatego musimy wrócić do Dugina.

Nie tylko on w rosyjskiej infosferze krzyczał, że dziś Maduro, jutro Chamenei, pojutrze Putin i cała Rosja. Dmitrij Agranowskij, politolog i komentator telewizyjny, ostrzegał: „Jesteśmy po prostu następni w kolejce”. Nacjonaliści, wojenkory i wszelcy lobbyści wojenni żądali wysłania marynarki wojennej na ratunek Maduro i Chameneiemu. 

Albo oni nas, albo my ich

Oligarcha Oleg Deripaska, ostrzegał, że kiedy Amerykanie przejmą wenezuelskie pola naftowe, pod ich kontrolę wpadnie ponad połowa światowych dostaw ropy naftowej. „Wygląda na to, że planują dopilnować, aby cena naszej ropy nie przekroczyła 50 dolarów za baryłkę”, a wtedy „putinowska wersja kapitalizmu państwowego będzie miała trudności, żeby związać koniec z końcem”.

Z tego wszystkiego wynika, konkludował Dugin, że „Trump nie dzieli z Rosją świata na strefy wpływów, jak byśmy tego chcieli, a jedynie pokazuje nam, jak powinniśmy działać wobec naszych wrogów”. Miał na myśli nie tylko porywanie zagranicznych polityków, ale też użycie strategicznej broni jądrowej przeciwko Ukrainie i Europie, i w ogólnym zarysie barbarzyńską brutalność wobec przeciwników Rosji. Bo po decyzjach Trumpa w sprawie Iranu i Wenezueli wróciła logika „albo oni nas, albo my ich”.

Nie ma warunków na porozumienie z USA

Nieco łagodniej od Dugina wyraził to Aleksiej Arbatow z Rosyjskiej Akademii Nauk: „USA nie w pełni podzielają ideę (lub ideologię) świata wielobiegunowego promowanego przez Rosję i Chiny. 

Po pierwsze, godne uwagi jest sformułowanie [z amerykańskiej Strategii Bezpieczeństwa Narodowego] o zapobieganiu pojawianiu się regionalnych hegemonów. 

Po drugie, priorytety amerykańskiej polityki zagranicznej obejmują wzmocnienie dominującej pozycji jej sektora finansowego, co potwierdza skrajnie wrogie nastawienie administracji Trumpa do procesu dedolaryzacji. 

Po trzecie, USA aspirują do roli globalnego mediatora, a także przywódcy dla swoich sojuszników. To podtrzymuje zaangażowanie w kluczowych regionach Eurazji oraz aspiracje do stania się globalną potęgą. 

Kropkę nad „i” postawił Dmitrij Susłow na łamach jednego z ważniejszych think tanków Rosyjskiej Rady Stosunków Międzynarodowych: „Dla Rosji stało się jasne, że Stany Zjednoczone mogą być jedynie strategicznym przeciwnikiem, a nie partnerem. USA prowadzą jawnie imperialistyczną politykę, chętnie stosując siłę militarną i podważając prawo międzynarodowe. W tych okolicznościach trwałe partnerstwo jest niemożliwe”.

Powrót starych demonów

Dugin, Arbatow i Susłow mogą mieć rację, bo w gruncie rzeczy Trump nie odkrył niczego nowego. Wymiana przywódców w krajach Ameryki Łacińskiej na życzliwych amerykańskim koncernom miała miejsce zarówno w trakcie zimnej wojny, jak i na długo przed nią. Dramat siłowej zmiany reżimów na Bliskim Wschodzie przez USA nigdy nie znalazł antraktu. 

Tym samym, Trump, choć rozkłada przed Putinem czerwony dywan i urządza z nim telefonicznie pogaduszki, daje Rosjanom dokładnie te same powody do „przeciwstawiania się globalnej hegemonii Stanów Zjednoczonych”, co wcześniej: zmiana reżimów i przywódców, wtrącanie się w wewnętrzne sprawy sojuszników Rosji, ignorowanie rosyjskich interesów, lekceważenie „potęgi Rosji”.

Putin póki co milczy, a wraz z nim łagodny ton przyjmuje większość establishmentu politycznego. Dopóki trwają trójstronne negocjacje, może zbyt wiele zyskać. Do ugrania wciąż jest rozbicie NATO i Unii Europejskiej, legalizacja aneksji Donbasu, zwasalizowanie Ukrainy, dostęp do nowych technologii i czas na militarne zregenerowanie Rosji.

Ale gdy tylko negocjacje utkną w martwym punkcie, Stany Zjednoczone będą podważać globalne interesy Rosji, a Putin powróci do tego, co potrafi najlepiej – walki z amerykańskim demonem.

Tym bardziej, że los Maduro, a może i ważnych postaci irańskiej teokracji, budzi w Rosjanach stare demony. Putin do śmierci nie zaufa żadnemu amerykańskiemu przywódcy, ponieważ sądzi, że został oszukany w 2011, kiedy Amerykanie pozwolili zabić wiernego sojusznika Rosji, Mu’ammara Kadafiego. I że układając się z USA, skończy tak samo – poćwiartowany w rowie. Albo jak Wiktor Janukowicz, który dogadał się z Zachodem, a chwilę później Zachód rękami Ukraińców, zmusił go do ucieczki.

Putin jak Maduro?

Aleksandr Baunow z emigracyjnego think tanku Berlinskij Cientr Carnegie słusznie zauważył, że Putin, oglądając na ekranie Maduro, mógł zobaczyć samego siebie. 

Po pierwsze, tak samo jak Maduro często rozmawia z Trumpem przez telefon. Rosyjska infosfera prezentuje to jako uznanie mocarstwowej pozycji Rosji oraz statusu jej przywódcy. Okazuje się jednak, że Trump to szuler. 

Kilka godzin po rozmowie przywódców Rosji i Wenezueli Maduro siedział w samolocie do Nowego Jorku w szarym dresie i z czarnym workiem na głowie.

Po drugie, pisze Baunow, „pojmanie Maduro nastąpiło prawdopodobnie za zgodą części jego najbliższych ludzi. Podstarzali dyktatorzy chronicznie obawiają się swojego otoczenia jako nieuniknionego filaru przyszłego transferu władzy. Możliwe, że jedna elita mogłaby użyć sił zewnętrznych, aby pokonać inną w walce o tron. 

Putin to starzejący się przywódca, który w oczach części elit stracił na znaczeniu z powodu porażki w wojnie w Ukrainie. Rosyjski prezydent musi być również głęboko zaniepokojony faktem, że zamiast obalić cały reżim pod hasłem demokratyzacji, administracja Trumpa zastąpiła toksycznego przywódcę, nie pozbywając się jego otoczenia”.

Skazani na konflikt

Równie spektakularną groźbą potknięcia w rosyjsko-amerykańskim walczyku wydaje się nieszczęsna Rada Pokoju, gdzie Donald Trump ma być dożywotnim prezesem z prawem weta. To propozycja instytucji, w której wola i kaprys jej założyciela mają zastąpić procedury i mechanizmy. A co najważniejsze – limitować prawa jej członków. To, jak pisze Fiodor Łukjanow z Klubu Wałdajskiego, nie ma nic wspólnego z suwerennością, będącą żelazną zasadą i wartość autoteliczną rosyjskiej polityki zagranicznej. 

Cytowany już Dmitrij Susłow, choć widzi w Radzie Pokoju pewien potencjał, bo może ona poszerzyć agendę stosunków rosyjsko-amerykańskich, to uważa, że przyznana w niej władza Trumpowi przypomina „interakcje między Dumą Bojarską a carem w Rosji przed Piotrem Wielkim: bojarzy omawiali decyzje, ale tylko car mógł je zatwierdzić”.

W tym sensie Dugin ma rację. O jakim poszanowaniu strefy wpływów i rosyjskich interesów tutaj mówimy? Przecież dzisiaj prezydent Azerbejdżanu Alijew i premier Armenii Paszynian – przywódcy państw z „rosyjskiej strefy wpływów” – już nie jeżdżą do Moskwy, a do Waszyngtonu. W momencie ukonstytuowania się Rady Pokoju będzie jeszcze gorzej. Wchłonie ona nie tylko konflikt wokół Górskiego Karabachu, ale każdy inny z obszaru postsowieckiego, wyłączywszy je spod rosyjskiej „jurysdykcji”.

Rosjanom pozostanie wtedy stare, ale jare podstawianie Amerykanom nogi – gdzie tylko się da i jak się da. Przez ostatnie ćwierćwiecze wielokrotnie widziałem Putina cierpliwie milczącego, czekającego i obserwującego zza ciemnej szyby. Im dłużej milczy, tym gorsza jest jego późniejsza reakcja. Dlatego tak bardzo lubię co tydzień posłuchać szajbusa Dugina. 

Bywa to przeżyciem toksycznym, bo jest w nim masa żółci, nienawiści i zwykłego szaleństwa. Ale jednocześnie wypluwa z siebie sporo nieprzyjemnych dla polskiego ucha prawd, które warto przyswoić. Czego życzę wszystkim członkom Polskiej Partii Schedenfreudystów.