Europa potrzebuje niezależności obronnej. To już brzmi jak truizm, bo tak wiele razy zostało powtórzone, od kiedy władzę w Stanach Zjednoczonych przejął Donald Trump.

Pisaliśmy o tym także często w „Kulturze Liberalnej”. Jarosław Kuisz sformułował postulat „kopuły Chrobrego”, czyli powszechnego programu budowy tarczy antydronowej i antyrakietowej nad Polską.

Martin Wolf, publicysta „Financial Times” i autor wydanej przez „Kulturę Liberalną” książki „Kryzys demokratycznego kapitalizmu”, przekonywał, że Trump jest jak Neron. Chce rządzić strachem i dlatego Europa powinna wzmacniać się, także militarnie, żeby nie być zdaną na łaskę kapryśnego przywódcy w obliczu zagrożenia ze strony Rosji.

Uniezależnić się od Ameryki i żyć w zgodzie z Ameryką

Politycznie i realnie temat realizuje Komisja Europejska, która zatwierdziła w styczniu program SAFE (Security Action for Europe), czyli wsparcia finansowego państw Unii Europejskiej dla inwestycji w obronność. Ogólna pula wynosi 150 miliardów euro w formie niskooprocentowanych pożyczek, które można zacząć spłacać za 10 lat.

Państwa europejskie mogą dzięki temu programowi realizować dalekosiężny cel – budować zdolności obronne niezależnie od NATO, w którym kluczową rolę odgrywa kapryśny Neron.

Jednak cele dalekosiężne wymagają czasu, a bezpieczeństwo jest zagrożone tu i teraz. Dlatego Europejczykom, w tym szczególnie Polakom, potrzebna jest przychylność Nerona. Innymi słowy – lokalne krasomówcze wojenki o to, czy będziemy teraz płaszczyć się przed Trumpem, czy nawoływać do wstawania z kolan, są dziecinne, bo bez amerykańskiej pomocy nie obronimy się przed Putinem. Nie teraz.

Zadanie jest więc trudne – uniezależnić się od Ameryki i żyć w zgodzie z Ameryką. Gdyby w Ameryce był inny prezydent, byłoby to łatwiejsze – ale jest Trump i jego oczekiwania.

Pierwsza grzeczna prośba prezydenta już została odrzucona – marszałek sejmu Włodzimierz Czarzasty odmówił podpisania apelu o przyznanie Trumpowi pokojowej nagrody Nobla, co zostało przez Amerykanów zauważone. Ambasador Tom Rose dał temu dobitnie wyraz.

Do wczoraj nierozstrzygnięta była druga propozycja – udziału w Radzie Pokoju, którą powołał Donald Trump. Trudno ocenić, w jaki sposób udział Polski w Radzie Trumpa miałby być korzystny, ale odmowa rodzi problem, ze względu na możliwą reakcję zapraszającego.

I tu przydało się to, co jest w ostatnich dwóch latach przekleństwem polskiej polityki wewnętrznej i zagranicznej, czyli niefortunna kohabitacja prezydenta z premierem.

A w tym wszystkim – różne definicje racji stanu. Rząd widzi ją w umacnianiu współpracy w ramach Unii Europejskiej, a prezydent w umacnianiu relacji z Ameryką Trumpa.

Dotychczas reakcja Polski na zaproszenie do Rady wyglądała na dobrze odgrywane przedstawienie. Nawrocki wygłosił peany na cześć Trumpa, ale rozkładał ręce, że o przynależności do Rady Pokoju musi zdecydować rząd. Premier i minister finansów mówili, że nie stać nas na wysokie wpisowe.

Jednak wczoraj, podczas posiedzenia Rady Bezpieczeństwa Narodowego, Tusk oznajmił, że w ogóle do niej nie przystąpimy. Byłoby w porządku – Nawrocki chce, a Tusk odmawia. Tylko że już nie wiadomo, czy nadal jesteśmy w teatrze, czy zaraz stanie się coś strasznego.

Weto na bezpieczeństwo?

A to dlatego, że rząd zdecydował, że Polska dołączy do programu SAFE. Gdyby tak się rzeczywiście stało, mogłaby dostać najwięcej spośród wszystkich państw, bo aż 43,7 miliarda euro. Czy to się jednak stanie, zależy od Sejmu, który musi uchwalić ustawę na ten temat (możemy założyć, że uchwali), i od prezydenta, który musi ją podpisać.

Od prezydenta, który wczoraj usłyszał, że nie będzie zasiadał w Radzie Pokoju Donalda Trumpa, którego przedstawia jako swojego politycznego sojusznika. A usłyszał to podczas wyjątkowego królewskiego przedstawienia, które zorganizował w Pałacu Prezydenckim, czyli posiedzenia Rady Bezpieczeństwa Narodowego. A Tusk ogłosił to w pałacu, w którym warunki miał przecież dyktować prezydent.

W zwykłym świecie w posiedzeniach RBN nie ma żadnej manifestacji władzy, a teoretycznie służy ona budowaniu bezpieczeństwa państwa. Karol Nawrocki zorganizował ją jednak w swoim stylu. Jednym z punktów była sprawa certyfikatu bezpieczeństwa marszałka Włodzimierza Czarzastego, czyli temat, którego nie ma potrzeby omawiać w takich okolicznościach, ale można, jeśli chce się upokorzyć marszałka.

Analizę ewentualnych ryzyk wynikających jego zdaniem z programu SAFE przedstawił w formie połajanki, zaznaczając, że wydawanie tych pieniędzy potrzebuje kontroli, i zapowiadając, że przedstawi swoje własne rozwiązania. A tak zwykle mówi przed wetem.

I właśnie weto byłoby tym czymś strasznym, co może zrobić Nawrocki. Czyli wypisaniem nas ze wspólnego programu unijnego służącego podniesieniu bezpieczeństwa Polski i wspólnoty.

Nie wiadomo już tylko, w imię czego bardziej – chęci podtrzymywania dobrych relacji z Donaldem Trumpem, który wprawdzie nawołuje Europę do wydawania pieniędzy na zbrojenia, ale chodzi mu o to, by pieniądze te szły do Ameryki. A nie do polskiego i europejskiego przemysłu zbrojeniowego.

A może, sugerując weto, prezydent ma przed oczami nie Europę, nie Trumpa, tylko Tuska, który nie dostanie pieniędzy z programu i będzie wściekły.

Jedno i drugie byłoby dla Polski bardzo złe.

Dobry i zły policjant

Jest jednak jedna, wspomniana wcześniej korzyść z tego tragicznego układu wrogości pałaców – prezydenckiego i rządowego.

Mianowicie prezydent ma okazję wejść w rolę dobrego policjanta. Tak mógłby go postrzegać Donald Trump, Neron, który został właśnie urażony odmową Polski w odpowiedzi na zaproszenie do Rady Pokoju.

Dobry policjant, który ubolewa nad decyzją złego policjanta Donalda Tuska, sugeruje teraz weto ustawy, która prowadzi do uniezależnienia militarnego Europy od Ameryki.

Sugerując – nie musi jednak tego zrobić. Może zgodnie z zapowiedzią przedstawić własne rozwiązania, poprzeszkadzać złemu i pokazać, po czyjej jest stronie. A potem podpisać.

W sytuacji, kiedy teraz potrzebujemy Trumpa, a potem samodzielności, jest to korzyść z balastu konfliktu władz, który Polska dźwiga. Oby tylko nie okazało się, że prezydent sugeruje to weto na serio.

Trudno jednak wyobrazić sobie, jak wytłumaczyłby je Polakom. W czasach wojennych, kiedy pokazał, że potrafią dogadać się nawet z Tuskiem co do obronności i fundamentalnych spraw (jak na przykład co do podziału w dbaniu o sojuszników – jeden o Amerykę, a drugi o Europę) takie odegranie się na premierze mogłoby nie być zrozumiałe nawet dla jego zwolenników.

Dobry i zły policjant mają teraz aktorski test. Albo odegrają dobrze swoje role, albo znowu Polska straci pieniądze, które mogłaby dobrze wydać.