Pani profesorowo, pani mecenasowo – czy osoby o poglądach feministycznych chcą, by wróciły czasy, kiedy tak zwracano się do kobiet? W tych zwrotach zawarta jest definicja społecznej roli kobiety. Ta rola jest pochodną tego, kim jest jej mąż. Sama nie robi kariery, nie dostępuje prestiżowych stanowisk ani tytułów. Dziedziczy je już za życia po mężu i to ją wyróżnia.

To nie tylko dziedziczenie zaszczytów, ale i powinności. Pani profesorowej coś nie przystoi, a do czegoś jest zobowiązana ze względu na to, kim jest jej mąż. Mąż – nie ona sama.

Ponieważ jednak, szczęśliwie, kobiety wywalczyły sobie możliwość samodzielnego zdobywania kwalifikacji, nie muszą ich dziedziczyć. Mogą być autonomiczne, samodzielne, niezależne i mieć własne tytuły.

No, chyba że są żoną prezydenta. Wtedy patriarchat rozkwita w całej okazałości. I w dodatku wspierają go często osoby, które wyrażają poglądy feministyczne.

To nie ona została prezydentką

Wywiad, który Joanna Kryńska z TVN24 przeprowadziła z żoną prezydenta Martą Nawrocką, wywołał gwałtowne reakcje z dwóch powodów. Po pierwsze, ze względu na to, jak wypadła medialnie żona prezydenta. A po drugie – jak odniosła się do tematów dotyczących kobiet.

Jeśli chodzi o pierwsze – trzeba przyznać, że Marta Nawrocka nie wypadła jak profesjonalistka. Miała widoczną tremę, nie zrozumiała jednego pytania i zakomunikowała to w sposób, w jaki nie zrobiłby tego przyzwyczajony do występów przed kamerą polityk czy komentator.

Ale właściwie – dlaczego miałaby to zrobić profesjonalnie, jak postulują (głównie) komentatorki recenzujące ten wywiad? Dlaczego miałaby mieć kompetencje polityka, skoro nie jest polityczką ani dziennikarką telewizyjną?

Marta Nawrocka jest żoną człowieka, który zdecydował się zawalczyć o prezydenturę i udało mu się wygrać. Nie ma w tym żadnego zobowiązania do nabycia umiejętności występów publicznych i medialnych.

No, chyba że definiujemy ją poprzez rolę, jaką pełni jej mąż. Wtedy – tak, musi dostosować się do tego, jakie on sprawuje stanowisko i wykazać się przynależnymi tej roli kompetencjami. Tylko że to jest patriarchat. Bo zakłada, że pozycja żony zależy od pozycji męża. Oraz że jako prezydentowa kobieta przestaje samodzielnie istnieć.

Żona, ale nie prezydentowa

Drugi temat dyskusji dotyczy tego, jak Marta Nawrocka odniosła się do pytań dotyczących kobiet, a właściwie rozrodczości. I reakcja na to jest pewną konsekwencją pierwszego tematu.

Nawrocka nie odpowiedziała, czy jest za finansowaniem in vitro i czy jest za prawem do aborcji. Powiedziała, że jest za życiem. I opowiedziała, że sama miała wybór i zdecydowała się urodzić.

To brzmi jak oczywistość, ale muszę to zaznaczyć, obserwując reakcje środowisk domagających się prawa do wolnego wyboru w sprawie aborcji. A więc:

Wszystkie kobiety mają prawo do wolnego wyboru. Te, które są za życiem polegającym na tym, że jak nie chcą być w ciąży, to nie są. I te, które są za życiem polegającym na tym, że jak chcą kontynuować ciążę, to ją kontynuują.

Ważne, żeby nikomu tego prawa nie ograniczać. Nawrocka nie zachowała się podczas wywiadu jak ambasadorka prawa do wolnego wyboru w sprawie aborcji, ale dlaczego miałaby to robić?

Jeśli uznamy, że jest autonomiczną jednostką, a nie osobą, która ma jakąś powinność, dlatego że jest żoną swojego męża, to może sobie uważać o aborcji, co chce. Na tym polega wolność, że każdy może robić tak, jak mu dyktuje jego osobista, a nie narzucona potrzeba.

A poglądy Marty Nawrockiej nie przełożą się na żadną ustawę, na żadne weto ani podpis.

Nie zależy od nich żadna legislacja ani praktyka w szpitalach. Od poglądów Marty Nawrockiej nie przestaną umierać w szpitalach kobiety, którym lekarze boją się zrobić aborcję, żeby ratować ich życie. Nawrocka nie jest prezydentką. Jest żoną prezydenta – tylko tyle.

Kobieta jest szyją, która porusza głową? Naprawdę?

No, chyba że uznamy, że rolą żony jest urabianie męża, aby ten podjął oczekiwaną decyzję. Często podawany jest przykład Marii Kaczyńskiej, żony prezydenta, która zaprosiła do pałacu kobiety w ważnej społecznie sprawie. Przywołuje się go w opozycji do postawy Agaty Dudy. Żonie poprzedniego prezydenta często wypominano, że milczy, zamiast przekonywać męża, by stanął po stronie kobiet.

Tylko że takie myślenie jest również do cna osadzone w kulturze patriarchatu!

Zakładamy w ten sposób, że decyzję podejmuje mąż i tylko mąż. A żona może swoimi sposobami – prośbą, perswazją, tupnięciem nóżką – na niego wpłynąć. Może nim manipulować albo odważnie domagać się czegoś (jak dziecko). Jednak sama nie ma uprawnień, by decydować. I dlatego właśnie żony specjalizują się w skutecznych sposobach wpływania na mężów, żeby ci decydowali dla nich jak najlepiej.

Cóż, ja nie chcę żyć w takim świecie. Nie będę domagać się więc od Marty Nawrockiej, żeby wpływała w jakikolwiek sposób na swojego męża, zakładając, że sama nie może o czymś zdecydować. Nie rozumiem, skąd pomysły wizyt w Pałacu Prezydenckim u żony prezydenta, żeby uprosić ją o interwencję u męża w jakichś sprawach. Bo zna klucz to tego mężczyzny? Bo mąż jest głową, a kobieta szyją, która nim kręci? Brr.

Być sobą, a nie mężową

Wywiad z Martą Nawrocką był ciekawy, bo można było po jego obejrzeniu wyobrazić sobie, jaka jest żona prezydenta. Poznać jej poglądy albo też się ich domyślić. Joanna Kryńska zadawała pytania spokojnie, nie była napastliwa, czego zwolennicy polityczni Nawrockiego mogliby się spodziewać po dziennikarce TVN24. Można było dzięki temu dużo zobaczyć. Ja na przykład zobaczyłam, że Nawrocka ożywia się i robi swobodna, kiedy mówi o dzieciach, osobach potrzebujących pomocy. Ale też, że nie wygląda na lady Makbet czy Claire Underwood – to raczej nie ona sufluje Nawrockiemu taktykę.

I tyle.

Reakcja na ten wywiad pokazuje, że środowiskom dążącym do równouprawnienia kobiet, do tego, by kobiety w pełni miały prawo decydować o swoim życiu, przydałoby się przepracowanie oczekiwań wobec „prezydentowej”.

Czy zgadzamy się na to, że powinna ona rzucić swoje dotychczasowe życie, kiedy jej mąż postanowi robić karierę polityczną?

Czy decyzja jej męża rodzi u niej jakąś powinność? Czy kariera męża staje się wyzwaniem i zobowiązaniem dla niej?

Nie, nie i nie. Żona ma prawo być sobą, a nie mężową. Tak mi mówi mój feminizm.