Grudniowe sondaże wskazujące na wzrost deklarowanego poparcia dla wyjścia Polski z UE wywołały zrozumiałe zaniepokojenie wśród komentatorów proeuropejskich. Na tle alarmistycznych reakcji analiza Bena Stanleya opublikowana w „Kulturze Liberalnej” wnosi istotne uspokojenie: sugeruje, że obserwujemy raczej krótko i średniookresowe wahania nastrojów niż trwałą zmianę preferencji. W tym ujęciu eurosceptycyzm ma charakter reaktywny. Jest odpowiedzią na bieżący kontekst polityczny, konflikty rząd–UE i selektywnie postrzegane polityki unijne, a nie wyrazem realnej gotowości do polexitu.
Argument ten jest empirycznie przekonujący, ale nie powinien prowadzić do samozadowolenia. Jedna czwarta respondentów deklarujących poparcie dla wyjścia z UE to jednak istotny sygnał.
Nawet jeśli nie oznacza to intencji secesyjnych, ujawnia silne poczucie rozbieżności interesów oraz rozczarowania wśród części społeczeństwa.
W dłuższej perspektywie może to wpływać zarówno na narracje publiczne, jak i na strategie polityczne.
Wykazuje też poważny stopień naiwności co do możliwych konsekwencji polexitu.
Termostat i jego granice
„Termostatyczny” model opinii publicznej zdaje się trafnie opisywać część polskiej dynamiki postaw wobec UE: poparcie dla integracji spadało w okresach rządów jednoznacznie proeuropejskich, a rosło, gdy relacje z Brukselą się zaostrzały i pojawiało się ryzyko marginalizacji. Mechanizm korekcyjny działał dotąd stabilnie i pozwalał interpretować zmiany nastrojów jako reakcję na bieżący kontekst polityczny.
Zastosowanie modelu Wleziena w tym kontekście wiąże się jednak z pewną ekstrapolacją poza jego pierwotny zakres. Model ten został zaprojektowany do analizy polityk ciągłych i odwracalnych, podczas gdy członkostwo w UE ma charakter konstytutywny.
W konsekwencji mechanizm „termostatyczny” może trafnie opisywać krótkookresowe fluktuacje nastrojów społecznych, lecz nie zawsze nadaje się do analizy preferencji odnoszących się do fundamentalnych ram ustrojowych i geopolitycznych.
Co więcej, dane trendowe niekoniecznie wskazują, by obserwowane zmiany postaw można było wyjaśniać wyłącznie rotacją władzy lub intensywnością konfliktu na linii rząd–UE.
Wahania są często także efektem czynników zewnętrznych: kryzysów gospodarczych, szoków geopolitycznych czy rosnącej alienacji konkretnych polityk unijnych, takich jak klimat, rolnictwo czy migracje. Ponadto relacja między opinią publiczną a polityką potrafi być dwukierunkowa. W kwestiach złożonych wyborcy podążają za sygnałami swoich ugrupowań. Przesunięcia retoryki partyjnej potrafią w dłuższej perspektywie kształtować postawy, zamiast jedynie aktywować mechanizm korekcyjny.
Kohorty, dystrybucja i trwałość sceptycyzmu
Chociaż najmłodsze grupy wiekowe pozostają obecnie proeuropejskie, najwyższe poparcie dla polexitu obserwuje się w kohorcie 30–49 lat – w grupie o rosnącej sile politycznej i ekonomicznej. Jeśli eurosceptycyzm ma charakter kohortowy, a nie cykliczny, może utrwalać się wraz z wiekiem jako efekt długofalowych doświadczeń na rynku pracy, transformacji klimatycznej czy percepcji nierównomiernego rozkładu kosztów integracji, co podważałoby tezę o jego przejściowości.
W tym kontekście wymiar dystrybucyjny wydaje się być niedoceniany. Polityka klimatyczna, rolna czy migracyjna nie są jedynie „punktami zapalnymi”, lecz elementami trwałej transformacji gospodarczej, generującej realnych przegranych. Jeśli UE jest postrzegana przede wszystkim jako źródło tych kosztów, eurosceptycyzm przestaje być wyłącznie emocjonalną reakcją, a staje się trwałą postawą interesu – znacznie trudniejszą do złagodzenia przez chwilowe zmiany w „temperaturze politycznej”.
Warto też przypomnieć, że Polska pozostaje znaczącym beneficjentem transferów unijnych, co częściowo wpływa na poparcie dla UE. Jeśli w obliczu zmieniających się priorytetów finansowych, wojny czy potencjalnego rozszerzenia UE korzyści z tego płynące zmaleją, możemy zaobserwować bardziej zdecydowany spadek poparcia dla integracji.
Struktura, narracje, delegitymizacja i erozja „bez wyjścia”
Negatywne tendencje są wzmacniane przez strukturalnie trudną pozycję Polski w unijnym systemie decyzyjnym. Mimo istotnego znaczenia demograficznego i geopolitycznego,
Polska ma ograniczoną zdolność do kształtowania agendy UE, a jej wpływ na kluczowe kompromisy bywa pośredni i reaktywny.
Jednocześnie wewnętrzne oczekiwania wobec integracji i roli Polski pozostają wysokie. Trwała luka między oczekiwaniami a doświadczeniem sprzyja powstawaniu narracji upraszczających, które delegitymizują skomplikowane mechanizmy unijne i oferują pozornie klarowne rozwiązania. Takie narracje nie tylko upraszczają rzeczywistość, ale często podważają autorytet instytucji UE czy zasadę nadrzędności prawa unijnego, stopniowo osłabiając zaufanie do całego procesu integracji.
Problem nie ogranicza się tylko do spadku poparcia dla faktycznego członkostwa. Obejmuje selektywną akceptację integracji: deklaratywne poparcie dla UE przy jednoczesnym odrzuceniu kluczowych polityk (membership without compliance). Zjawisko to jest dodatkowo pogłębiane przez rosnącą polaryzację w polskiej polityce, która sprawia, że debata o Unii jest mniej merytoryczna, a bardziej emocjonalna i podzielona. W efekcie tworzy się efekt delegitymizacji – formalnie Polska pozostaje członkiem UE, ale w praktyce Polacy stopniowo podważają fundamenty uczestnictwa, co prowadzi do powolnej erozji członkostwa od wewnątrz.
Podobieństwo do doświadczeń Wielkiej Brytanii jest znikome, lecz pouczające. Jeszcze wiosną 2015 roku, nieco ponad rok przed referendum, Brexit popierała około jedna trzecia Brytyjczyków. Poparcie to przyspieszyło w odpowiedzi na agresywną kampanię, która wzmocniła narracje delegitymizujące instytucje unijne, wykorzystując niski poziom publicznego zrozumienia roli Wielkiej Brytanii w UE i przeszacowanie jej możliwości międzynarodowych. Tu nie do końca zrozumiała jest nadzieja, że mechanizm naprawczy podobny do tzw. bregret ujawni się w Polsce przed, a nie po fakcie.
Konkluzja
Wzrost deklarowanego poparcia dla polexitu nie musi oznaczać bezpośredniego zagrożenia secesją, ale sygnalizuje głębsze procesy. Frustrację strukturalną, niezadowolenie dystrybucyjne oraz – mimo istniejących mechanizmów korygujących – podatność na narracje polityczne podważające legitymację unijnych reguł. Wskazuje również na przesadny optymizm w ocenie sprawczości państwa i perspektyw rozwojowych poza UE.
Największe ryzyko to jednak nie samo opuszczenie Unii, lecz normalizacja postaw selektywnego członkostwa, które oddzielają przynależność od zobowiązań i traktują niezgodność z zasadami UE jako trwałą alternatywę. Nawet reaktywny eurosceptycyzm, jeśli utrwali się w narracjach i interesach politycznych, może w dłuższej perspektywie kształtować strategie, decyzje instytucjonalne i kierunek polityki – pozostawiając Polaków na przysłowiowym lodzie, gdzie termostaty mogą być zbędne.
Utrzymanie trwałego konsensusu proeuropejskiego wymaga dużego wkładu w uświadamianie wyborcom zarówno granic, kosztów, jak i wyzwań związanych z członkostwem w UE.
Mimo że, jak zauważa Stanley, obecny rząd obnosi się ze swoją proeuropejskością znacznie mniej ostentacyjnie niż PO 1.0, debata publiczna wciąż sprowadzana jest do binarnej alternatywy między (teraz autocenzurowaną) wizją „uśmiechniętej Polski w UE” a narracją przedstawiającą Unię lub Berlin wyłącznie jako siłę opresyjną.
W trzeciej dekadzie członkostwa, w warunkach narastających turbulencji gospodarczych i geopolitycznych, podejście do integracji powinno opierać się bardziej na trzeźwej ocenie korzyści i realnych zdolności do samodzielnego działania, a mniej na politycznych spektaklach, megafonowej dyplomacji czy klikbejtowej polityce, których konsekwencje potrafią czasem wyprzedzać intencje.