Zima w Polsce – taka z prawdziwego zdarzenia – od wielu tygodni nie odpuszcza. Na początku cieszyła, zwłaszcza najmłodszych, ale coraz częściej słyszę narzekania, że co za dużo, to niezdrowo. „Minus piętnaście, a odczuwalne to chyba minus dwadzieścia pięć!”.

I wtedy wchodzi on. Cały na biało (a właściwie, jeśli wierzyć ilustracjom – a z pewnych źródeł wiem, że można im wierzyć – cały na fioletowo [kurtka] i czerwono [kamizelka oraz… spódnica – tak, tak, spódnica – ale żeby nie spojlerować, nie zdradzę ani słowa więcej]): Mateusz Waligóra, czwarty w historii Polski pieszo zdobywający biegun południowy. Temperatury w okolicach minus trzydziestu stopni Celsjusza, przy wietrze (a mało co może tam przed nim chronić) odczuwalne minus czterdzieści. I tak przez dwa miesiące – non stop. Solo.

„Antarktyda. Wyprawa na kraniec świata” skutecznie studzi [sic!] nasze zimowe „dramaty”. Bo kiedy rozważamy, czy wyjść po bułki, wyobraźmy sobie, jak Mateusz przez blisko sześćdziesiąt dni ciągnie stutrzydziestokilogramowe sanie, topi śnieg do gotowania i skrupulatnie wydziela sobie skromne, acz wysokokaloryczne jedzenie (o świeżych bułkach może tylko pomarzyć!). I pilnuje, żeby się… nie przegrzać – bo mokra koszulka w temperaturze kilkudziesięciu stopni poniżej zera staje się poważnym problemem. Dlaczego? O tym dowiecie się z książki. A także o wielu, wielu innych rzeczach, bo jest ona prawdziwą skarbnicą wiedzy nie tylko o Antarktydzie: o konstrukcji i mechanizmach działania naszej planety, o klimacie, o pingwinach (które NIE występują na Grenlandii – rzetelności faktów pilnował nie kto inny, jak dr Mikołaj Golachowski, popularyzator nauk o „zwierzołkach”, autor między innymi niezastąpionych „Pup, ogonków, kuperków” oraz „Gąb, dziobów i nochali”). Nad przystępnością treści czuwał współautor, doświadczony pisarz książek o ekstremalnych dokonaniach wybitnych podróżników i alpinistów, Dominik Szczepański. W dorobku obu autorów „Antarktyda” jest jednak pierwszą pozycją dla dzieci – bardzo udaną!

To opowieść nie tylko o drodze na biegun południowy, ale szerzej – o drodze do spełniania marzeń. Historia chłopca z Nysy, który kiedyś zapragnął zostać zawodowym podróżnikiem, pokazuje, że jak się bardzo chce, to można. Ale też, że nie jest to takie proste, wymaga determinacji, ogromu poświęceń i rzetelnych przygotowań. 

Książka jest nie tylko ciekawa i mądra, lecz także przepiękna. Duży format, twarda oprawa, solidna objętość sprawiają, że naprawdę warto ją mieć. Ilustracje autorstwa Joanny Czaplewskiej doskonale uzupełniają treść. W zasadzie są perfekcyjnie wkomponowanym elementem tekstu, nie osobną warstwą książki. Ilustratorka świetnie sobie radzi zarówno z infografikami, mapami, portretami zwierząt i ludzi, jak i z surowymi, ale magicznymi krajobrazami lodowego kontynentu. Dzięki temu do ręki czytelnika trafia swego rodzaju atlas przygody, który można czytać od A do Z lub na wyrywki. I właśnie to lubię w książkach najbardziej: gdy nie są „jednorazowe”. „Antarktyda” to publikacja, do której można wracać z wielu powodów – dla wyprawy Mateusza (związanych z nią emocji lub technikaliów), dla wiedzy (przyrodniczej czy historycznej) albo dla konkretnej ciekawostki (na przykład dlaczego płetwonogi połykają kamienie; które zwierzę w Antarktyce jest najważniejsze; czy jak rozstawić namiot na zmarzniętym śniegu). 

Końcowy test sprawdza uważność i zdobytą wiedzę czytelnika, ale najważniejszą, według mnie, mądrością płynącą z książki Mateusza i Dominika jest lekcja pokory wobec natury oraz wiary w realizację dziecięcych marzeń.


Z Mateuszem Waligórą i Dominikiem Szczepańskim, autorami książki „Antarktyda. Wyprawa na kraniec świata”, rozmawia Agnieszka Sawala.

Agnieszka Sawala: Szczerze mówiąc, zastanawiałam się, jak podejdziecie do tematu – bo jak opisać wielodniową sekwencję: „idę, idę, idę – sam ze swoimi myślami – i co jakiś czas kryzys”? I jeszcze zrobić to w sposób ciekawy dla dzieci!

Mateusz Waligóra: Zdawaliśmy sobie sprawę, że monotonia może być zabójcza. Dlatego w książce pojawiają się postacie, z którymi rozmawiam – napotkany Ben, podobnie jak ja samotnie wędrujący przez Antarktydę Szkot, ale i dwaj zasłużeni Norwegowie w mojej wyobraźni. Dzięki temu, nawet jeśli szedłem sam, to jednak coś się działo.

Jak się pisze książkę we dwóch? Opowiadasz wszystko Dominikowi, a on zapisuje i redaguje?

MW: To nawet nie jest tak, że ja muszę opowiadać. Dominik wie o moich wyprawach więcej niż moja żona – a to znaczy, że wie najwięcej na świecie. Jest pierwszym kontaktem, któremu przekazuję informacje z wypraw. W ten sposób Dominik ma w zasadzie gotowy szkielet, obudowuje go historią, a potem razem siadamy nad tekstem: sprawdzam, czy ja w książce to rzeczywiście jestem ja i czy wszystko gra merytorycznie. Później wraca to do Dominika i dalej do redakcji.

Skąd wziął się pomysł na te wszystkie dodatkowe informacje edukacyjne – historyczne, geograficzne, przyrodnicze?

Dominik Szczepański: Gdy sam pierwszy raz wybrałem się na Antarktydę na pokładzie Selmy, zdałem sobie sprawę, jak mało wiemy o tym kontynencie, większym przecież od Europy – choćby z lekcji geografii w szkole. I byłem zdziwiony, że praktycznie nie ma książek dla dzieci o tej tematyce. Wtedy na serio zacząłem interesować się naturą Antarktydy, klimatem i historią wypraw polarnych. Dodatkowo, gdy Mateusz zbierał wiedzę, przygotowując się do wyprawy, ja – towarzysząc mu jako, nazwijmy to, rzecznik prasowy – siłą rzeczy pogłębiałem swoją wiedzę. Trzeba było tylko wyselekcjonować informacje i przygotować je z myślą o młodych odbiorcach. Co wcale nie było takie proste!

A jeszcze na końcu jest test sprawdzający wiedzę czytelnika!

MW: Ja bym go pewnie oblał…

Tak? To ile kilometrów przeszedł Mateusz przez Antarktydę?

MW: …1285…? 

[Czytelnicy, sprawdźcie sami, czy Mateusz zdał!]

„Testowaliście” tę książkę na dzieciach, zanim poszła do druku?

MW: Próbowałem na moich synach (dziewięcio- i jedenastoletnim), ale nie byli specjalnie zainteresowani. Za to teraz czytamy wieczorami po kilka stron i oni mają bekę, mówią: „ale ty w ogóle taki nie jesteś”, „ty tak nie robisz”.

Faktycznie nie jesteś, czy cię po prostu takiego nie znają?

MW: Nie wiem… Znają mnie na pewno inaczej niż choćby Dominik. Najbardziej chyba rozbawiło ich zdanie, że jak wracam z wyprawy, to bardziej wierzę w siebie.

A nie bawiły ich inne historie? Na przykład technikalia dotyczące robienia kupy na Antarktydzie? Dla mnie szczerość tej książki jest po prostu rozbrajająca – mówicie o chwilach trudnych i pięknych, jest modlitwa, ale i sprawy przyziemne, jak potrzeby fizjologiczne właśnie.

MW: Ja uważam, że dzieciaki trzeba traktować poważnie. Nie pisać z założeniem, że nie zrozumieją. Może i czegoś nie zrozumieją od razu, ale to nie znaczy, że można je traktować z góry. Dlatego nie chcieliśmy w niczym ściemniać. Złagodziliśmy tylko jedną rzecz: w ilustracji przy upolowanej foce była krew na lodzie, usunęliśmy ją. I chyba dobrze, bo moi synowie od razu na to zareagowali.

Właśnie, ilustracje robią w książce ogromną robotę.

DSz: Super było zobaczyć, jak projekt zmienia się, kiedy dostaje go Asia i pojawiają się ilustracje. One nie tylko opisują tekst – są jego częścią, kontynuacją.

MW: Chociaż ja, jak dostałem pierwsze szkice, napisałem Dominikowi, że mi się nie podobają. Ale potem, kiedy zobaczyłem, jak to się składa z tekstem i całością, zaczęło mi pasować. A kiedy wziąłem do ręki wydrukowany egzemplarz, zostałem największym fanem ilustracji i całej książki – chociaż chyba najbardziej nieobiektywnym.

Co jest dla was w tej książce najważniejsze?

DSz: Ona opowiada historię dzieciaka, który coś sobie wymyślił i po trzydziestu latach to zrobił. To mocny przekaz. Jak byliśmy mali, wszyscy marzyliśmy, by być kimś innym, niż dziś jesteśmy – ja na przykład chciałem być archeologiem. A tu mamy kogoś, komu wystarczyło determinacji, żeby zrealizować swoje marzenia.

MW: Bo ja zawsze chciałem iść swoją drogą, a nie spełniać czyjeś oczekiwania. To było bardzo trudne, bardzo wiele mnie kosztowało. Mówię o tym w książce – ja naprawdę usłyszałem od rodziców słowa: „nie ma takiego zawodu – podróżnik”. 

Mateusz staje się tutaj wzorem do naśladowania – to duża odpowiedzialność. Czy zaraziłeś już synów pasją do podróży, a raczej wypraw? Wziąłbyś ich ze sobą na Antarktydę, jak Marek Kamiński swojego syna?

MW: Jeśli by chcieli być wzięci… Prędzej pojechałbym z nimi na Gobi, bo tam planuję wracać. Ale oni nie wykazują specjalnego entuzjazmu. A ja nie chcę wywierać na nich presji – niech przeżyją życie po swojemu. Póki co, jeden chce być maszynistą, drugi youtuberem – i dobrze, niech będą szczęśliwi.

A jakie są wasze dalsze plany? Dominik, może o swoich wyprawach napiszesz wreszcie książkę? Mateusz – dokąd teraz, jeszcze trudniej, zimniej, wyżej…?

MW: Wiesz, że nie mam takiej potrzeby? Dotychczas podążałem marzeniami z dzieciństwa, teraz czuję się spełniony. Ciśnienie zeszło, niczego już nikomu nie muszę udowadniać. To bardzo przyjemne uczucie.

DSz: A ja chcę pokończyć otwarte projekty, trochę tego jest. Poza tym nie wydaje mi się, żebym miał coś na tyle ciekawego do powiedzenia o świecie, żeby to opisywać. Ludzie, o których piszę, są dużo ciekawsi!

Książka:

Mateusz Waligóra, Dominik Szczepański, „Antarktyda. Wyprawa na kraniec świata”, il. Joanna Czaplewska, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2026.
Proponowany wiek odbiorcy: 6+

Rubrykę redaguje Paulina Zaborek.