„Kiedy nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze”. To stare powiedzonko nie tylko zużyło się do granic możliwości, ale może wprowadzić w błąd. Nie zawsze przecież o pieniądze chodzi. Dzięki prezydentowi Donaldowi Trumpowi zyskało ono nowy blask. Właściwie w odniesieniu do niego można by je wręcz skrócić o pierwszą połowę. Bo nawet jeśli niby o coś innego chodzi: interes narodowy, wspieranie sojuszników czy, wręcz przeciwnie, szkodzenie im, to i tak chodzi o pieniądze.
Bitcoiny za chipy
Przykłady są zbyt liczne, by je tu wszystkie uwzględnić. Ot, na przykład za samolot z Kataru za 400 milionów dolarów – amerykańskie gwarancje bezpieczeństwa. A za potajemną inwestycję 2 miliardów dolarów przez Emiraty w kontrolowany przez otoczenie Trumpa kryptowalutowy start-up World Liberty Finance – zgoda na zakup przez to państwo jako pierwsze na świecie najnowszych amerykańskich chipów używanych w technologii sztucznej inteligencji. A to tylko przykłady z ubiegłego roku.
Pomaga to nam zrozumieć sens inauguracyjnego posiedzenia Zarządu Pokoju (bo tak, a nie jako „Rada Pokoju”, należy tłumaczyć nazwę Board of Peace), które odbędzie się w czwartek. Zaproszenia do udziału w tej przybocznej radzie Trumpa otrzymało 60 państw, z czego 20 zdecydowało się je przyjąć (Polska być może, jak Włochy, oportunistycznie przyjmie rolę „obserwatora”). Nie wiadomo wciąż, ile z nich zapłaci Trumpowi miliard dolarów haraczu za wpisowe.
Wiadomo jedynie, że taką wpłatę, przeznaczoną na odbudowę Gazy, zdążyły zgłosić Emiraty.
To jednak musi budzić pewne zdziwienie: wszak transakcja „bitcoiny za chipy” została już zawarta i skonsumowana. Tyle tylko, że Abu Dhabi ma u amerykańskiego prezydenta jeszcze inne, otwarte rachunki.
Od przyjaźni do scysji
Przez wiele lat Emiraty były najpewniejszym sojusznikiem Arabii Saudyjskiej. Ta z kolei jeszcze na długo przed Trumpem pełniła rolę fundamentu amerykańskiej polityki w świecie arabskim. Prezydent Emiratów, szejk Mohamed bin Zayed al Nahyan uważany był zaś za mentora młodszego, lecz niezmiernie ambitnego księcia Mohameda bin Salmana, następcy saudyjskiego tronu i faktycznego władcy tego państwa.
Oba kraje włączyły się zbrojnie, przeciwko Hutim, w jemeńską wojnę domową. Jednak do pierwszego poważnego zgrzytu doszło, gdy Emiratczycy zajęli jemeńską wyspę Sokotra na Morzu Czerwonym, gdzie założyli bazę wojskową. W rok później Emiratczycy wycofali z Jemenu swoje wojska. Zastąpili je jemeńskimi oddziałami, które sfinansowali i uzbroili, oraz zaciężnymi żołnierzami Sił Szybkiego Reagowania „generała” Hemedtiego z Sudanu.
Oddziały te wycofały się z bezpośredniej konfrontacji wojskowej z Huti, pozostawiając ciężar toczenia wojny na barkach Saudyjczyków i ich sojuszników. Siły proemirackie konsolidowały za to swą kontrolę nad dawnym niepodległym Jemenem Południowym ze stolicą w Adenie, północ kraju pozostawiając Hutim.
Gdy w grudniu ubiegłego roku siły te usunęły saudyjskich sojuszników z naftowej granicznej prowincji Hadramout i wyglądało na to, że ogłoszą secesję Południa, Saudyjczycy odpowiedzieli zbrojnie. Szejk Nahyan nie podjął rękawicy i jego sojusznicy ponieśli klęskę.
Emiracko-saudyjskie wojny
Nie tylko w Jemenie Emiraty i Saudyjczycy znajdują się po przeciwnych stronach linii frontu. W krwawej wojnie domowej w Sudanie Abu Dhabi wspiera bronią i finansowo Hedmedtiego. Saudyjczycy tymczasem opowiedzieli się po stronie walczącej z nim armii sudańskiej. Zginęło już ponad dwieście tysięcy ludzi, lecz to oddziały Hemedtiego popełniają więcej zbrodni. W zdobytej przez nie we wrześniu ubiegłego roku stolicy Darfuru Północnego, ćwierćmilionowym al-Faszer, dziś opustoszałym, plamy krwi po masakrach mieszkańców miasta były tak wielkie, że widać je było na zdjęciach satelitarnych.
W Libii Emiraty wspierają popieranego przez Rosję generała Khalifę Hatara, który rządzi w Benghazi, przeciwko międzynarodowo uznanemu (i równie niereprezentatywnemu) rządowi w Trypolisie, wspieranemu przez Arabię Saudyjską. W Somalii wspierają secesjonistyczny Somaliland (Abu Dhabi zainwestowało miliardy w porcie w Berberze) przeciwko władzom centralnym w Mogadiszu.
Emiraty nie zawsze jednak popierają secesjonistów. Podczas wojny Etiopii w Tigraju – wsparły władze centralne, zarazem utrzymując bazę morską w sprzymierzonej wówczas z Etiopią Erytrei. W tym czasie Saudyjczycy usiłowali mediować między stronami.
Te konflikty wynikają nie tylko z osobistej rywalizacji obu władców, lecz także z odmiennych strategii państwowych.
Leżące nad Zatoką Arabską Emiraty są szczególnie narażone w wypadku ewentualnej blokady przez Iran cieśniny Ormuz. Stąd ich dążenia do uzyskania alternatywnego wyjścia morskiego na Morze Czerwone – bazy w Sokotrze i Berberze – i do kontroli cieśniny Bab el-Mandeb.
Polityczne zbliżenia
To afrykańskie zaangażowanie – Abu Dhabi jest dziś największym inwestorem w Afryce, wyprzedzając nawet Chiny – wciąga Emiraty w inne konflikty na kontynencie. Strategia ta każe Abu Dhabi wiązać się z siłami, które także dążą do zmiany status quo.
Rijad z kolei dostęp do Morza Czerwonego już ma i bardziej jest zainteresowany utrzymaniem status quo niż jego zmianą. Status quo popiera także Turcja, mająca dobre stosunki z istniejącymi reżimami, co zbliża ją do linii politycznej Rijadu, zwłaszcza w kwestii Somalii, oraz Egipt, bardzo od Saudyjczyków zależny finansowo.
Jako że te państwa nastawione są z kolei, w związku z konfliktami o Somaliland i o etiopską zaporę na Nilu, wrogo wobec Addis Abeby, zacieśnia to współpracę Etiopii i Emiratów. Wreszcie Rijad, poszukując sojuszników także poza najbliższym otoczeniem, zawarł przymierze z Pakistanem, które hipotetycznie obejmuje także pakistańskie gwarancje atomowe. Jest to deklaracja bardziej polityczna niż militarna.
Pakistański arsenał jest bowiem w całości wymierzony w Indie, a rakiety nie mają wystarczającego zasięgu. Porozumienie wystarczyło jednak, by Abu Dhabi zaczęło szukać militarnego zbliżenia z Indiami. Zaś polityczne wsparcie, jakiego Turcja udziela fundamentalistom z Bractwa Muzułmańskiego, sprawiło, że Emiraty, zacięty wróg islamistów, zaczęły – jak się wydaje bezpodstawnie – sugerować, że Rijad też teraz islamistów popiera.
Trump bliżej Emiratów niż Saudów
Ale co to ma wspólnego z miliardem dolarów dla Trumpa? Otóż Saudyjczycy oczekują, że Waszyngton zachowa się jak sojusznik i zdyscyplinuje ich kłopotliwego sąsiada. Tyle tylko, że USA pod władzą Trumpa tak się nie zachowują. Gdy podczas jego pierwszej kadencji hutyjskie rakiety spadły na saudyjską rafinerię, prezydent oznajmił, że może pomóc Rijadowi zbrojnie – jeśli Saudyjczycy za to zapłacą.
Trump raczej zachowa się tak, jak Emiraty w Jemenie – w końcu USA też zawarły z Huti zawieszenie broni, choć ich rakiety spadały jeszcze na Izrael. Zaś Izrael, który wcześniej liczył na dołączenie się Saudyjczyków do porozumień abrahamowych, odkrył, że w wielu miejscach, jak Somaliland, ma wspólne interesy z Emiratami. Te wszak porozumienia już podpisały – choć do rzeczywistego, a nie oportunistycznego zbliżenia daleko.
Z kolei Trumpowi, z jego całkowitym lekceważeniem ładu międzynarodowego, zakusami wobec Grenlandii, Kanady czy Panamy, znacznie bliżej do emirackich prób zmiany status quo niż do jego saudyjskiej obrony.
Przeprosinowe przekupstwo
A skoro emiracki aktywizm psuje stosunki Rijadu z Waszyngtonem, to szejk al-Nahyan powinien Trumpowi wyrównać szkodę. Stąd pierwsza zadeklarowana miliardowa wpłata dla Zarządu, którą zarządzać będzie oczywiście ten, kto zarząd utworzył.
Następna w kolejce może być Turcja: wybaczenie zakupu rosyjskich S-400, zgoda na dominację w Syrii czy na nieustanny konflikt z Grecją mają wszak swoją cenę. Albo Indonezja, której eksport ropy do Chin wydatnie wzrósł, bez wzrostu wydobycia. Rozwiązania zagadki należy szukać w dostawach obłożonej sankcjami irańskiej ropy, która potem płynie do Pekinu.
Zapewne zamiast gotówką, można też płacić ludźmi: Dżakarta już zadeklarowała 8 tysięcy żołnierzy do Międzynarodowych Sił Stabilizacyjnych dla Gazy. Ale bez rozbrojenia Hamasu, na co się raczej nie zanosi, żadnej odbudowy Gazy nie będzie.
Nie wiadomo więc, na co pójdą wpłacane do Zarządu pieniądze. Dużo ciekawsze jest, przez kogo i za co będą płacone.