Łuniewski to dziennikarz prasowy (między innymi „Rzeczpospolita”) i radiowy (między innymi Radio Kampus), znany ze swoich obszernych i kompetentnych tekstów o Rosji, drukowanych najczęściej w „Plusie Minusie” oraz z audycji poświęconych sprawom międzynarodowym. Jest też dość zadziornym użytkownikiem X, regularnie pojedynkującym się tam z przeróżnymi, nieortodoksyjnie merytorycznymi osobnikami (co tyleż imponuje, ile dziwi – że też mu się chce?).

Niedawno postanowił wydać swoją pierwszą książkę – i od razu skoczył na główkę z dużej wysokości. 

Pomiędzy Hunami a kolapsem

Po pierwsze dlatego, że na warsztat wziął Rosję. O naszym największym sąsiedzie wypada w Polsce pisać negatywnie, najczęściej w dwóch wersjach, czasem łączących się w jedno combo: orientalizującej i katastroficznej. 

W tej pierwszej Rosja to słowiańska wersja Kiplingowskich „pół diabłów, pół dzieci”. Nienadających się do cywilizowanego świata, za to groźnych, chcących wszystkich podbić i co się da zniszczyć – współczesnych hord Hunów. W tej drugiej konwencji Rosja z kolei stoi nogą nad grobem, zaraz się rozpadnie albo zbankrutuje (albo jedno i drugie). A w wersji umiarkowanej tylko straci Syberię na rzecz Chin, bo w końcu Chińczyków mają tam być już miliony (w rzeczywistości jest ich tam między 200 a 500 tysięcy). W ten czy inny sposób Rosję czeka „kolaps”, jak z angielska lubią powtarzać piszący w tej konwencji, bo też rosyjskim najczęściej to oni nie władają. 

Łuniewski w obie pułapki nie wpada i to nie tylko dlatego, że on akurat na jazykie mira i progriessa mówi (to samo można powiedzieć o innych, nielicznych osobach piszących o Rosji kompetentnie po polsku, jak na przykład Kuba Benedyczak czy Agnieszka Bryc, oboje zresztą w książce wspominani). 

Już sam fakt, że Łuniewski, wydając książkę o Rosji, nie stworzył stereotypowego gniota, jest sukcesem. Choć dowodzi to raczej ogólnego upadku poziomu debaty publicznej na tematy rosyjskie w Polsce, bo to, co powinno być normą, staje się wyjątkiem. 

Najtrudniej jest przewidzieć przyszłość 

Najważniejsze jest jednak to, że książka Łuniewskiego kreśli scenariusze przyszłości Federacji Rosyjskiej. Czyli robi to, co analitycznie najtrudniejsze. 

Jak to ujął w swoim niezwykle głębokim przemyśleniu Niels Bohr, „przewidywanie jest trudne, zwłaszcza jeśli dotyczy przyszłości” – co nie tylko jest przepięknym cytatem, konkurującym z najlepszymi aforyzmami przewodniczącego Mao („smak gruszki pozna się po tym, jak się ją zje” albo „jedni grają na fortepianie dobrze, a inni źle i melodie, które tworzą, są zupełnie różne”). 

Co ważniejsze, pokazuje podstawową trudność wszelkich analiz politycznych dotyczących przyszłości, wchodzących tym samym na pole minowe. Różnie można sobie z tym wyzwaniem radzić. Na przykład kunktatorsko omijać problem, używając kulturowego „czas pokaże”, albo odwrotnie, iść dziarsko do przodu, niczym wróżbita głosić najodważniejsze tezy. Tak robią na przykład geopolitycy jeszcze niedawno głoszący na przykład wybuch wojny amerykańsko-japońskiej i powstanie Tex-Mex czy odwrócenie skutków wielkich odkryć geograficznych dzięki inicjatywie Pasa i Szlaku. Łuniewski tymczasem wziął problem na klatę. 

Dmitrij Pędziciel Bimbru

Nim przejdzie do przyszłości, książkę otwiera przedstawienie współczesnej Rosji. Przyda się ono nieznającym tematu, a specjalistów nie zrazi. 

Przykładowo, już wcześniej wiedziałem, że Dmitrij Miedwiediew pije (zresztą wie to każdy, kto czyta jego tweety), ale dzięki książce Łuniewskiego dowiedziałem się też, że sam pędzi bimber i częstuje nim członków rządu (że też się nie boją to pić? niemal im współczuję: wypić niebezpiecznie, a odmówić niepolitycznie). Nie wiedziałem natomiast, że Putin nie obsługuje komputera i internetu (czytając to, mam dziwne déjà vu, kogoś mi to przypomina, tylko kogo?). 

Byłem świadomy rosyjskiej inżynierii społecznej, w tym odnośnie nazw, przejawiającej się rusyfikacją, ale wzmianka o tym, że podręcznikach szkolnych zamieniono w XVII wieku „Ukrainę” na „Zaporoże” (zamiast „ziemie Ukrainy znalazły się pod ochroną cara”, jest teraz „ziemie Zaporoża znalazły się pod ochroną cara”) jest fascynująca. Rosjanie to prawdziwi mistrzowie propagandy, bo przy takim postawieniu sprawy, nawet jeśli nie zdobędą całej Ukrainy, a tylko część obwodu zaporoskiego, to i tak ideologicznie wyjdą na swoje.

Zaintrygował mnie również wątek wróżbitów i wróżbitek zaprzęganych do kremlowskiej propagandy, w programach telewizyjnych wieszczących nieuchronne zwycięstwo nad zgniłym Zachodem. Z racji zainteresowań birmańskich temat ten jest mi bliski, bo w Birmie wróżbici są od dawna wpływową i słuchaną grupą (mieli brać udział w zmianie stolicy czy denominacji waluty). Rosjanie powinni więc zaprosić birmańskich mistrzów gatunku do siebie. Nie będą gorsi od wspominanych przez Łuniewskiego „afgańskiego matematyka” czy „czeczeńskiej wróżbitki”. 

Wreszcie ciekawy jest również wątek historii osobistej Jekateriny Babajewej i jej dzieci, spajającej niczym klamra rozważania zawarte w książce. Zwłaszcza zapadł mi w pamięć fragment o oszustwach telefonicznych (współczesna wersja „na wnuczka”) i nakłonieniu jej do podpalenia komendy wojskowych uzupełnień w zamian za anulowanie długów. 

Będzie tak albo inaczej

Po opisie współczesności „Rosja” Łuniewskiego przechodzi do kreślenia scenariuszy przyszłości. Każdemu poświęcony jest inny rozdział: od „północnokoreanizacji” przez „technokratyczny reset” i liberalizację po rozpad (każdy z wariantami pośrednimi). 

Omawiając je, za każdym razem Autor pokazuje antecedencje oraz współczesne czynniki układające się w ten scenariusz. Robi to naprawdę dobrze, kompetentnie i uczciwie, pokazując, jak mogłaby wyglądać trajektoria losów kraju w przypadku ziszczenia się scenariusza A, B, C lub D. Choć Autor ma swoje typy – przykładowo nie wierzy, podobnie jak niżej podpisany, w rozpad Federacji – to poglądów nie narzuca, trzymając dyscyplinę. 

W efekcie po każdym rozdziale czytelnik ma wrażenie „tak będzie!”, by po przeczytaniu kolejnego dojść do wniosku, że jednak zdarzy się zupełnie inaczej. Przypomina mi to – nie przymierzając – jak czytałem na studiach „Historię filozofii” Władysława Tatarkiewicza i po każdym kolejnym prezentowanym filozofie dochodziłem do wniosku, że ma rację, nawet jeśli było to całkowicie sprzeczne z tym, z czym zgodziłem się stronę wcześniej, przy jego konkurencie ideowym. Bo tak właśnie powinno wyglądać rzetelne przedstawienie racji wszystkich stron, co – znów! – było kiedyś normą, a dziś jest zanikającym darem, szczęśliwie przez Łuniewskiego posiadanym. 

Zresztą zalety tych futurystycznych rozdziałów na tym się nie kończą. Można z nich wynieść też wiele o współczesności, od ważnych rzeczy po smaczki. Wśród tych pierwszych uderza na przykład wątek demograficzny, ale nie tak, jak się to wydaje przejawiającym przedwczesne schadenfreude nadwiślańskim rusofobom. Otóż mniejszości etniczne FR wymierają znacznie szybciej niż etniczni Rosjanie oraz – co chyba jeszcze ciekawsze – raczej się rusyfikują i popierają imperialny projekt Moskwy, niż marzą o secesji i niepodległości.

Świetny jest również wątek podzielonej i skłóconej na emigracji rosyjskiej opozycji: czytając go, przed oczami staje albo „Żywot Briana” Monty Pythona (z Ludowym Frontem Judei nienawidzącym Judeańskiego Frontu Ludowego i Judeańskiego Popularnego Frontu Ludowego) albo odcinek „Ucha Prezesa” z politykami opozycji

Ze smaczków z kolei ujęło mnie publicystyczne porównanie postaci takich jak Nikołaj Patruszew (były szef Federalnej Służby Bezpieczeństwa) do ajatollahów (czyli ideologicznych twardogłowych) czy – cytowany za Benedyczakiem – „pochuizm”. Wątek komplementów niech zwieńczy powoływanie się na porządnych autorów, jak chociażby Ewa Thompson. 

Północ, nie Południe

Przechodząc do wad, które w przypadku książki, którą chce się zjechać, są najmilszą częścią recenzji, a jak się lektura podoba – powodują z kolei pewne zakłopotanie. Tu występuje wersja numer dwa. 

Błąd faktograficzny znalazłem jeden. Na stronie 237 Łuniewski pisze o „bliskich relacjach handlowych” Kraju Nadmorskiego (regionu ze stolicą we Władywostoku) utrzymywanych do 2022 roku „z państwami Azji Południowo-Wschodniej”. APW, czyli dawne Indochiny plus świat malajski, tworzą takie państwa jak między innymi Birma, Tajlandia, Indonezja czy Filipiny. Z nimi Kraj Nadmorski nie miał żadnych bliskich relacji, bo kontakty Rosji z APW do 2022 roku to głównie sprzedaż broni i turystyka, obie raczej luźno związane z Rosyjskim Dalekim Wschodem. Kraj Nadmorski, podobnie jak Kraj Chabarowski miał za to bardzo bliskie kontakty z Azją PÓŁNOCNO-Wschodnią, którą tworzą Japonia, obie Koree i Chiny (kontynentalne plus Tajwan), a jeśli spojrzeć szerzej, to też Mongolia i oczywiście dalekowschodnia Rosja. 

Z kolei na stronie 99 Łuniewski pisze „rok temu [czyli w 2024 roku – przyp. ML] Xi i Putin ustalili pogłębienie strategicznego partnerstwa w «nowej erze»”. To wieloznaczne zdanie jest albo błędem albo tautologią. Błędem, jeśli autorowi chodziło o „nową erę”: została ona bowiem dodana do nazewnictwa rosyjsko-chińskiego w 2019, nie w 2024 roku. A tautologią, jeśli chodziło mu o pogłębienie, bo Xi z Putinem pogłębiają i „szczytują” (osiągają ciągłe szczyty relacji wzajemnych) podczas każdego wzajemnego spotkania. To żaden news.

Przechodząc do wątków interpretacyjnych, nie nazwałbym zmian w Uzbekistanie „kosmetycznymi” (strona 199), bo pamiętam ten kraj za Karimowa i byłem w szoku, odwiedzając go już po rozpoczęciu reform Mirzijojewa. Zdecydowanie nie zgadzam się ze sformułowaniem ze strony 45, że „rosyjskie władze, jak chyba żadne inne na świecie, do perfekcji opanowały wykorzystywanie historii do kształtowania teraźniejszości i umysłów najmłodszych obywateli”. Doświadczenie zajmowania się naukowo Birmą i Chinami każe mi wyjaśnić, że oba robią to nie gorzej, jeśli nie lepiej. Myślę, że do tej listy dopisać można jeszcze z pół tuzina innych państw. 

Granie historią dla pożądanego kształtowania narodu [nationbuilding] jest raczej globalną normą, nie wyjątkiem. A zwłaszcza na obszarach niezachodnich, które potraktowane są w tej książce z mniejszą uwagą. Owszem, jest trochę o Chinach, podobnie jak o globalnym Południu, ale mogłoby być dużo więcej i bardziej pogłębione. Deokcydentalizacja myślenia przydałaby się chociażby takim skrzydlatym frazom jak ta ze strony 216 („By Moskwa naprawdę dołączyła do społeczności państw szanujących prawo międzynarodowe, musi zadośćuczynić za wszystkie zbrodnie popełnione przez putinowski system”), pokazującym mimowolny zachodniocentryzm myślenia. 

Wreszcie, estetycznie rzecz biorąc, nie jestem fanem okładki tej książki. Graficzka może nie płakała jak projektowała, ale ewidentnie trochę przychałturzyła (jest Rosja, musi być więc dwugłowy orzeł i butelka, no kto by pomyślał). 

Lektura dla nielicznych decydentów 

Te wszystkie uwagi – i kilka innych, które ominąłem, bo recenzja robi się za długa – nie są jednak szczególnie istotne i nie wpływają na odbiór tej bardzo dobrej w sumie książki. 

„Rosja” Łuniewskiego to udany przykład dobrej, publicystycznej książki. Ważnej, mądrej, trzymającej poziom, napisanej dobrym stylem i nie za grubej. W sam raz dla głodnych wiarygodnej wiedzy o Rosji, idealnej dla polityków i decydentów. 

A raczej dla nielicznych z nich, którzy cokolwiek czytają.